Wyjeżdżając na nasz rodzinny wyjazd, postanowiłam zrobić coś, czego potrzebowałam już od bardzo dawna – całkowicie odciąć się od Internetu. Nie chodziło wyłącznie o media społecznościowe czy publikowanie relacji, ale o świadome odłożenie telefonu i wyciszenie wszystkich bodźców, które każdego dnia niepostrzeżenie domagają się naszej uwagi.
Od pewnego czasu czułam, że jestem zwyczajnie przebodźcowana. Z każdej strony docierały do mnie informacje, o które wcale nie prosiłam – kolejne plotki ze świata show-biznesu, następna dieta, która miała odmienić życie, idealne przepisy, który i tak nie zrobisz, zdrowy styl życia, ćwiczenia. Egzotyczne podróże, urocze zwierzątka, zabawne filmiki i tysiące treści, które same znajdują drogę do naszego telefonu. Rolki, które tak hipnotyzują, że oglądasz jedną... potem drugą... trzecią... i nagle orientujesz się, że minęła godzina. To jednak nie same media społecznościowe są problemem. Są jedynie fragmentem znacznie większej układanki i mam wrażenie, że dziś uzależnienie od Internetu bardzo często wygląda zupełnie inaczej, niż nam się wydaje.
Można nie mieć konta na Instagramie, a mimo to odruchowo sprawdzać służbową pocztę w sobotni poranek. Można przy każdej rozmowie sięgać po wyszukiwarkę, bo nie umiemy już spokojnie powiedzieć: „Nie wiem” i nie musieć weryfikować każdego zagadnienia. Można godzinami buszować na Zalando, OLX czy swoim ulubionym sklepie chcąc być na bieżąco z nowościami lub po prostu nieustannie używać wyszukiwarki google w celu zrobienia jakichkolwiek zakupów. Można nieustannie być podłączonym do wiadomości, newsów i powiadomień oraz wypełniać każdą wolną chwilę ekranem, nie dopuszczając do siebie ciszy, nudy czy zwyczajnego bycia samemu ze swoimi myślami.
Do tego dochodzi jeszcze coś, nad czym rzadko się zastanawiamy – liczba kanałów komunikacji. Z jednymi rozmawiamy przez Instagram, z innymi przez Messengera, WhatsAppa, SMS-y czy maila. Każde z tych miejsc wymaga naszej obecności i utwierdza nas w przekonaniu, że powinniśmy odpowiadać niemal natychmiast. Paradoksalnie, choć jesteśmy ze sobą w nieustannym kontakcie, coraz trudniej znaleźć czas na zwykłe spotkanie i spokojną rozmowę twarzą w twarz.
Mam też wrażenie, że wraz z tą nieustanną możliwością kontaktu pojawiło się ciche oczekiwanie nieustannej dostępności. Skoro telefon niemal zawsze mamy pod ręką, coraz częściej zakładamy, że druga osoba również powinna odebrać lub odpisać od razu. Są ludzie, którzy potrafią godzinami rozmawiać przez telefon albo prowadzić niekończące się rozmowy w wiadomościach, a ja sama łapię się na tym, że czuję pewnego rodzaju zobowiązanie do odbierania połączeń, nawet wtedy, gdy zwyczajnie nie mam na to przestrzeni. Jakby sam fakt, że telefon leży obok, oznaczał, że jestem dostępna. Tymczasem możliwość kontaktu przez całą dobę wcale nie oznacza, że musimy z niej nieustannie korzystać. Moja sytuacja jest o tyle specyficzna, że nie jestem wyłącznie odbiorcą internetowych treści, ale również ich twórcą. Publikując coś, siłą rzeczy pozostaję w kontakcie z czytelnikami, odpowiadam na wiadomości, śledzę komentarze i angażuję się w rozmowy. Bardzo to lubię, ale wiem też, że w ten sposób sama dostarczam sobie kolejnych bodźców, przez co granica między pracą a odpoczynkiem coraz łatwiej się zaciera.
Sama zaczęłam odczuwać to już jakiś czas temu. Coraz częściej łapałam się na tym, że jestem zwyczajnie przebodźcowana – nie tylko ilością informacji, ale też koniecznością nieustannego przełączania uwagi. Zdarzało mi się nawet prosić bliskich, by nie wysyłali mi rolek czy krótkich filmików. Nie dlatego, że mnie nie interesowały, ale dlatego, że doskonale wiedziałam, jak to działa. Otworzę jeden materiał, za chwilę kolejny i następny, aż nagle orientuję się, że minęło kilka kwadransów. Nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem. Dla wielu osób to przecież tylko niewinny filmik, dla mnie był jednak kolejnym bodźcem, którego moja głowa nie była w stanie udźwignąć.
Dlatego ten wyjazd nie był spontanicznym pomysłem na modny „detoks od telefonu” ani eksperymentem na kilka dni. Czułam, że jestem już tak zmęczona funkcjonowaniem w nieustannym trybie online, że naprawdę potrzebowałam całkowitego odcięcia. Nie po to, żeby coś sobie udowodnić, ale żeby odzyskać spokój i usłyszeć własne myśli. Co ciekawe, te kilka dni tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę tę zmianę kontynuować również po powrocie. Nie oznacza to zniknięcia z Internetu ani rezygnacji z tego, co tworzę, ale coraz bardziej czuję potrzebę wycofania się z tego nieustannie pędzącego świata i nauczenia się korzystania z niego na własnych zasadach. Mam wrażenie, że właśnie tego najbardziej potrzebuję na obecnym etapie życia. Paradoksalnie nie szukam dziś więcej inspiracji, więcej informacji czy większej dostępności, ale większego spokoju, uważności i przestrzeni. Prawdziwa wolność to nie całkowite odcięcie się od technologii, ale umiejętność odłożenia telefonu wtedy, kiedy naprawdę tego potrzebujemy. Ta idea stała się dla mnie jednym z najważniejszych priorytetów, a ten wyjazd tylko upewnił mnie, że idę w dobrym kierunku.
Dawno nie wróciłam z wyjazdu z tak lekką głową. Odpoczęło nie tylko moje ciało, ale przede wszystkim umysł, który od wielu miesięcy funkcjonował w nieustannym szumie informacji, powiadomień i bodźców. Nagle okazało się, że mam czas przeczytać aż pięć książek, a po telefon sięgałam głównie wtedy, kiedy naprawdę chciałam zachować jakieś wspomnienie, jednak zdjęć powstało znacznie mniej niż zazwyczaj i nie chciałabym tej fotorelacji traktować jak przewodnika po miejscach, które warto zobaczyć.
Odłożenie telefonu sprawiło, że zmienił się również sposób, w jaki przeżywałam tę podróż. Zniknęła potrzeba ciągłego zwiedzania, zdobywania kolejnych atrakcji czy poczucia, że trzeba wykorzystać każdą minutę. Zamiast kolekcjonować miejsca, zaczęłam kolekcjonować chwile. Błogość kąpieli w jeziorze o zachodzie słońca, światło tańczące na tafli wody, niezwykłe faktury gór i drzew, które nagle zaczęłam dostrzegać z dużo większą uważnością; czy też smak prostych włoskich potraw z kilku zwyczajnych składników, które potrafiły stworzyć coś tak doskonałego, że przy każdym kęsie pojawiał się mimowolny uśmiech i mruczenie. A najbardziej zostaną ze mną te chwile, których nie da się zaplanować ani wpisać do turystycznego przewodnika. Wieczorna głupawka w przyczepie, kiedy całą piątką śmialiśmy się z rzeczy zupełnie błahych. Szelest przewracanych kartek książki i myśli, które rodziły się gdzieś pomiędzy kolejnymi rozdziałami. Długie rozmowy, cisza i ten rzadki dziś stan, w którym nigdzie się nie spieszyłam i niczego nie musiałam dokumentować, ani być dla nikogo poza moimi kompanami podróży dostępna. Prawdziwy odpoczynek wynikający nie z liczby odwiedzonych miejsc ani atrakcji, które udało się odhaczyć, lecz z momentów, które trudno pokazać na zdjęciu, a które z jakiegoś powodu zostają z nami na długo. Bella Italia!
Wyjeżdżając na nasz rodzinny wyjazd, postanowiłam zrobić coś, czego potrzebowałam już od bardzo dawna – całkowicie odciąć się od Internetu. Nie chodziło wyłącznie o media społecznościowe czy publikowanie relacji, ale o świadome odłożenie telefonu i wyciszenie wszystkich bodźców, które każdego dnia niepostrzeżenie domagają się naszej uwagi.
Od pewnego czasu czułam, że jestem zwyczajnie przebodźcowana. Z każdej strony docierały do mnie informacje, o które wcale nie prosiłam – kolejne plotki ze świata show-biznesu, następna dieta, która miała odmienić życie, idealne przepisy, który i tak nie zrobisz, zdrowy styl życia, ćwiczenia. Egzotyczne podróże, urocze zwierzątka, zabawne filmiki i tysiące treści, które same znajdują drogę do naszego telefonu. Rolki, które tak hipnotyzują, że oglądasz jedną... potem drugą... trzecią... i nagle orientujesz się, że minęła godzina. To jednak nie same media społecznościowe są problemem. Są jedynie fragmentem znacznie większej układanki i mam wrażenie, że dziś uzależnienie od Internetu bardzo często wygląda zupełnie inaczej, niż nam się wydaje.
Można nie mieć konta na Instagramie, a mimo to odruchowo sprawdzać służbową pocztę w sobotni poranek. Można przy każdej rozmowie sięgać po wyszukiwarkę, bo nie umiemy już spokojnie powiedzieć: „Nie wiem” i nie musieć weryfikować każdego zagadnienia. Można godzinami buszować na Zalando, OLX czy swoim ulubionym sklepie chcąc być na bieżąco z nowościami lub po prostu nieustannie używać wyszukiwarki google w celu zrobienia jakichkolwiek zakupów. Można nieustannie być podłączonym do wiadomości, newsów i powiadomień oraz wypełniać każdą wolną chwilę ekranem, nie dopuszczając do siebie ciszy, nudy czy zwyczajnego bycia samemu ze swoimi myślami.
Do tego dochodzi jeszcze coś, nad czym rzadko się zastanawiamy – liczba kanałów komunikacji. Z jednymi rozmawiamy przez Instagram, z innymi przez Messengera, WhatsAppa, SMS-y czy maila. Każde z tych miejsc wymaga naszej obecności i utwierdza nas w przekonaniu, że powinniśmy odpowiadać niemal natychmiast. Paradoksalnie, choć jesteśmy ze sobą w nieustannym kontakcie, coraz trudniej znaleźć czas na zwykłe spotkanie i spokojną rozmowę twarzą w twarz.
Mam też wrażenie, że wraz z tą nieustanną możliwością kontaktu pojawiło się ciche oczekiwanie nieustannej dostępności. Skoro telefon niemal zawsze mamy pod ręką, coraz częściej zakładamy, że druga osoba również powinna odebrać lub odpisać od razu. Są ludzie, którzy potrafią godzinami rozmawiać przez telefon albo prowadzić niekończące się rozmowy w wiadomościach, a ja sama łapię się na tym, że czuję pewnego rodzaju zobowiązanie do odbierania połączeń, nawet wtedy, gdy zwyczajnie nie mam na to przestrzeni. Jakby sam fakt, że telefon leży obok, oznaczał, że jestem dostępna. Tymczasem możliwość kontaktu przez całą dobę wcale nie oznacza, że musimy z niej nieustannie korzystać. Moja sytuacja jest o tyle specyficzna, że nie jestem wyłącznie odbiorcą internetowych treści, ale również ich twórcą. Publikując coś, siłą rzeczy pozostaję w kontakcie z czytelnikami, odpowiadam na wiadomości, śledzę komentarze i angażuję się w rozmowy. Bardzo to lubię, ale wiem też, że w ten sposób sama dostarczam sobie kolejnych bodźców, przez co granica między pracą a odpoczynkiem coraz łatwiej się zaciera.
Sama zaczęłam odczuwać to już jakiś czas temu. Coraz częściej łapałam się na tym, że jestem zwyczajnie przebodźcowana – nie tylko ilością informacji, ale też koniecznością nieustannego przełączania uwagi. Zdarzało mi się nawet prosić bliskich, by nie wysyłali mi rolek czy krótkich filmików. Nie dlatego, że mnie nie interesowały, ale dlatego, że doskonale wiedziałam, jak to działa. Otworzę jeden materiał, za chwilę kolejny i następny, aż nagle orientuję się, że minęło kilka kwadransów. Nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem. Dla wielu osób to przecież tylko niewinny filmik, dla mnie był jednak kolejnym bodźcem, którego moja głowa nie była w stanie udźwignąć.
Dlatego ten wyjazd nie był spontanicznym pomysłem na modny „detoks od telefonu” ani eksperymentem na kilka dni. Czułam, że jestem już tak zmęczona funkcjonowaniem w nieustannym trybie online, że naprawdę potrzebowałam całkowitego odcięcia. Nie po to, żeby coś sobie udowodnić, ale żeby odzyskać spokój i usłyszeć własne myśli. Co ciekawe, te kilka dni tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę tę zmianę kontynuować również po powrocie. Nie oznacza to zniknięcia z Internetu ani rezygnacji z tego, co tworzę, ale coraz bardziej czuję potrzebę wycofania się z tego nieustannie pędzącego świata i nauczenia się korzystania z niego na własnych zasadach. Mam wrażenie, że właśnie tego najbardziej potrzebuję na obecnym etapie życia. Paradoksalnie nie szukam dziś więcej inspiracji, więcej informacji czy większej dostępności, ale większego spokoju, uważności i przestrzeni. Prawdziwa wolność to nie całkowite odcięcie się od technologii, ale umiejętność odłożenia telefonu wtedy, kiedy naprawdę tego potrzebujemy. Ta idea stała się dla mnie jednym z najważniejszych priorytetów, a ten wyjazd tylko upewnił mnie, że idę w dobrym kierunku.
Dawno nie wróciłam z wyjazdu z tak lekką głową. Odpoczęło nie tylko moje ciało, ale przede wszystkim umysł, który od wielu miesięcy funkcjonował w nieustannym szumie informacji, powiadomień i bodźców. Nagle okazało się, że mam czas przeczytać aż pięć książek, a po telefon sięgałam głównie wtedy, kiedy naprawdę chciałam zachować jakieś wspomnienie, jednak zdjęć powstało znacznie mniej niż zazwyczaj i nie chciałabym tej fotorelacji traktować jak przewodnika po miejscach, które warto zobaczyć.
Odłożenie telefonu sprawiło, że zmienił się również sposób, w jaki przeżywałam tę podróż. Zniknęła potrzeba ciągłego zwiedzania, zdobywania kolejnych atrakcji czy poczucia, że trzeba wykorzystać każdą minutę. Zamiast kolekcjonować miejsca, zaczęłam kolekcjonować chwile. Błogość kąpieli w jeziorze o zachodzie słońca, światło tańczące na tafli wody, niezwykłe faktury gór i drzew, które nagle zaczęłam dostrzegać z dużo większą uważnością; czy też smak prostych włoskich potraw z kilku zwyczajnych składników, które potrafiły stworzyć coś tak doskonałego, że przy każdym kęsie pojawiał się mimowolny uśmiech i mruczenie. A najbardziej zostaną ze mną te chwile, których nie da się zaplanować ani wpisać do turystycznego przewodnika. Wieczorna głupawka w przyczepie, kiedy całą piątką śmialiśmy się z rzeczy zupełnie błahych. Szelest przewracanych kartek książki i myśli, które rodziły się gdzieś pomiędzy kolejnymi rozdziałami. Długie rozmowy, cisza i ten rzadki dziś stan, w którym nigdzie się nie spieszyłam i niczego nie musiałam dokumentować, ani być dla nikogo poza moimi kompanami podróży dostępna. Prawdziwy odpoczynek wynikający nie z liczby odwiedzonych miejsc ani atrakcji, które udało się odhaczyć, lecz z momentów, które trudno pokazać na zdjęciu, a które z jakiegoś powodu zostają z nami na długo. Bella Italia!
Lato trwaj!













Bardzo wartościowy wpis <3
OdpowiedzUsuńDziękuję kochana 🤎
UsuńKtoś nam kiedyś wmówił, że to dobre i trzeba temu ulec. A to ani nie dobre, ani nie trzeba 😉 Jak ze wszystkim, tak i z dobrodziejstwem internetu - warto korzystać na własnych zasadach. Łatwe to nie jest, często nie mamy świadomości, jak bardzo nam ten nadmiar szkodzi, ani pomysłu na te własne zasady. Ale zdecydowanie warto to próbować zmieniać, nawet jak się człowiek po drodze potknie. Powodzenia Gusiu! 💜
OdpowiedzUsuńDobrze napisane 🥰
Usuń❤️
OdpowiedzUsuńJa zdecydowanie zbyt długo przebywam w internecie.
OdpowiedzUsuńTo zdecydowanie trudne, zwłaszcza, gdy wymaga tego na przykład nasza praca. Ale warto spróbować offline chociaż w naszym wolnym czasie. 🩷
UsuńCzy oboje piliscie alkohol zajmujac sie dziecmi? Czy masz ostatnio jakis kryzys? Twoje wpisy sa takie smutne...przez caly okres Twoich wpisow na tym blogu myslalam ze akurat ty masz spokojne zycie i spokojna glowe. Wszystko takie poukladane, i w domu i w zyciu. Ale chyba jednak tak nie jest. Widze teraz jak bardzo pogubiona jestes skoro musisz robic cos takiego (detoks od telefonu) a pozniej opublikowac o tym post. Chyba jednak detoks nie dal nic skoro i tak musisz o nim napisac w wirtualnym swiecie. A moze tak, po prostu, po mesku, odlozyc ten telefon i juz? Moze przestac skupiac sie na tej calej otoczce (wiem, wiem, taka moda teraz) i po prostu zyc? Moze uprosic swoje zycie, nie musiec nic nikomu udowadniac, chwalic sie (zalic?), odciac przeszlosc i to co uwiera? Twoje wpisy sa ostatnio bardzo smutne, krecisz sie gdzies ale sama nie wiesz niestety gdzie. Bardzo Cie lubie i smutno mi sie na to patrzy...
OdpowiedzUsuńDziękuję za Twój komentarz i troskę. Mam jednak wrażenie, że bardzo łatwo wyciągnąć daleko idące wnioski na podstawie jednego wpisu czy samej obecności autora w sieci, zwłaszcza jeśli go nie znamy. Często interpretujemy innych przez pryzmat własnych doświadczeń i emocji, dlatego ten sam tekst dwie osoby mogą odebrać zupełnie inaczej.
UsuńDla mnie, mimo że obecnie mam bardzo dobry czas w życiu, ten wpis nie był smutny, lecz refleksyjny. Nie czuję potrzeby pisania wyłącznie o lekkich tematach i codziennych drobiazgach. Czasem chcę poruszyć kwestie, które dotyczą wielu z nas, zatrzymać się nad tym, jak funkcjonujemy we współczesnym świecie, i zaprosić do refleksji.
Mam też wrażenie, że umknęła Ci główna myśl wpisu. Detoks od telefonu czy internetu nie oznacza przecież rezygnacji z internetu na zawsze ani zakończenia pisania bloga. Blog zresztą, na tle współczesnych mediów, jest dość statyczną, wręcz „staromodną” formą – nic nikomu nie wyskakuje automatycznie, trzeba świadomie zdecydować, że chce się coś przeczytać.
Zaskakuje mnie natomiast założenie, że tekst skłaniający do refleksji musi wynikać z osobistego kryzysu autora. Przecież to właśnie wtedy, gdy mamy spokojną głowę, często znajdujemy przestrzeń na bardziej wymagające książki, ambitniejsze filmy czy próbę nazwania zjawisk, które obserwujemy wokół siebie. Taki był również cel tego wpisu.
Na przyszłość prosiłabym jedynie o niewyciąganie tak daleko idących wniosków na temat mojego życia czy stanu ducha na podstawie blogowych tekstów. O tym, jak się czuję, wolę rozmawiać z moimi najbliższymi.
Gusiu, odpowiedz na pierwsze pytanie. Wiele słów, a najważniejszej treści nie ma.
UsuńP.S. Twierdzisz, że blog to Twój pamiętnik. W pamiętniku z założenia jest się szczerym. Kolezanka wyżej zapewne dlatego wyciagnęła takie wnioski.
Na drugie pytanie odpowiedziałam wyczerpująco, a pierwsze pominęłam, bo szczerość nie oznacza obowiązku odpowiadania na każdą złośliwą insynuację. Są pytania, na które odpowiedź jest oczywista, a ich zadanie nie wnosi nic poza próbą wbicia szpilki, a sam sposób ich zadania mówi więcej o pytającym niż o adresacie. To po prostu nie jest poziom dyskusji, w który mam ochotę się angażować.
UsuńNie widzę nic smutnego w tej relacji, raczej zastanowienie się, czy idziemy w dobrym kierunku i czy czegoś nie zmienić. Świadome, dojrzałe macierzyństwo. Super wyjazd, dobre rodzinne relacje. Tylko pozazdrościć i pogratulować. Niektórym to jednak przeszkadza i próbują doszukiwać się drugiego dna. A z tym 1. pytaniem to już żenada...
UsuńJak ładnie i z klasą można odpisać wrednym komentatorom:).
Usuńanonimowa71
Witam i dziękuję za poruszenie tak trudnego tematu, sama łapię się na tym przeciążeniu Internetem u mnie, jak i u reszty domowników. Taki wakacyjny detoks każdemu z nas by się przydał a Tobie pozytywnie zazdroszczę takiego wyłączenia się chociaż na chwilę.
OdpowiedzUsuńDokładnie tak, chyba każdy ma te problemy w dzisiejszych czasach. Najbardziej mnie przeraża fakt, że my jako dorośli możemy wpaść na tą refleksje, a co z dziećmi. Mój 8 latek już domaga się smartfona.. na razie udaje się go jeszcze odsunąć to w czasie, ale do czasu.
OdpowiedzUsuńGusiu,
OdpowiedzUsuńod dawna jestem Twoją wierną czytelniczką. Towarzyszyłam w radosnych i smutnych wydarzeniach z twego życia. Nieraz zastanawiałam się kto miał taki dobry wpływ na Twoje wychowanie. Mama , tata a może Babi?. Podziwiam Twoje zamiłowanie do porządków tych bieżących i tych głębszych. Ja od Ciebie się uczę, inspirujesz mnie chociażby w sprawie prezentów urodzinowych dla dzieci. Zauważyłam, że coraz częściej ktoś Ciebie po prostu atakuje. Do tych zgryźliwych osób: jak się coś wam nie podoba to
po co tu wchodzisz?, swoje mądrości zostaw na swoim blogu.
Nie mam konta na FB ani innego a i tak stwierdzam, że coraz bardziej uzależniam się.
Bardzo dziękuję, że jesteś , że piszesz. Żałuję tylko, że nie mam takiej synowej. Cioteczka, taka wirtualna.
Bardzo ciekawy wpis, mam niestety odczucie, że sama jestem uzależniona od telefonu. Poczułam to teraz mocno na biwaku, gdzie telefon mi się rozładowywał, a nie było prądu. No cóż. Mam nadzieję że mieliście udany wyjazd🙂 Czekam na wpisy z porządkami - kocham! A złośliwcy mogliby po prostu omijać tego bloga, heh…
OdpowiedzUsuń