10 sierpnia 2026

Analogowo

Od jakiegoś czasu coraz bardziej ciągnie mnie do rzeczy analogowych. Im szybszy staje się rozwój technologii, tym mocniej odzywa się we mnie jakaś wewnętrzna natura buntownika, która chce się temu wszystkiemu choć trochę oprzeć. Nie zrozumcie mnie źle, jestem przecież przedstawicielką pokolenia, które stanowi swoisty pomost pomiędzy światem sprzed Internetu i telefonów komórkowych a rzeczywistością, w której sztuczna inteligencja rozwija się w zawrotnym tempie. Nie potrafię uznać obecnego świata technologii za coś zupełnie naturalnego, bo doskonale pamiętam czasy, kiedy nie było smartfonów, mediów społecznościowych, ciągłego dostępu do informacji ani potrzeby bycia nieustannie podłączonym ze światem. Z drugiej strony dorastałam w czasach, w których na moich oczach dokonywały się kolejne technologiczne rewolucje, stałam się z nimi oswojona i nie mam w sobie potrzeby by je całkowicie odrzucać. Sama korzystam z ChatGPT, zadaję mu mnóstwo pytań i poleceń, a nawet przeprowadziłam z nim niejedną fascynującą rozmowę o życiu i jego sensie. Pomaga mi szybko odnaleźć konkretne informacje, uporządkować myśli, spojrzeć na jakiś problem z innej perspektywy, a w pracy bywa naprawdę nieocenionym wsparciem. 

Jednocześnie mam świadomość, że jest bardzo cienka granica pomiędzy korzystaniem z technologii jako narzędzia do pomocy a oddawaniem jej tego, co w nas najbardziej osobiste. Człowiek, który zaczyna opierać swoje myślenie oraz twórczość wyłącznie na AI, z czasem może stracić część własnej kreatywności, a przede wszystkim swoje indywidualne spojrzenie na świat. Bez trudu rozpoznaję artykuły czy wpisy w mediach społecznościowych napisane przez ChatGPT. Czym innym jest poproszenie AI o znalezienie błędów, uporządkowanie tekstu, a czymś zupełnie innym oddanie mu naszych myśli i pozwolenie, żeby napisał je za nas. W pierwszym przypadku wciąż jesteśmy autorami, korzystającymi z narzędzia, w drugim łatwo dojść do momentu, w którym tekst jest przez nas zasugerowany, ale nie do końca jest napisany naszym głosem. 

Cywilizacja dąży do uproszczeń, optymalizacji i zaoszczędzenia czasu. Pojawiają się przecież nowe sprzęty codziennego użytku, takie jak automatyczne odkurzacze czy kosiarki, a także urządzenia kuchenne, które pomagają nam w przygotowywaniu posiłków. Jednak instynktownie czuję, że gdzieś istnieje granica między rzeczywistą pomocą w czynnościach, które bez odpowiednich sprzętów zajęłyby nam wieki – jak ubijanie piany z dwunastu jajek widelcem – a odbieraniem sobie przyjemności z gotowania poprzez wyręczanie się w niemal każdej czynności, choćby korzystając z Thermomixa. Oczywiście nie mam nic przeciwko samym urządzeniom, które ułatwiają nam życie. Jeśli ktoś dzięki Thermomixowi gotuje częściej, odkrywa w sobie przyjemność z przygotowywania posiłków albo po prostu zyskuje czas, którego bardzo mu brakuje, to przecież trudno uznać to za coś złego. Każdy z nas ma też inne rzeczy, które lubi robić sam, a przy innych z przyjemnością korzysta z pomocy technologii, gdy w danym obszarze zwyczajnie jej potrzebuje albo po prostu nie przepada za konkretną czynnością. Sama nie pogardziłabym robotem, który przejąłby całkowicie sprawę obrotu ubraniami – od segregowania i wkładania ich do pralki, poprzez prasowanie, aż po składanie, wkładanie do szuflad i wieszanie na wieszakach. Mam wrażenie, że te czynności zajmują mi połowę życia!

A jednak z pokorą staram się znaleźć w nich choć odrobinę przyjemności, gdzieś na granicy medytacji. Kiedy nie dopuszczę do powstania wielkich stosów na którymkolwiek etapie tego ubraniowego obrotu, potrafię nawet czerpać z tego maleńką przyjemność. Szczególnie z porządkowania szaf, kiedy wszystko wreszcie ma swoje miejsce i przez chwilę można otworzyć drzwi i cieszyć się widokiem misternie poukładanych koszul kolorami.

Wracając do tematu analogowego gotowania, osobiście lubię ten cały proces krojenia, mieszania, wyrabiania czy próbowania dań w trakcie i nawet fakt, że przygotowanie czegoś zajmuje trochę więcej czasu jest dla mnie dodatkowym atutem, który pozwala mi dodać magii i serca do przygotowywanych potraw. Problem z czasem, który zyskujemy dzięki nowym technologiom, polega na tym, że zamiast wykorzystać zaoszczędzone minuty na rozwijanie pasji, rozmowę czy czas z najbliższymi, coraz częściej dokładamy sobie kolejnych zadań do wykonania albo biernie siadamy z telefonem w ręku. Zamiast zwalniać, wypełniamy każdą kolejną wolną chwilę czymś następnym. Nasza codzienność staje się przez to przepełniona, a my jesteśmy coraz bardziej przebodźcowani albo, paradoksalnie, zaczynamy odczuwać pustkę i brak sensu.

Pisząc analogowo mam na myśli użycie przedmiotów codziennego użytku w sposób tradycyjny, bez korzystania z cyfrowych technologii (lub z ich ograniczeniem), ale tak na prawdę chodzi mi przede wszystkim o fakt, że korzystając z nich w sposób analogowy poświęcamy więcej uwagi prostym rytuałom oraz energii przy chwilach, które chcemy zwyczajnie celebrować. To nie awersja do technologii, ale tęsknota za prostotą sprawia, że coraz częściej wybieram to, co wolniejsze, namacalne i wymagające skupienia. 

Chociaż właśnie korzystam z komputera, pisząc te słowa, nadal często zapisuję odręcznie notatki czy myśli w osobistym pamiętniku używając do tego wiecznego pióra na atrament. Nie dałam się też namówić na Kindle'a, choć przyznaję, że znacznie łatwiej zabrać ze sobą sto książek w jednym podręcznym urządzeniu niż znaleźć miejsce na kolejny regał w domu albo pofatygować się do biblioteki po kolejne pozycje. Jednak magia papierowych stron, ich zapach, zadowolenie i jednocześnie nostalgia na myśl o końcu książki, kiedy widzisz dokładnie, ile już przeczytałaś, czy stosik przy łóżku, który rośnie i nieustannie zmienia kolejność pozycji czekających na swoją kolej, są czymś niepowtarzalnym. To już nie kwestia praktyki czy pragmatyzmu, ale całego doświadczenia, które towarzyszy tej prostej czynności.


Chociaż w Magicznym Domku pojawiały się kiedyś ekspresy do kawy (ciśnieniowy i przelewowy) to ostatecznie zgodnie stwierdziliśmy, że nic nie odda smaku kawy z kawiarki. Jej przygotowanie to mały poranny rytuał, którego uroku dodaje nasze cierpliwe oczekiwanie na aromat palonej, lekko karmelizowanej kawy unoszący się po całym domu. Jest tak intensywny, że niejednokrotnie czuję go jeszcze wtedy, gdy leżę w łóżku. Jest coś przyjemnego w samym przygotowywaniu kawy, gdy nie chodzi o jak najszybsze wykonanie zadania za pomocą naciśnięcia jednego przycisku. Lubię ten moment oczekiwania, dźwięk kawiarki i świadomość, że za chwilę wlejemy do filiżanek coś, co powstało dzięki kilku prostym czynnościom.


Przypomina mi się książka „Mądrość herbaty”, która opowiadała historię kobiety uczącej się ceremonii parzenia herbaty przez dwadzieścia pięć lat. Z czasem odkrywała, że w tym pozornie prostym rytuale można odnaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące sensu życia, które towarzyszyły jej przez kolejne lata. Nie każda chwila naszego dnia musi przecież służyć temu, żeby zrobić coś szybciej, sprawniej i bardziej efektywnie. Czasami dobrze jest pozwolić sobie na czynność, która wymaga od nas odrobiny cierpliwości i uważności, nawet jeśli moglibyśmy wykonać znacznie szybciej. Coraz bardziej doceniam zwyczajność rzeczy analogowych, bo w świecie, który nieustannie przyspiesza, zaczynają być dla mnie czymś w rodzaju małego buntu przeciwko ciągłemu pędowi.

Ileż uroku mają zdjęcia, które nie muszą od razu trafić do pamięci telefonu, gdy robione są aparatem na kliszę. Sam fakt, że ich liczba jest ograniczona, a na końcowy efekt musimy poczekać aż do wywołania zdjęć, kompletnie zmienia sposób wyboru ujęć. Chociaż uwielbiam robić zdjęcia i moja pasja otarła się o korzystanie z kompaktowych aparatów starego typu, przez lustrzanki analogowe, a potem cyfrowe, to trwa nadal, nawet przy użyciu telefonu, który jest przecież stale ze mną. Fotografia to nie tylko sprzęt, ale pewien sposób patrzenia na kadry, kolorystykę otoczenia czy wyjątkowość form. Czasami jest to miękka granica między łapaniem chwili a jej tworzeniem. Nie zrezygnuję z możliwości robienia około tysiąca zdjęć w miesiącu i dokumentowania naszej codzienności. Możliwość podglądu wykonanych zdjęć jest wygodna i ułatwia osiągnięcie efektu, który chcemy uzyskać. Czasami potrafię zrobić kilkanaście ujęć tego samego momentu, szukając tego jednego, które najlepiej odda to, co chciałam zobaczyć. I chociaż na co dzień wybieram ten ekonomiczny aparat, który mam zawsze przy sobie w telefonie, z przyjemnością nabyłam ostatnio aparat analogowy. Posłuży mi do zdjęć jeszcze bardziej przemyślanych i wyjątkowych, takich, które będę musiała wydrukować na fizycznym papierze, żeby je zobaczyć. Sama świadomość, że mam do dyspozycji ograniczoną liczbę klatek, już zmienia moje patrzenie. Każde zdjęcie będzie musiało być trochę bardziej świadomą decyzją, a na jego efekt przyjdzie mi po prostu poczekać.

Podobnie jest z płytami winylowymi. Bardzo lubię nasz gramofon, choć przecież muzyki mogłabym posłuchać znacznie łatwiej, uruchamiając ją w telefonie czy komputerze (co oczywiście zdarza mi się robić). Tutaj trzeba jednak wyjąć płytę z okładki, ostrożnie położyć ją na adapterze, uruchomić i delikatnie opuścić igłę. Potem pozostaje już tylko usiąść i słuchać. Nie da się w nieskończoność przeskakiwać między utworami, szukać kolejnej playlisty czy w międzyczasie zerkać, co nowego pojawiło się w telefonie. Jest jedna płyta, jej określona kolejność i muzyka, której po prostu się słucha. Ba, nawet charakterystyczne trzaski w tle mają swój urok. Jest w tym coś bardzo zwyczajnego, a jednocześnie coraz bardziej wyjątkowego gdy poświęcamy kilka chwil jednej rzeczy, bez potrzeby robienia w tym samym czasie czegoś jeszcze. 

Mam wielu znajomych, którzy uwielbiają nowinki technologiczne i stawiają na dom inteligentny. Mają najmodniejsze odkurzacze, głośniki, do których wystarczy powiedzieć, jaką muzykę chcemy usłyszeć, a nawet zasłony uruchamiane na pilota czy sprzęty, ogrzewanie i światła, którymi można sterować przez telefon, będąc nawet daleko od domu. Przyglądam się temu ze szczerym zainteresowaniem i dzięki nim nie wypadam totalnie z obiegu. Wiem, co w "kablach" piszczy i co nowego dzieje się w świecie technologii. Ważne jest dla mnie, żeby wiedzieć, co daje nam współczesna technologia. Nie oznacza to jednak, że muszę korzystać ze wszystkiego, co jest dostępne. Zawsze mamy prawo wybierać te rozwiązania, które bardziej z nami rezonują. Od zawsze byłam bliżej piękna dawnych przedmiotów. Starych mebli, smaku herbaty z porcelany sprzed lat czy kunsztu rzemieślniczego widocznego w przedmiotach codziennego użytku. Czerpię przyjemność nawet z ręcznego mycia naczyń na kempingu, chociaż doskonale wiem, że w domu, przy pięcioosobowej rodzinie i podczas organizowania większych rodzinnych spotkań, bez zmywarki zwyczajnie bym nie nadążyła. Są jednak takie sytuacje, w których prostota i konieczność wykonania czegoś własnymi rękami sprawiają mi zwyczajnie przyjemność.

Analogowo nie tyczy się tylko rzeczy materialnych. To również swoiste nastawienie do wykonywanych czynności i do świata. To świadome oderwanie się od ekranów i powrót do prostych, fizycznych czynności, które wymagają od nas obecności i odrobiny uwagi.

Zamiast sprawdzać pogodę co godzinę w aplikacji – wyglądasz przez okno.

Zamiast scrollować Instagram – czytasz książkę.

Zamiast pisać wiadomość – spotykasz się z kimś osobiście.

Zamiast wysyłać życzenia w wiadomości – dzwonisz i słyszysz czyjś głos.

Zamiast robić zdjęcie każdej chwili – po prostu w niej uczestniczysz.

Zamiast oglądać przepis w telefonie – gotujesz z książki kucharskiej.

Zamiast słuchać audiobooka podczas gotowania – pozwalasz sobie słuchać dźwięków własnej kuchni.

Zamiast planować wszystko w aplikacji – zapisujesz plany w papierowym kalendarzu.

Zamiast oglądać filmiki – organizujesz z dziećmi wieczór filmowy

Zamiast szukać inspiracji na Pintereście – przeglądasz stare książki lub albumy

Zamiast przeglądać zdjęcia w galerii telefonu – wyciągasz z szuflady stary rodzinny album.

Zamiast robić zakupy wyłącznie przez internet – idziesz do małego lokalnego sklepu i rozmawiasz ze sprzedawcą.

Zamiast kupować kolejną rzecz, której myśli, że potrzebujesz na już – zaglądasz do szuflad i odkrywasz, że masz w domu coś, o czym dawno zapomniałaś.

Zamiast kupować gotowy bukiet w automacie – ścinasz kilka z własnego ogrodu i układasz je w wazonie.

Zamiast słuchać podcastu lub muzyki podczas spaceru – idziesz w ciszy.

Zamiast sprawdzać trasę w telefonie podczas spaceru po mieście – dajesz się ponieść własnym nogom.

...

Nie każdą czynność trzeba przyspieszać i nie wszystko, co możemy zrobić szybciej... musi być zrobione szybciej.

Chłonę sierpień całymi zmysłami i wracam do Was po wakacyjnej przerwie na początku września.

Do napisania!

SHARE:

19 lipca 2026

Podróże w trybie Offline

Wyjeżdżając na nasz rodzinny wyjazd, postanowiłam zrobić coś, czego potrzebowałam już od bardzo dawna – całkowicie odciąć się od Internetu. Nie chodziło wyłącznie o media społecznościowe czy publikowanie relacji, ale o świadome odłożenie telefonu i wyciszenie wszystkich bodźców, które każdego dnia niepostrzeżenie domagają się naszej uwagi. 

Od pewnego czasu czułam, że jestem zwyczajnie przebodźcowana. Z każdej strony docierały do mnie informacje, o które wcale nie prosiłam – kolejne plotki ze świata show-biznesu, następna dieta, która miała odmienić życie, idealne przepisy, który i tak nie zrobisz, zdrowy styl życia, ćwiczenia. Egzotyczne podróże, urocze zwierzątka, zabawne filmiki i tysiące treści, które same znajdują drogę do naszego telefonu. Rolki, które tak hipnotyzują, że oglądasz jedną... potem drugą... trzecią... i nagle orientujesz się, że minęła godzina. To jednak nie same media społecznościowe są problemem. Są jedynie fragmentem znacznie większej układanki i mam wrażenie, że dziś uzależnienie od Internetu bardzo często wygląda zupełnie inaczej, niż nam się wydaje.

Można nie mieć konta na Instagramie, a mimo to odruchowo sprawdzać służbową pocztę w sobotni poranek. Można przy każdej rozmowie sięgać po wyszukiwarkę, bo nie umiemy już spokojnie powiedzieć: „Nie wiem” i nie musieć weryfikować każdego zagadnienia. Można godzinami buszować na Zalando, OLX czy swoim ulubionym sklepie chcąc być na bieżąco z nowościami lub po prostu nieustannie używać wyszukiwarki google w celu zrobienia jakichkolwiek zakupów. Można nieustannie być podłączonym do wiadomości, newsów i powiadomień oraz wypełniać każdą wolną chwilę ekranem, nie dopuszczając do siebie ciszy, nudy czy zwyczajnego bycia samemu ze swoimi myślami. 

Do tego dochodzi jeszcze coś, nad czym rzadko się zastanawiamy – liczba kanałów komunikacji. Z jednymi rozmawiamy przez Instagram, z innymi przez Messengera, WhatsAppa, SMS-y czy maila. Każde z tych miejsc wymaga naszej obecności i utwierdza nas w przekonaniu, że powinniśmy odpowiadać niemal natychmiast. Paradoksalnie, choć jesteśmy ze sobą w nieustannym kontakcie, coraz trudniej znaleźć czas na zwykłe spotkanie i spokojną rozmowę twarzą w twarz.

Mam też wrażenie, że wraz z tą nieustanną możliwością kontaktu pojawiło się ciche oczekiwanie nieustannej dostępności. Skoro telefon niemal zawsze mamy pod ręką, coraz częściej zakładamy, że druga osoba również powinna odebrać lub odpisać od razu. Są ludzie, którzy potrafią godzinami rozmawiać przez telefon albo prowadzić niekończące się rozmowy w wiadomościach, a ja sama łapię się na tym, że czuję pewnego rodzaju zobowiązanie do odbierania połączeń, nawet wtedy, gdy zwyczajnie nie mam na to przestrzeni. Jakby sam fakt, że telefon leży obok, oznaczał, że jestem dostępna. Tymczasem możliwość kontaktu przez całą dobę wcale nie oznacza, że musimy z niej nieustannie korzystać. Moja sytuacja jest o tyle specyficzna, że nie jestem wyłącznie odbiorcą internetowych treści, ale również ich twórcą. Publikując coś, siłą rzeczy pozostaję w kontakcie z czytelnikami, odpowiadam na wiadomości, śledzę komentarze i angażuję się w rozmowy. Bardzo to lubię, ale wiem też, że w ten sposób sama dostarczam sobie kolejnych bodźców, przez co granica między pracą a odpoczynkiem coraz łatwiej się zaciera. 

Sama zaczęłam odczuwać to już jakiś czas temu. Coraz częściej łapałam się na tym, że jestem zwyczajnie przebodźcowana – nie tylko ilością informacji, ale też koniecznością nieustannego przełączania uwagi. Zdarzało mi się nawet prosić bliskich, by nie wysyłali mi rolek czy krótkich filmików. Nie dlatego, że mnie nie interesowały, ale dlatego, że doskonale wiedziałam, jak to działa. Otworzę jeden materiał, za chwilę kolejny i następny, aż nagle orientuję się, że minęło kilka kwadransów. Nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem. Dla wielu osób to przecież tylko niewinny filmik, dla mnie był jednak kolejnym bodźcem, którego moja głowa nie była w stanie udźwignąć. 

Dlatego ten wyjazd nie był spontanicznym pomysłem na modny „detoks od telefonu” ani eksperymentem na kilka dni. Czułam, że jestem już tak zmęczona funkcjonowaniem w nieustannym trybie online, że naprawdę potrzebowałam całkowitego odcięcia. Nie po to, żeby coś sobie udowodnić, ale żeby odzyskać spokój i usłyszeć własne myśli. Co ciekawe, te kilka dni tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę tę zmianę kontynuować również po powrocie. Nie oznacza to zniknięcia z Internetu ani rezygnacji z tego, co tworzę, ale coraz bardziej czuję potrzebę wycofania się z tego nieustannie pędzącego świata i nauczenia się korzystania z niego na własnych zasadach. Mam wrażenie, że właśnie tego najbardziej potrzebuję na obecnym etapie życia. Paradoksalnie nie szukam dziś więcej inspiracji, więcej informacji czy większej dostępności, ale większego spokoju, uważności i przestrzeni. Prawdziwa wolność to nie całkowite odcięcie się od technologii, ale umiejętność odłożenia telefonu wtedy, kiedy naprawdę tego potrzebujemy. Ta idea stała się dla mnie jednym z najważniejszych priorytetów, a ten wyjazd tylko upewnił mnie, że idę w dobrym kierunku.



Dawno nie wróciłam z wyjazdu z tak lekką głową. Odpoczęło nie tylko moje ciało, ale przede wszystkim umysł, który od wielu miesięcy funkcjonował w nieustannym szumie informacji, powiadomień i bodźców. Nagle okazało się, że mam czas przeczytać aż pięć książek, a po telefon sięgałam głównie wtedy, kiedy naprawdę chciałam zachować jakieś wspomnienie, jednak zdjęć powstało znacznie mniej niż zazwyczaj i nie chciałabym tej fotorelacji traktować jak przewodnika po miejscach, które warto zobaczyć.

Odłożenie telefonu sprawiło, że zmienił się również sposób, w jaki przeżywałam tę podróż. Zniknęła potrzeba ciągłego zwiedzania, zdobywania kolejnych atrakcji czy poczucia, że trzeba wykorzystać każdą minutę. Zamiast kolekcjonować miejsca, zaczęłam kolekcjonować chwile. Błogość kąpieli w jeziorze o zachodzie słońca, światło tańczące na tafli wody, niezwykłe faktury gór i drzew, które nagle zaczęłam dostrzegać z dużo większą uważnością; czy też smak prostych włoskich potraw z kilku zwyczajnych składników, które potrafiły stworzyć coś tak doskonałego, że przy każdym kęsie pojawiał się mimowolny uśmiech i mruczenie. A najbardziej zostaną ze mną te chwile, których nie da się zaplanować ani wpisać do turystycznego przewodnika. Wieczorna głupawka w przyczepie, kiedy całą piątką śmialiśmy się z rzeczy zupełnie błahych. Szelest przewracanych kartek książki i myśli, które rodziły się gdzieś pomiędzy kolejnymi rozdziałami. Długie rozmowy, cisza i ten rzadki dziś stan, w którym nigdzie się nie spieszyłam i niczego nie musiałam dokumentować, ani być dla nikogo poza moimi kompanami podróży dostępna. Prawdziwy odpoczynek wynikający nie z liczby odwiedzonych miejsc ani atrakcji, które udało się odhaczyć, lecz z momentów, które trudno pokazać na zdjęciu, a które z jakiegoś powodu zostają z nami na długo. Bella Italia!











Lato trwaj!
SHARE:

20 marca 2026

Spokój nie zostaje z nami na zawsze

Spokój nie zostaje z nami na zawsze.

Są takie momenty, kiedy jesteśmy blisko wewnętrznej harmonii. Robimy to, co naprawdę nam służy, a nasza codzienność z dnia na dzień rozjaśnia się spokojem, sprawczością i cichym zadowoleniem, że to co robimy ma sens.

Ostatnio mocno oddaliłam się od tego uczucia i zaczęłam szukać realnej przyczyny. Zabiegane życie i masa obowiązków są częścią codzienności każdego z nas, więc nie tu szukałam „winnego”. Owszem, presja czasu i natłok spraw mogą zaburzać poczucie spokoju, ale ogromny wpływ na jego regulację ma nasz czas wolny i nasze podejście do wielu spraw.

To, co mocno mnie blokuje, a jednocześnie przytłacza natłokiem niespokojnych myśli, to nie do końca szczere relacje. Można kogoś lubić i cenić, a jednocześnie pozwalać, by zbyt mocno wchodził nam na głowę. Pojawia się wiele sytuacji, w których testujemy swoją asertywność i zgadzamy się na coś, tylko po to, by nie zranić cudzych uczuć. Z każdą taką sytuacją czujemy, że oddalamy się od siebie.

Gdy wcześniej rozmyślałam o „zdrowym egoizmie”, zawsze towarzyszyła mi myśl, że coś może być dla kogoś bardzo ważne i nie zawsze warto się temu sprzeciwiać. Jednak często to, co najbardziej mnie przytłacza w relacjach, to momenty, gdy granice nie są szanowane, czasem w subtelny sposób. Może to być poświęcanie swojego czasu, energii czy środków, choć wiemy, że w drugą stronę oczekiwania są inne i nie zawsze spotykamy się ze wzajemnością. Może to też wyglądać tak, że umawiamy się na spotkania, które wymagają od nas elastyczności i reorganizacji planów, a ostatecznie nasze potrzeby i czas nie są brane pod uwagę. Często zdarza się też, że jesteśmy oceniani za decyzje, które podejmujemy w trosce o nasze dzieci lub najbliższych, choć te wybory wynikają z uważnego obserwowania sytuacji i chęci działania w zgodzie z tym, co dla nas najlepsze. Takie sytuacje nie zawsze są łatwe i mogą sprawiać, że oddalamy się od siebie i od własnego spokoju. 

Jednak winić możemy tylko siebie. Gdy czuję presję, gdy ktoś mnie do czegoś namawia, proponuje niezliczoną ilość spotkań i możliwości, często czuję się przytłoczona, bo nie mogę sobie pozwolić na wszystko. Nie mogę nagle pojechać na jakieś aktywności na drugi koniec miasta ani wziąć udział w spontanicznej wycieczce, bo mam swoje obowiązki, pracę, troje dzieci i codzienne obowiązki w domu, które sama organizuję i wykonuję.

Czujemy też czasem presję, by tłumaczyć się z tego, czego nie możemy zrobić, z braku siły czy ochoty, jakby nasze NIE potrzebowało solidnego uzasadnienia. A czasami po prostu pragniemy zrobić przestrzeń na spokojne aktywności, które chcemy realizować w naszym wolnym czasie. Nie chodzi o odhaczanie kolejnych szalonych wycieczek czy spotkań, na które inni się spóźniają. Chcemy po prostu spokojnej przestrzeni bez technologii, w rytmie, który nam odpowiada. To może być przygotowanie kulinarnych pyszności dla rodziny, wiosenna pielęgnacja ogrodu, chwila z książką albo inne małe przyjemności, które wprowadzają spokój i radość w naszą codzienność.

W pierwszy dzień Wiosny postanowiłam usiąść i spisać listę rzeczy, które chcę robić w najbliższych tygodniach. Zazwyczaj moje plany sięgają maksymalnie trzech–pięciu miesięcy. Nie chodzi o zadania w pracy ani codzienne obowiązki bo te mamy już dobrze rozplanowane (choć wymagają nie lada logistyki). Chodzi o czas wolny, w którym swoimi aktywnościami chcę przywrócić sobie spokój i opanować wewnętrzne rozedrganie. Spokojne, zwyczajne czynności, które w różny sposób poprawiają moje samopoczucie. Czasami, żeby je zrealizować, trzeba z czegoś zrezygnować (tu też wplatam refleksję nad tym, co dla mnie ważne i z czego mogę świadomie zrezygnować). Tymi planami chętnie się z Wami podzielę, bo choć oczywiście każdy z nas ma inne potrzeby i zainteresowania, może znajdziecie tu cząstkę siebie.

1. ZDROWIE

Bardzo istotne jest, by nie narzucać sobie rygoru przy wprowadzaniu nowych zasad. Sama jakiś czas temu wpadłam w spiralę zdrowotnych powinności – głowę zaprzątało mi niekończące się wdrażanie kolejnych nawyków: picie wody na czczo, poranna joga, suplementacja, pielęgnacja… W pewnym momencie zamiast poprawy zdrowia czułam frustrację. Oczywiście wszystkie te rzeczy są korzystne, ale bardzo ważne jest podejście. Nie możemy czuć presji, bo wtedy efekty zamiast przychodzić, mijają nas, a my sami czujemy się przeciążeni.

Chcę dbać o zdrowie po to, by mieć więcej energii do działania, ale muszę to dostosować do moich zasobów czasowych i życia rodzinnego, tak aby nie zaniedbać innych spraw. Może joga trzy razy w tygodniu będzie lepszym rozwiązaniem niż codzienne ćwiczenia z poczuciem presji. Stopniowe wprowadzanie małych rytuałów, które naprawdę lubię, działa znacznie lepiej niż całe procedury, które mnie przerażają. Filmiki z porannymi i wieczornymi rutynami, pełne maseczek, bandaży, plastrów na usta i dziwnych akcesoriów, zdecydowanie mnie przytłaczają. 

Wolę prozdrowotne praktyki, ale w naturalnym kierunku na przykład poranny obchód ogrodu boso, dla uziemienia i kontaktu z naturą. To ma dla mnie sens i wprowadza spokój, zamiast presji i obowiązku. Połączenie kilku prostych nawyków może mieć naprawdę dobry wpływ na nasze samopoczucie i zdrowie. Poranny spacer boso po ogrodzie, w towarzystwie ciepłej szklanki wody, to coś więcej niż tylko przyjemność. Kontakt stóp z ziemią, czyli uziemienie, pozwala organizmowi wyrównać naturalne napięcia elektryczne, co według badań może wspierać zmniejszenie stresu i poprawę jakości snu.

Dodając do tego poranne promienie słońca, wspieramy naturalny rytm dobowy organizmu. Światło o poranku stymuluje produkcję serotoniny, hormonu odpowiedzialnego za dobry nastrój w ciągu dnia, a jednocześnie reguluje wydzielanie melatoniny (hormonu snu) co sprzyja spokojniejszemu i głębszemu odpoczynkowi w nocy.

Dodatkowo, poranek bez telefonu i innych technologii pozwala organizmowi powoli przejść z trybu nocnego w dzienny, zmniejsza pobudzenie i daje przestrzeń na świadome, spokojne rozpoczęcie dnia. Taki rytuał, choć prosty, działa na wielu poziomach: fizycznym, psychicznym i emocjonalnym i jest naturalnym sposobem na przywrócenie równowagi i spokoju.

Spokojny czas na ćwiczenia, w ustalone dni nawet na świeżym powietrzu, oraz chwila przy spokojnej kawie z mężem, zanim wstaną dzieciaki do szkoły, to świetny sposób na spokojny poranek. To moment, w którym mogę złapać oddech i przygotować się na wyzwania nadchodzącego dnia.

Z czego warto zrezygnować?

To rezygnacja z korzystania z telefonu rano pozwala rozpocząć dzień w spokojnym, nieprzerywanym rytmie. Bez natychmiastowego zalewu powiadomień, wiadomości czy mediów społecznościowych organizm i umysł mają szansę powoli przejść z trybu nocnego w dzienny. Takie „cyfrowe wyłączenie” zmniejsza stres i pobudzenie, poprawia koncentrację oraz daje przestrzeń na świadome rozpoczęcie dnia. Poranek bez telefonu wspiera naturalne wydzielanie hormonów odpowiedzialnych za nastrój i energię, takich jak serotonina, i pozwala lepiej regulować rytm dobowy, co w konsekwencji sprzyja głębszemu snu w nocy. O to jak będziemy spać w nocy determinują już pierwsze czynności o poranku.

2. PIELĘGNACJA

Wiosną zmieniają się potrzeby mojej cery, dlatego po wykończeniu kosmetyków z okresu jesienno-zimowego postanowiłam spróbować czegoś nowego i sięgnęłam po koreańską markę Anua. Szukałam pielęgnacji bogatej w ceramidy, a jednocześnie chciałam wprowadzić do swojej rutyny retinol. Gdy na zewnątrz robi się jaśniej, jeszcze bardziej doceniam poranną i wieczorną pielęgnację, szczególnie wtedy, gdy mogę wykonywać ją przy naturalnym świetle. To zupełnie inna jakość i uważność. Wklepuję tonik, rezygnując z płatków kosmetycznych, potem nakładam niewielką ilość serum i lekki krem w formie fluidu z ceramidami. Na sam koniec filtr mineralny, dla tych, którzy nie czują się komfortowo z filtrami chemicznymi. To delikatne warstwy, które dopiero razem tworzą całość. Choć pielęgnacja ma kilka etapów, pozostaje lekka, spokojna i dopasowana do potrzeb skóry. Wieczorem stawiam na dokładny demakijaż, a co drugi dzień sięgam po serum z retinolem. Jest bardzo delikatne, więc sprawdzi się szczególnie u osób, które dopiero zaczynają taką kurację. Kosmetyki Anua są przy tym bardzo wydajne, dlatego spokojnie wystarczą na kilka miesięcy. Mam dużą słabość do testowania nowych produktów, jednak czuję, że dobrze zrobię swojej cerze, jeśli na chwilę odejdę od ciągłego eksperymentowania i dam jej przestrzeń na stabilizację i odbudowę.


Postanowiłam, że tym roku, na spokojnie będę używać i powoli zużywać swoją kolekcję, natomiast docelowo zminimalizuję ją do swoich absolutnych faworytów. Ulubiony podkład, korektor, kredka do brwi, maskara, dobrze dobrana paletka (max. 4 cieni), róż i ulubiona pomadka. Im cera jest dojrzalsza, tym ważniejsza jest pielęgnacja i tylko lekkie podkreślenie urody, którą się nie postarza ciężkim makijażem. Ważna jest uważność na swoje potrzeby i wiedza na temat składów. Taki minimalizm i świadome wybory są dla mnie bardziej luksusowe niż zapełnione kosmetykami szuflady.
Ostatnio pisałam Wam o kosmetykach kolorowych. Wpis pojawił się w styczniu, choć zdjęcia pochodzą jeszcze z początku listopada, dlatego przez ostatnie miesiące część produktów zdążyła się już zużyć, a niedawno pojawiły się u mnie nowości. To właśnie one będą teraz podstawą mojego codziennego makijażu, który wykonuję w domu. Część kosmetyków, które nadal mam, jak podkład w kompakcie czy resztka kredki do brwi, spakowałam do małej kosmetyczki na wyjazdy, która zawsze będzie czekała w gotowości.
Kosmetyki Meroda widywałam już jakiś czas temu na Instagramie i szczególnie zaintrygował mnie biały podkład, który dopasowuje się do koloru cery. Mam za sobą dopiero pierwsze próby, ale już teraz bardzo podoba mi się jego nawilżająca konsystencja i delikatny zapach. Zauważam też, że lżejszy makijaż zdecydowanie lepiej służy bardziej dojrzałej cerze. Lubię delikatnym podkładem wyrównać koloryt, a w razie potrzeby nałożyć nieco więcej korektora w okolicach kącików oczu, gdzie pojawia się największe zaciemnienie. Dzięki temu skóra nie jest przeciążona, a ja uzyskuję efekt naturalnego rozświetlenia, który najbardziej lubię. 
Dzięki kilku produktom mogę subtelnie podkreślić urodę, a jednocześnie zachować lekki, oddychający makijaż, który nie zaburza mojej pielęgnacji. Kosmetyki dodatkowo pięknie się prezentują, dlatego z przyjemnością będę sięgać po nie w kolejnych tygodniach.

Z czego warto zrezygnować?

Z nadmiaru. Pielęgnacja cery i domowe spa to jedna z moich pasji, dlatego naprawdę muszę pilnować się, by nie kupować zbyt dużo. Regularnie robię porządki w szufladach i widzę, że zapasów jest coraz mniej. Coraz bardziej skupiam się na długoterminowej pielęgnacji i na tym, by mieć po jednym, dobrze dobranym produkcie.


3. OGRÓD

Nadejście wiosny to też początek sezonu ogrodowego, a ile czasu wymaga praca wokół domu, wie tylko ten, kto się tym zajmuje. Sama pielęgnacja roślin i fizyczna praca w ogrodzie daje jednak ogromną satysfakcję, a efekty są widoczne niemal od razu. Kontakt z glebą działa uspokajająco. Jej naturalne właściwości chemiczne, a także samo przebywanie wśród roślin i w naturze, wspierają odprężenie i redukcję stresu. To właśnie elementy gleboterapii i pracy ogrodniczej sprawiają, że regularny kontakt z ziemią może mieć realny, pozytywny wpływ na nasze samopoczucie. 

Mam na ten rok wiele planów dotyczących naszej zielonej przestrzeni, jednak, aby nie czuć presji, postanowiłam skupić się na utrzymaniu otoczenia w schludnym porządku i codziennie poświęcać choćby 15 minut na relaks w ogrodzie, nawet w tygodniu. Taki mały rytuał pozwala utrzymać efekt i wprowadza spokój. Ogrodowe zajęcia dają cudowne przejście z trybu pracy do domowej przestrzeni i rodzinnego życia. Ostatnio byłam mocno poddenerwowana pewną sytuacją i spontanicznie zaczęłam bardzo dokładnie zamiatać kostkę przed domem. Natychmiast poczułam rozluźnienie, a do tego zrobiłam od A do Z coś, co zalegało mi od kilku tygodni. Miłe poczucie sprawczości i spokoju przyszło natychmiast.

Ciężko w dzisiejszym świecie powiedzieć komuś, że nie masz wolnego weekendu i nie możesz się spotkać, bo zaplanowałaś ogrodowe prace. Nawet bliscy, nie zdając sobie z tego sprawy, mogą czasem podcinać nam skrzydła. Ostatnio kupowałam jakieś pismo ogrodnicze, a Marysia, oczywiście nie w złej intencji, skomentowała, że jestem taka babcina… To drobny komentarz, a jednak przypomina, jak łatwo nasze wybory i pasje mogą być odbierane inaczej niż my sami je czujemy.

Z czego warto zrezygnować?

Wszyscy mamy tyle samo czasu, a nasza doba trwa tyle samo dla każdego. Pielęgnacja ogrodu wymaga systematyczności, dlatego nie zawsze możemy brać udział we wszystkich towarzyskich wydarzeniach. Z drugiej strony, gdy życie zawodowe jest naprawdę intensywne, obowiązków pełno, a w domu czekają wyzwania związane z dziećmi w różnym wieku, spędzenie czasu po pracy, a czasem nawet całych weekendów w towarzystwie roślin i kwiatów, może okazać się najlepszym sposobem na ukojenie układu nerwowego. To chwila oddechu, która pozwala się zresetować, nabrać energii i spojrzeć na codzienność z większym spokojem. Dobrze mieć w sobie odwagę, by być asertywnym i nie czuć potrzeby tłumaczenia się z wyboru prostych przyjemności. Nie musimy pędzić na premierę, otwarcie nowej restauracji czy uczestniczyć w kolejnych modnych warsztatach, jeśli nasz czas i energia w danym momencie potrzebują czegoś innego - spokoju i rytuałów, które dają nam radość i równowagę.


4. DOM

Każdy domator, a sama również się do nich zaliczam, przyzna, że dom jest miejscem, w którym regenerujemy siły i budujemy poczucie bezpieczeństwa. Dbanie o porządek w domu ma realny wpływ na nasz umysł i samopoczucie. Badania pokazują, że uporządkowana przestrzeń zmniejsza poziom kortyzolu hormonu stresu i pomaga obniżyć napięcie oraz poczucie przytłoczenia. Jasno wyznaczone miejsca dla przedmioty z naszego otoczenia i schludne wnętrza ułatwiają koncentrację, poprawiają produktywność i sprzyjają lepszemu planowaniu dnia. Harmonijne, uporządkowane wnętrze daje też poczucie kontroli nad swoim życiem i pozwala łatwiej odnaleźć spokój ducha, a drobne codzienne rytuały, jak układanie książek, dbanie o rośliny czy sprzątanie przestrzeni wspólnej, przynoszą satysfakcję i poczucie sprawczości. 

Chociaż utrzymanie porządku w domu wymaga dużo czasu i energii, uważam, że dobrze jest robić to samodzielnie. Oczywiście zdarzają się etapy w życiu, gdy potrzebna jest pomoc z zewnątrz i nie mam nic przeciwko korzystaniu z takiej pomocy. Jednak nawet wtedy warto, by dana osoba wciąż zajmowała się domem w pewnym zakresie. Osoby, które w ogóle tego nie robią, paradoksalnie przestają doceniać swój dom – tracą kontrolę nad przestrzenią, nie zauważają drobnych przedmiotów codziennego użytku i pracy, która jest potrzebna, aby utrzymać w domu niepowtarzalny klimat.

Sama zajmuję się porządkami i nie ukrywam, że czasem mam dość powtarzających się czynności. Choć ogólne sprzątanie wykonuję codziennie, to ten wyjątkowy dzień dogłębnego sprzątania nadchodzi szybciej niż co tydzień (dni mijają szybko). Jednak dzięki temu  mam stałą wiedzę na temat stanu domu. Wiem, które miejsca wymagają szczególnej uwagi, gdzie trzeba coś usprawnić lub naprawić, a także które przedmioty stają się zbędne na przykład podczas porządków w szafach czy wśród zabawek dzieci. Dzięki temu jestem na bieżąco i mogę lepiej dbać o przestrzeń, w której żyjemy.

Momentem, w którym wiem, że jestem przeciążona ilością spraw, jest chwila, gdy nie mam czasu na spokojne podlanie kwiatów. Nie lubię robić tego w pośpiechu, to powinna być chwila relaksu i wyciszenia. Podobnie jest z drobnymi naprawami, na które nagle zaczyna brakować przestrzeni. Chciałabym mieć czas na takie rzeczy jak naprawa abażuru w salonie, wymiana silikonu w łazience czy reorganizacja szuflad w kuchni. To drobne czynności, ale właśnie one budują poczucie ładu, sprawczości i spokoju w codziennym życiu.



4. PROJEKT

W najbliższym czasie chciałabym skupić się na projekcie, którego realizacja zajmie mi kilka dobrych miesięcy. To ambitny plan, dlatego muszę rozłożyć pracę na etapy i podejść do niego z dużą uważnością. Nie chcę na razie mówić o nim zbyt wiele, dopóki nie będzie w bardziej zaawansowanej fazie, dlatego wie o nim tylko najbliższe grono.

Na co dzień pracuję w Layette, więc na ten projekt mogę przeznaczyć tylko część czasu w godzinach pracy, a resztę muszę wpleść w czas po godzinach. To sprawia, że mój „wolny czas” wcale nie jest tak dostępny, jak mogłoby się wydawać.

Trudno jest to czasem wytłumaczyć, bo łatwiej powiedzieć, że to intensywny okres w pracy czy przygotowania do nowej kolekcji. A jednak czuję, że dla mojego wewnętrznego spokoju ważne jest coś innego – żeby nie musieć się tłumaczyć. Żeby móc w ciszy robić swoje, chronić swoją energię i wybierać to, na co naprawdę chcę ją przeznaczyć. To, że projekt pozostaje jeszcze niedostępny dla innych, wynika właśnie z tego, że nie chcę czuć presji otoczenia ani odpowiadać na pytania o to, na jakim jestem etapie. To moja przestrzeń, w której chcę działać w swoim tempie, spokojnie i bez pośpiechu.

Z czego warto zrezygnować?

O tym, ile pracy kryje się za efektem końcowym, nie zawsze wiedzą nawet osoby z mojego otoczenia. Staram się być osobą, która zawsze odbierze telefon, wysłucha, doradzi, ale gdy wracam do biurka i pełnej listy zadań, często czuję się mocno przeciążona. Efekty mojej pracy to tylko wierzchołek góry lodowej – pod spodem kryje się ogrom niewidocznej pracy, którą wykonuję każdego dnia.

Ostatnio czytam bardzo ciekawą książkę "Esencjalista" Mckeown Greg'a gdzie autor proponuje sposób myślenia oparty na świadomym rozpoznawaniu tego, co jest dla nas najważniejsze oraz konsekwentnym eliminowaniu wszystkiego, co zbędne. Dzięki stosowaniu tego rodzaju kryteriów wyboru autor pokazuje nam, jak odzyskać kontrolę nad własnym czasem, energią i podejmowanymi decyzjami. Celem jest ustalenie priorytetów, odrzucenie tego co nieistotne i podążanie za pasją bez rozdrabniania się nad tym co nieistotne i unikania rozpraszaczy. 



5. PRYZJEMNOŚĆ Z GOTOWANIA

Każdy miłośnik gotowania wie, że posiłki przygotowywane w spokoju smakują zupełnie inaczej. To nie tylko kwestia smaku, to inna forma uważności i czerpanie radości z samego aktu gotowania. Lubię planować weekendowe posiłki, przy których nie trzeba się spieszyć, które nie uciekają między zadaniami, a można je w pełni celebrować przy jednym stole. Prawda jest taka, że w tygodniu każdy je o innej porze. Gdy odbieram Marysię ze szkoły, a spieszymy się na konie, w biegu musimy coś przekąsić. Obiady mieszają się z kolacjami, a spokój przy stole to rzadkość. Ciągle dopracowuję logistykę posiłków. Zainwestowaliśmy w zamrażarkę, czasami gotuję z wyprzedzeniem, planuję, komponuję, staram się, żeby wszystko się zgadzało i było dobrze zaplanowane. Mimo to, to nie daje mi takiej satysfakcji jak weekendowe gotowanie. Wtedy mogę w pełni cieszyć się świeżymi składnikami, smakami oraz zapachami unoszącymi się w kuchni oraz chwilą, która pozwala naprawdę poczuć radość z gotowania. Chcę tych momentów więcej w nadchodzących tygodniach, testować nowe przepisy, doskonalić te ulubione. Gdy tylko zrobi się cieplej przemycać posiłki na nasz taras pod chmurką.

Z czego warto zrezygnować?

Warto zrezygnować z presji, że dobry posiłek musi być wykwintny. Czasami domowy chleb z dobrą oliwą czy masełkiem czosnkowym własnej roboty to prawdziwa uczta dla podniebienia. Proste zestawienia jak sycąca sałatka zamiast typowego obiadu wciąż pozwalają celebrować smaki, tylko w mniej rygorystycznej formie. Chodzi o klimat w domu, zapach unoszący się w kuchni i towarzyszący spokój, a nie o utarte schematy.

Zmęczyło mnie też nieustanne zastanawianie się nad kalorycznością posiłków i tym, czy aby na pewno to, co jemy, jest w 100% zdrowe. W weekend warto pozwolić sobie na małe przyjemności: ciasto z owocami, domowe pieczywo, kremowe sosy czy ulubione dodatki. To właśnie w takich chwilach gotowanie staje się prawdziwą celebracją, a smak posiłku – nagrodą za tydzień zorganizowanej codzienności. Warto więc zaufać sobie i własnym wyborom, zamiast nieustannie liczyć kalorie, bo dobra energia i spokój w kuchni są ważniejsze niż perfekcja.


6. PODRÓŻE

Jestem osobą, która bez problemu mogłaby zaszyć się w domu i ograniczyć wyjścia do pracy w ogrodzie. Jednak lata naszych podróży, zwłaszcza przyczepą kempingową, pokazały mi, że wyrwanie się ze swojego świata daje zupełnie inną perspektywę… na całe życie. Podróże uczą luzu, pozwalają zapomnieć o codziennych problemach i wyrywają nas z błędnego koła rutyny. Każde nowe miejsce, każdy krajobraz, każdy moment spędzony poza znanym otoczeniem zmienia sposób patrzenia na świat. Dzięki temu łatwiej docenić proste przyjemności, zyskać dystans do spraw, które wcześniej wydawały się pilne, i otworzyć się na niespodziewane radości.

Spokój w podróżach polega też na tym, by nie stresować się planowaniem zbyt mocno. Paradoksalnie, im mniej oczekuję w danym roku, tym więcej pojawia się okazji do wyjazdów. Pozwalając sobie na elastyczność, na spontaniczne decyzje i odkrywanie miejsc tu i teraz, podróże stają się prawdziwym odpoczynkiem. Człowiek uczy się wtedy cieszyć chwilą, docenia drobne detale i doświadcza świata w swoim własnym tempie.

A jeśli jakiś wyjazd nie wypali? To też nie problem. Nadal pozostają wszystkie wcześniejsze chwile i rytuały, które można celebrować w spokoju - weekendowe gotowanie, czas w ogrodzie, drobne przyjemności w domu. Podróże są wspaniałym dodatkiem, ale prawdziwy spokój i radość życia nie zależą od perfekcyjnie zrealizowanego planu wyjazdu.

Z czego warto zrezygnować?

Wybieranie swoich cennych wakacji pod panującą modę albo dlatego, że ktoś świetnie bawił się na egzotycznym wyjeździe, rzadko prowadzi do prawdziwego odpoczynku. Wakacyjne potrzeby bardzo się od siebie różnią i to jest zupełnie naturalne.

Dla jednej osoby idealne będzie all inclusive i pełne odcięcie się od obowiązków, szczególnie jeśli na co dzień pracuje fizycznie i potrzebuje regeneracji. Ktoś inny, żyjący w powtarzalnym rytmie, może w takim miejscu poczuć znudzenie i będzie szukał ruchu, zwiedzania, nowych wrażeń. Są też osoby, które na co dzień funkcjonują w ciągłym biegu, między zadaniami oraz obowiązkami i to właśnie one najbardziej potrzebują ciszy, spokoju na łonie natury i ucieczki od miejskiego chaosu. Dlatego zamiast podążać za trendami, warto wsłuchać się w siebie i swoje aktualne potrzeby. Bo dobrze wybrany odpoczynek to nie ten najbardziej spektakularny, ale ten, po którym naprawdę wracamy spokojniejsi i wypoczęci.


7. KSIĄŻKI I FILMY

Dla mnie niezwykle ważne jest wieczorne czytanie chociażby kilka stron dziennie. To moment, który pozwala mi łagodnie przygotować się do snu, wyciszyć i odciąć od wirtualnego świata. Mam dosłownie stertę książek czekających w kolejce i tworzę w głowie ich własną kategorię. Są książki wiosenno-letnie i jesienno-zimowe, do których wracam w zależności od nastroju i pory roku.

Czytanie nie tylko poszerza nasze horyzonty i nas czegoś uczy, ale ma tez działanie kojące. Spowalnia oddech, obniża napięcie i pozwala myślom naturalnie się uspokoić. W przeciwieństwie do ekranów nie pobudza układu nerwowego, a wręcz pomaga organizmowi przejść w tryb odpoczynku. To taki cichy sygnał dla ciała, że dzień dobiega końca. Dzięki temu zasypianie staje się łatwiejsze, a sen głębszy i bardziej regenerujący.

Mam jednak czasami ochotę na dobry film. Od jakiegoś czasu nadrabiam kino lat 80tych i 90tych, ale sięgam też po bardziej współczesne perełki. Ponieważ nie mam przestrzeni na seriale ani na oglądanie wszystkiego, co się pojawia, moje seanse filmowe są naprawdę przemyślane. Szukam historii, które mnie poruszą, otworzą oczy na jakąś perspektywę, zostawią ze mną refleksję na dłużej. Taki wieczór planuję z wyprzedzeniem i nie ma w nim przypadku w wyborze filmu. Celebrowanie dobrego kina stało się w ostatnich miesiącach moją małą pasją.

Z czego warto zrezygnować?

Ze scrollowania w telefonie. 

Doskonale wiem, że ten szybki wyrzut dopaminy sprawia, że trudno się oderwać. A jednocześnie nic współcześnie nie zabiera nam tyle czasu. Gdy ktoś pyta, skąd mam czas na codzienne czytanie książek, odpowiedź jest prosta - to mój świadomy wieczorny wybór. I żeby była jasność, dla mnie też nie jest to łatwe. Po całym dniu, kiedy jestem zmęczona, ta prosta „przyjemność” nie wymaga ode mnie żadnego wysiłku. Wystarczy zajrzeć do wiadomości… ktoś podesłał dwa filmiki… i nagle orientuję się, że minęła godzina na przeglądaniu Instagrama. Dlatego podchodzę do tego bardzo świadomie. Regularnie oczyszczam algorytm, ustawiłam limit 30 minut korzystania z Instagrama (wliczając w to także czas pracy), a bliskich proszę, żeby nie wysyłali mi filmików. Bo spokojny wieczór, książka czy dobry film są dla mnie dziś po prostu na wagę złota.


Gdy nadałam ważność temu, co naprawdę chcę robić tej wiosny, stało się dla mnie jasne, że nie starczy mi czasu na wszystko. Na każdą propozycję spotkania, każde wydarzenie w mieście, każdą okazję, która być może byłaby fajna. To odpuszczanie nie jest łatwe, szczególnie gdy wokół tyle się dzieje, a my mamy poczucie, że coś nas omija. 

Im jestem starsza coraz bardziej czuję, że to właśnie wybór, a nie ilość doświadczeń, daje prawdziwy spokój. Chcę zrzucić z siebie tę cichą presję bycia wszędzie i uczestniczenia we wszystkim. Zamiast tego wybierać uważnie to, co jest dla mnie dobre w danym momencie życia, a nie tylko wypełnia czas.

Wiem też, że nie każdy to zrozumie. I uczę się akceptować to, że moje granice nie zawsze będą wygodne dla innych. Ale dobrze jest mieć swoje priorytety i trzymać się ich łagodnie, bez tłumaczenia się na każdym kroku. 

Wewnętrzny spokój nie pojawia się wtedy, gdy robimy wszystko tylko wtedy, gdy wybieramy to, co naprawdę jest dla nas ważne.

Życzę cudownego weekendu! Do napisania!

SHARE:

22 grudnia 2024

Kojąca Sypialnia Na Plagę Bezsenności

Czy jak w mojej jednej z ukochanych książek "Sto Lat Samotności" Marqueza ogarnia nas plaga bezsenności? Z jaką osobą z mojego otoczenia bym nie rozmawiała twierdzi, że miewa cykliczne problemy ze snem. Problemy z zasypianiem lub wręcz z dobudzeniem się o poranku, uporczywe koszmary czy też budzenie się w środku nocy i gonitwa myśli. 

Praktycznie przez całe 9 lat nie przespałam całej nocy budząc się do dzieci. Zdążyłam urodzić kolejne maleństwo, gdy jeszcze poprzednie z rodzeństwa nie wyrosło z nocnych spacerów do łóżka rodziców. Ząbkowanie, karmienie piersią czy czuwanie przy chorym dziecku w nocy nie należało do najłatwiejszych wyzwań rodzicielstwa, ale w matczynym ciele buzują takie hormony, że jest w stanie znosić to z przyjemnością nawet latami. Zawsze bowiem jest ten wyższy, rekompensujący zmęczenie cel, który dodaje skrzydeł. Ta błogość, pomimo trudu przebudzania się kilka razy w nocy, pozwala błyskawicznie wracać do głębokiego snu. Dodatkowo, budząc się w nocy skupiasz się na dzieciątku i nie masz tego okropnego uczucia w sobie - lęku.

Już od ponad roku nasze wszystkie dzieci śpią wzorowo. Oczywiście standardowo raz, dwa razy w miesiącu któreś - łącznie z psem - wybudzi mnie w nocy z jakiegoś powodu, ale są to jednak sporadyczne wypadki na tle całego miesiąca. (Czasami dość zaskakujące np. Miłoszek potrafi czegoś w nocy szukać i prosi o pomoc :P) A tu okazuje się, że różne sytuacje z minionych miesięcy i sprawa ogromnej ilości kortyzolu w moim organizmie nie pozwala mi spać. Oczywiście nie dotyczy to każdej nocy. Bywa, że śpię całkiem nieźle, ale potem znów pojawia się ciąg nieprzespanych nocy. Zasypiam wzorowo, natomiast gdy tylko coś mnie wybudzi, to nie mogę później zasnąć. I tak o godzinie 2 lub 3 nad ranem mam oczy jak 5 złotych, galopujące myśli o wszelkich troskach dnia codziennego i zmartwieniach całego świata. Nachodzą mnie złe myśli i smutek, ale bywa, że myślę o czymś przyjemnym - o planach czy marzeniach i jestem tak podekscytowana, że również nie mogę przestać o tym myśleć i nie śpię. Chociaż kortyzolu mam w nadmiarze, to i tak byłoby jeszcze gorzej, gdybym nie stosowała pewnych dobrych nawyków, które regulują poziom stresu w moim organizmie. 

Oprócz stresu i przebodźcowania na naszą bezsenność ma wpływ szereg malutkich czynników. Ciężkostrawna dieta i syte kolacje, brak ruchu na świeżym powietrzu i ekspozycji na słońce (nawet w pochmurny dzień) czy też kontakt ze światłem niebieskim przed snem do czego przyczynia się np. przeglądanie telefonu w łóżku. Zdaję sobie sprawę, że na zaburzenia snu potrzebne jest działanie w kilku aspektach. Suplementacja witamin, redukcja stresu (medytacja, praca z oddechem czy ćwiczenia jogi), głębszy kontakt z naturą. Czasami nasze dolegliwości są po to, by nam przypomnieć o czymś ważnym. Być może jest to dobry moment, by zastanowić się jak polepszyć naszą jakość życia, czego brakuje nam na poziomie fizycznym i psychicznym.

"Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz"- jest w tym powiedzeniu dużo prawdy oraz głębsze dno. I chociaż jestem z tych osób, dla których pościelone łóżko jest niezaprzeczalnym elementem, które przyczynia się do dobrego snu, to chodzi tu o szereg czynności, które świadomie wykonujemy kilka godzin przed snem. 

Czysta pościel, wywietrzona sypialnia, odpowiednia (nie za ciepła) temperatura w pomieszczeniu, lekka kolacja zjedzona na 2-3 godziny przed zaśnięciem, ciepła kąpiel i ziołowa herbata (czarna może nas dodatkowo pobudzić). Leżenie na macie z kolcami i czytanie książki przed zaśnięciem. Czasami w gonitwie dnia codziennego robimy zupełnie na opak, a potem w środku nocy bijemy się w pierś, że wystarczyło po prostu podejść do sprawy bardziej świadomie. Oczywiście zarówno ciało jak i umysł potrzebuje trochę czasu na uporanie się ze swoimi słabościami. Jestem świadoma, że nie był to dla mnie łatwy rok i daje sobie prawo i przyzwolenie do tych wszystkich uczuć, które wybudzają mnie w nocy. Wiem, że to się unormuje i minie, jednak warto sobie w tym trudnym procesie pomóc sobie wprowadzając do codzienności zdrowe rytuały.

Wielokrotnie pisałam Wam, że sypialnia w Magicznym Domku to takie nieskazitelne miejsce. Każdego ranka ścielę dokładnie łóżko i wietrzę pokój. Chowam skrupulatnie rzeczy do szafy i zawsze panuje tam ład i porządek. To miejsce musi przynosić mi ukojenie, bo przez bezsenne noce, wiem jak jest ono ulotne. Cieszy mnie każda zmiana pościeli, kolejna książka czytana i leżąca na stoliczku nocnym czy też niedawna zdobycz - piękne lustro, które postawiłam na toaletce (TKMaxx). I chociaż szaro-buro za oknem, tu jest nasz przytulny azyl, w którym jak opadną już emocje przezwyciężę powracającą bezsenność. 



Stonowane kolory, dużo drewna, ciepłe światło bocznych lampek oraz przestrzeń nieprzytłoczona nadmiarem przedmiotów.




I chociaż lubię małe zmiany, to w sypialni zazwyczaj ograniczają się do zmiany pościeli (stonowane zimą, a kwiatowe wiosną i latem). Gdy jestem z czegoś w 100% zadowolona, to nie mam ochoty tego zmieniać. Zakup wełnianej narzuty (Moyha) był strzałem w dziesiątkę -  cudownie układa się na łóżku i wspaniale... grzeje stopy w sezonie jesienno-zimowym. Mam ją od kilku dobrych sezonów.


Uwielbiam ten widok za oknami, niezależnie od pory roku i panującej pogody.





Gdy mam trudniejszy okres, bardzo ważna jest dla mnie również higiena przyswajanych wiadomości. Gdy poziom stresu jest zwyżkowy nie katuję się horrorem czy też książką kryminalną, nie czytam wiadomości o wojnie, polityce i pilnuję się by mocno ograniczać moją obecność w mediach społecznościowych oraz oglądanie na nich filmików.
Skupiam się na książkach, które mam w kolejce do przeczytania oraz selektywnie wybieram filmy i seriale, które oglądam. Niedawno odkryłam na YouTubie bardzo wartościowy kanał, który koniecznie chcę Wam polecić.

Reflections of Life - to zbiór krótkich 10-15 minutowych wywiadów z ludźmi na temat ich przemyśleń o życiu. Piękne zdjęcia (oraz ujęcia przyrody), urocze wnętrza ich domów i ogrodów oraz mnóstwo mądrości życiowej, która płynie z ich doświadczeń jest dla mnie ogromną ulgą w tym pędzącym świecie. Wywiady są zazwyczaj z wiekowymi osobami (a ja mam wielki szacunek i słabość do starszych osób), które w sposób prosty ale niezwykle przekonujący mówią nam o tym co w życiu jest tak naprawdę ważne. Uwielbiam też przyglądać się ich codziennym rytuałom i czynnością, którym się oddają by odnaleźć wewnętrzny spokój. Przeurocze są również ich domy - takie zwyczajne, ale piękne - z masą książek i ukochanych przedmiotów. No musicie to zobaczyć!



Wywiady są w języku angielskim, ale z pewnością można ustawić sobie napisy polskie (ja osobiście ustawiam napisy angielskie, bo mam wtedy pewność, że żadne ważne słówko mi nie umknie). Wyślę, Wam kilka linków od których ja zaczęłam śledzenie kanału Reflections of Life. 


Jestem przeszczęśliwa, że mam jeszcze tyle wywiadów do odkrycia. Chwilę na te 10-15 minut oglądania filmiku można znaleźć każdego dnia, a jest to chwila ukojenia i refleksji nad życiem i codziennością. Zdecydowanie wybieram tą formę a ograniczam do minimum skrolowanie telefonu, które wiem, że mi nie służy.

Pewnie jesteście w ferworze przygotowań do świąt, więc wręcz przewrotnie wrzucam dziś post zupełnie nieświąteczny, który może delikatnie przypomni nam wszystkim, by nie zatracać się w tym pędzącym świecie a delektować się wolną chwilą, spokojnym duchem i magią świąt bez tej zupełnie niepotrzebnej spinki.

Tego Wam życzę na nadchodzące święta i wracam do Was po Wigilii tym razem z typowo świątecznym wpisem w stylu Magicznego Domku.

Harmonii i spokoju kochani oraz...przespanych nocy. ;) 
SHARE:
© Magiczny Domek. All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig