11 lutego 2022

2 urodziny Miłoszka i Urodzinowa chwalipięta

Nasz uroczy chłopczyk skończył niedawno 2 latka. Nie wyobrażam sobie bez niego życia, bo cudownie dopełnił naszą rodzinę. Czasami dostajemy pytania czy jeszcze planujemy powiększenie rodziny i chociaż uwielbiam malutkie bobaski i chyba zawsze będzie mi się robiło miękko w kolanach na ich widok, to ta konfiguracja naszej rodziny jest dla nas idealna i wystarczająca. Gdy zaszłam w trzecią ciążę, wiele osób życzyło nam chłopczyka. - Dwie dziewczynki, to przydałby się teraz chłopczyk. - Dwa razy próbowali, to ten trzeci raz postarali się właśnie o chłopca. - A to nie prawda! Byliśmy wręcz pewni, że trzecia będzie dziewczynka i będziemy mieli w Magicznym Domku grono panienek. Nawet lekko irytowałam się na te komentarze i myślałam sobie, na boga czy posiadanie syna to jakaś "większa" sprawa? Zupełnie się z tym nie zgadzam! A jednak coś jest w tym, że po 2 latach i lekkim zaskoczeniu na początku, że będzie to jednak chłopczyk, jestem przeszczęśliwa, że mogłam doświadczyć tego trochę innego świata. Być może zawsze zastanawiałabym się jak to jest mieć syna i naprawdę cieszę się, że dziewczynki mogą również doświadczyć tego, że posiadają brata. Miłoszek jest naszą iskierką i muszę przyznać, że nasze kobiece serca (moje i dziewczynek) ulegają jego urokowi. Miłoszek jest naprawdę niezwykle pogodnym dzieckiem, rzadko się denerwuje i uwielbia się przytulać do wszystkich członków rodziny, a gdy przebudza się w nocy to nas całuje po głowach. :P Kocha pieski (na które mówi Fafałki) i uwielbia się bawić w odgrywanie ról oraz karmienie i pielęgnowanie pluszaków (dlatego urodzinowe prezenty uważam za super trafione - o czym przekonacie się w drugiej części). Lubi małe gadżety i jest to dosyć zabawne, bo niemalże zawsze w ręku ma jakąś małą latarkę, śrubokręt lub swój drewniany telefon albo portfelik. :) Lubi oglądać krecika, jeść wszelakie zupy oraz spać z rodzicami. 

Urodzinowe przyjęcie odbyło się w kameralnym gronie najbliższej rodziny i dziadków, a zamiast wystawnej kolacji zorganizowałam po prostu podwieczorek z tortem i tiramisu. Ostatnio rozmawiałam na ten temat z bliską koleżanką, że my mamy często ulegamy jakiejś presji organizacji urodzinowych przyjęć. Tak jakby nasza miłość do dzieci była mierzona wystawnością przyjęcia (ba, najlepiej dwie osobne imprezy dla mnóstwa dzieci i osobno dla całej rodziny). A mi zamarzyło się trochę spokoju i braku zamieszania. Na dwuletnią główkę to i tak dużo wrażeń, więc wyszło idealnie. Na spokojnie mogłam sama wszystko przygotować (Pan Poślubiony był parę dni na rowerowym wyjeździe i wrócił w nocy poprzedzającej urodzinowy podwieczorek), a potem raz dwa sprzątnąć i o czasie położyć dzieci do snu (urodziny były w niedzielę, więc dziewczynki normalnie szły następnego dnia do przedszkola i szkoły). Nie mówiąc, że w dobie szalejących zakażeń to dość rozsądna opcja.

Tort upiekł się dosłownie sam. Ten rodzinny przepis na biszkopt jest tak prosty, a za razem sprawdzony, że zawsze wychodzi. A że Miłoszek jeszcze sam nie zamawia tortowych motywów, postawiłam na naturę, kolory i owoce, które uwielbia. 



Przygotowania.






(nie pytajcie dlaczego Gabrysia chodzi w okularach do pływania - z niej jest po prostu niezła agentka i indywidualistka) :P

Sto lat Miłoszku!



A jeśli chodzi o prezenty Miłoszka, to są super trafione, w końcu wybrane bardzo pod niego. Dowodem na to jest sam fakt, że od tego czasu po wszystkie sięga z wielką chęcią. Plusem jest też to, że ktokolwiek z tej trojki już dostaje prezenty, to w wielu przypadkach jest to pretekst do wspólnej zabawy we trojkę.

Urodzinowa chwalipięta (inspiracja na prezent dla 2-3 latka).

Kuferek weterynarza (Zara Home)

Akcesoria dla piesków.

Kolejka i tory do powiększającej się kolekcji (Brio).

Układanka ze słoniem (kupiłam już dawno temu i czekała na swoją kolej Zara Home).

Przesłodki krecik z ulubionej bajki.

Seria książeczek do wspólnego czytania.

Ekspres do kawy (Little Dutch). - i oto mam codziennie pięknie podaną kawę. :)

Jestem ogromnie wdzięczna, że mogę wkleić do blogowego pamiętnika kolejne ważne wspomnienia, do których uwielbiam powracać. 

Pozdrawiam Was cieplutko i do napisania niebawem. :*

SHARE:

07 lutego 2022

Planuj i działaj w swoim tempie

Minął już styczeń i pierwsze tygodnie nowego roku, pewnie wiele z Was zgodzi się ze mną, że po pierwszym powiewie świeżości i nadziei na lepsze czasy, o których myślimy gdy wybija godzina 24 w sylwestrową noc, styczeń okazuje się być miesiącem próby naszych noworocznych postanowień. Pewnie dlatego robi się coraz bardziej popularne, by w ogóle nie mieć postanowień na Nowy Rok i nie narażać się na uczucie porażki. Prawda jest taka, że po całym poprzednim roku, często dość intensywnym, zabieganym grudniu, oraz zaawansowanej zimie w styczniu, tak na prawdę zapału i energii mamy tyle co zimujące zwierzaki w norkach. Jeśli zakładamy, że w styczniu lub w lutym zmienimy nasze życie, możemy się dość mocno rozczarować. W wielu przypadkach, jeszcze nie zdążyliśmy naładować akumulatorów po 12 ostatnich miesiącach i zamiast katowania się, potrzebujemy po prostu... planu.

I tak podeszłam do moich postanowień, celów i planów na rok 2022. Intensywnie myślałam nad tym, co mogłabym zrobić, by nadchodzący rok był po prostu szczęśliwy i wyznaczyłam sobie kilka zadań. Założyłam sobie jednak, że styczeń i luty będą dla mnie miesiącami poświęconymi na regeneracje i rozgrzewkę dla moich planów. Znam się na tyle, że wiem co może mi pomóc a co mnie zdemotywować. Jednak najważniejsze, że znam swój wewnętrzny rytm. Miewam słomiany zapał i mogę się poddać, gdy ktoś ciśnie i mnie zmusza, a wiem kiedy z wielką siłą i determinacją potrafię osiągnąć cel i sukces.

Myślę, że warto mieć plany oraz marzenia i przekłuć je w postanowienia. Gdy chcemy coś osiągnąć, musimy wskrzesić w sobie determinację i włożyć w to sporo pracy. Z drugiej strony pamiętajmy, że robimy do dla siebie, wiec bądźmy dla siebie wyrozumiali. Gdy mamy kilka ambitnych lub dość sporo drobnych postanowień wiadomo, że nie da ich się spełnić w 100% na raz od razu. Gdy myślę o celach na ten rok, daje im określony  (realny) czas na realizację. Liczy się również podróż nie tylko cel. By wytrwać w postanowieniach, trzeba znaleźć na to swój sposób. Mi często pomaga przyjemna, pomocna otoczka, która daje mi poczucie, że jestem przygotowania na realizację i zachęci mnie do kontynuowania. 

W tym roku mam wiele drobnych postanowień, które tak na prawdę są troską o samą siebie, które jednocześnie będą korzyścią dla moich najbliższych. Cały zeszły rok dał mi wiele do myślenia, zrozumiałam, że kiedy odkładam praktycznie wszystkie swoje potrzeby na rzecz rodziny i pracy, to niestety po jakimś czasie nie mam już energii na to by przekazać ją dalej właśnie w najważniejszych dla mnie sferach. Pod koniec zeszłego roku byłam tak zmęczona, że z trudem odnajdywałam w sobie siłę na każdą dodatkową aktywność. Oczywiście nie było aż tak źle, bym zupełnie zaniedbała swoich obowiązków. Jednak życie nie może (a z pewnością nie powinno), polegać na tym, by jakoś dotrwać do końca dnia na oparach. Zdaje sobie sprawę, że zdarzyło się wiele przykrych rodzinnych zdarzeń, grudzień to czas wzmożonej pracy, a zimowa aura dodatkowo nie pomagała i nie dodawała energii, ale zaczęłam zastanawiać się nad swoim zdrowiem psycho-fizycznym. I właśnie ten aspekt jest dla mnie teraz najważniejszy. Postanowiłam zrobić generalny "przegląd" swojego ciała i zaplanować powrót do formy. Nie, nie chodzi tu o zrzucenie nadprogramowych kilogramów, o które zazwyczaj chodzi przy noworocznych postanowieniach (chociaż wiem, że w moim przypadku redukcja wagi rozwiązałaby parę moich zdrowotnych problemów), ale chcę znaleźć źródło swojego permanentnego zmęczenia i spadku energii. 

ZDROWIE

To były bardzo intensywne lata dla mojego ciała. Trzy ciąże w ciągu 5 lat, w tym jedna naprawdę wagi ciężkiej (przypominam, że Gabrysia w dniu porodu ważyła aż 5080g!), ponad 6 lat nieustannego karmienia piersią. Właściwie odkąd zaszłam w pierwszą ciążę, albo jestem w ciąży, albo karmię piersią, albo jednocześnie jestem w ciąży i karmię piersią i tak jest do tej pory (Miłoszek niedawno skończył 2 lata i przymierzamy się do zakończenia drogi mlecznej). Moje ciało było w zupełności oddane im i dla nich. Każda ciąża, chociaż szczęśliwie zakończona, coś w moim organizmie pokomplikowała. Będąc w ciąży z Marysią miałam kolki nerkowe i okazało się, że w ciągu zaledwie roku pojawił się w dużej ilości piasek. Na szczęście, po niezliczonej ilości kolek się go pozbyłam i nie było trzeba robić żadnej operacji. Inaczej potoczyła się sprawa po urodzeniu Gabrysi, gdy już po 3 tygodniach dostałam ogromnego ataku woreczka żółciowego, które nieprzerwanie trwały ponad rok i musiałam w końcu udać się na operację. Przy Miłoszku odezwało się nadciśnienie, które niestety aktywowało się po porodzie. Nie mogę narzekać, bo oprócz tych "bonusów" byłam bezpiecznym domkiem dla swoich dzieci i nigdy nie miałam jakiś komplikacji (ani przed ani po). Moje ciało zniosło 3 piękne ciąże, czyli wszystkie jakie miało. Jestem naprawdę bardzo wdzięczna, bo wiem ile osób, nawet z mojego najbliższego otoczenia nie miało tego szczęścia. Mam wiec to swojej nieidealnej otoczki cielesnej naprawdę wiele wdzięczności i szacunku. Nie mniej jednak nie oznacza to, że jestem niezniszczalna, wręcz przeciwnie, widzę jak wiele moje ciało przeszło i jak wiele potrzeba sił i determinacji by powróciło do formy. To niezwykle ważne nie tylko dla mnie ale dla mojej rodziny.

I właśnie ten cel był dla mnie na tyle ważny, że różne badania zaczęłam przeprowadzać jeszcze przed świętami. Dokładna morfologia, wszystkie hormony i ważne parametry. Zostały mi jeszcze badania typu USG - i tak jak podkreślam, nie sprawdzam tego bo coś się dzieje (jak zazwyczaj to bywa), tylko robię przegląd, by mieć pewność, że wszystko jest ok. Uważam, że profilaktyka wiele ułatwia. Okazało się, że mam tak dobre wyniki, że aż sama jestem zaskoczona. Dawno takich nie miałam, nie ma uchyleń w żadnych parametrach (no, może delikatnie podwyższona prolaktyna, ale to normalne przy karmieniu piersią). Jednak moje samopoczucie nie jest idealne, wiec już wiem, że w moim przypadku muszę trochę zmienić swój styl życia. Znaleźć czas na sport oraz zrzucić trochę kilogramów. To niestety wymaga naprawdę wielkiego zaangażowania, wiec najpierw muszę sobie to wszystko dobrze ułożyć logistycznie oraz udać się do dietetyka. 

W moim przypadku ważne jest też to, że moje podjadanie jest ściśle związane ze stanem ducha. Stresy zajadam, a jedzenie często jest pocieszeniem lub nagrodą. Między innymi dlatego zanim podejdę do diety, muszę swoją głowę odczarować i zmienić podejście do samego jedzenia. Właśnie zabieram się za  książkę Równowaga.


Nie jest to typowa książka o kolejnej diecie, a właśnie o podejściu do niej bardziej z psychologicznej strony.


GOTOWANIE

I płynnie przechodzimy do następnej książki, czyli nowości od Agnieszki Maciąg. Książek Pani Agnieszki mam kilka i po prostu naprawdę lubię jej przepisy. Jej patrzenie na świat jest mi bardzo bliskie, chociaż muszę przyznać, że czasami przedstawia to w trochę "nawiedzony" sposób i nie każdemu może się to spodobać. Jednak z wielu książek kucharskich, które posiadamy, to właśnie jej przepisy do nas trafiają. Kuchnia zdrowa, ale aromatyczna, nie przesadzona w żadną radykalną stronę. Bardzo fajną pozycję, którą również zaczęłam czytać to nietypowa książka kucharska Joanny Brodzik. I chyba dochodzę do wniosku, że lubię takie książki, gdzie obok świetnych przepisów, jest właśnie to coś, jakaś narracja i historia w tle, co dodatkowo je wzbogaca.


Przez ostatnie lata przyglądałam się i szukałam różnych odpowiedzi na temat żywienia. W moim otoczeniu mam sporo znajomych, którzy nie jedzą mięsa lub są weganami. Bardzo to szanuję i lubię wiele wegańskich dań. Jednak to nie jest do końca to co czujemy i stawiamy raczej na dietę zbilansowaną. Oczywiście zmieniła się nasza świadomość. Mięso wystarczy naprawdę jeść 2-3 razy w tygodniu, a nie przez 7 dni w tygodniu, przy każdym posiłku (niektóry więc jadają nawet ponad 21 razy)! Nie wyobrażam sobie życia bez jajek i serów, jednak tu też sięgamy tylko po takie z dobrego źródła (mamy taką Panią, która hoduje swoje kurki) i różnica jest niewyobrażalna. Lubimy miód oraz ryby (tu też trzeba mieć dobre źródło) więc weganami nie zostaniemy na bank. Radykalne poglądy nie leżą w mojej naturze i niestety widzę u niektórych osób niejedzących mięso paradoksalnie dość agresywne naciski i zaglądanie do talerza innych osób (co trochę przeczy ich teorii). Ważne, by dostosować dietę do charakteru swojej rodziny. Oczywiście, że najbardziej chciałabym ograniczyć spożywanie cukrów, bo mam do tego skłonności, ale też nie zamierzam popadać w skrajności i np. zastępować rodzinnych tortów, które je się dosłownie parę razy do roku jakimiś zamiennikami. Dla mnie ważne jest to, żeby nasza dieta była zdrowa i zbilansowana (no a mnie przyda się trochę zmniejszyć porcje, bo bywam łakomczuchem). Chcę również wrócić do celebrowania gotowania. Od kilku miesięcy nas cykl gotowania jest trochę zaburzony. Dziewczynki jedzą obiady w przedszkolu i szkole, a Pan Poślubiony od ponad roku jest na diecie pudełkowej w tygodniu. Ja też byłam przez jakiś czas, bo w zabieganych okresach pracy jest to naprawdę wybawienie. Ale przez te czynniki, jakoś to gotowanie przeszło na tryb nie do końca taki jak sobie wymarzyłam. Kupujemy wciąż to samo, a ja chciałabym próbować różne nowości i gotować z pasji, a nie bo trzeba coś zjeść na kolację. Nie oznacza, że jemy wtedy źle i niezdrowo, ale trochę wkradła się do nas monotonia. Niektóre mamy są zadowolone, gdy ugotują pyszną zupę dla rodziny na 3 dni - dla mnie jednak jest to takie minimum, które nie do końca zaspakaja moje ambicje i nie czuję się z tym najlepiej. Nie ukrywam, że sam fakt, że kiedyś urządzaliśmy masę kulinarnych spotkań ze znajomymi, kulinarne nowości gościły u nas częściej. Niestety pandemia mocno ukróciła te okoliczności. 
Grunt do postanowień podejść realnie. W tygodniu mamy czas napięty i musimy się spinać na wyżyny logistyki, że nie liczę na to, że zamiast sprawdzonych kolacji (który wiem, że wszyscy zjedzą i nie będą wybrzydzać) wysupłam czas na wykwintne nowości. Ale w tym roku, w weekendy zamierzam zamieniać się w kulinarną boginię i zaskakiwać swoją rodzinę pysznościami. By zmobilizować się jeszcze bardziej kupiłam sobie nowe garnki. Zawsze marzyłam o jasnych, bo wg mnie jedzenie wygląda w nich jeszcze smaczniej (tak, że czasami można podać danie nawet bezpośrednio z samego garnka).    



Z CZUŁOŚCIĄ JA SAMA

Na samym początku pisałam Wam, że trochę więcej troski chcę dać samej sobie. I tu chodzi mi o takie podejście całościowe. O wcześniej wymienioną dietę, ale też wewnętrzny spokój i wyciszenie. Ze snem bywa różnie (tu są dziecięce czynniki niezależne od nas :P ) ale zawsze można kłaść się spać wcześniej lub znaleźć inne metody szybkiej regeneracji. Chociaż wiem, że dla niektórych idea medytacji może wydać się egzotyczna, ale naprawdę działa. Można się wyciszyć, znaleźć drzemiącą w nas odpowiedź, osiągnąć równowagę. Oczywiście w moim przypadku to nie jest medytacja mnicha osiągającego nirwanę. Słucham medytacji tematycznych, które skupiają się na jakiś intencjach lub uważności. Moim celem na ten rok jest znalezienie czasu na regularną praktykę. 



Z czułością chcę zadbać również o swoje ciało. O ile nawyk dbania o cerę mam na wysokim poziomie i chociaż nie wiem co, zawsze znajdę czas na demakijaż i poranną oraz wieczorną pielęgnację, to jeśli chodzi o ciało z regularnością był duży problem. Chcę w tym roku ujędrnić (mam nadzieję będące w procesie chudnięcia ;P) ciało częstym szczotkowaniem na sucho i ujędrniającą kuracją. 


Masuję też twarz specjalnym kamieniem i widzę naprawdę różnice.


W całej tej pielęgnacji nie chodzi tylko o wygląd, ale o świadomość, że mam dla siebie czas, że chce zadbać o siebie chociażby samą kwestią czucia się lepiej w swoim ciele. Raczej nie jestem z tych kobiet, które co tydzień chodzą do kosmetyczki, ale gdy jestem zadbana, gdy mam ułożone włosy, pomalowane paznokcie (chociażby delikatnym, naturalnym kolorem przez samą siebie) to widzę, że ma to pozytywny wpływ na moje myślenie. 

PASJA

Uwielbiam malować i tworzyć, ale tu duża część tej materii zamieniła się z pasji na pracę z pasją. Zawsze szukam czegoś kreatywnego również w czasie wolnym. Moim hobby w dużej mierze jest urządzanie wnętrz chociażby naszego Magicznego Domku - jednak tu, z racji tego, że prowadzimy dom od lat, już nie dokupuję tak wielu rzeczy do naszych wnętrz i nie zmieniam wyglądu już tak często. Prawda jest taka, że po wielu latach i zmieniającej się dynamice naszej rodziny obecnie potrzebne są większe remontowe zmiany, które wymagają nakładu pracy i czasu oraz niestety większych wydatków. Z tych powodów, nasze zmiany, musimy dzielić na etapy rozłożone w czasie i musze przyznać, że czuję lekki niedosyt w tej materii (żeby nie powiedzieć frustrację ;P ). Szukam więc innych artystycznych domowych zajęć i mocno zaciekawiło mnie....haftowanie!


Gdy trochę się podszkolę będę mogła ozdabiać domowe tekstylia - poduszki dekoracyjne czy fartuch z haftem to byłoby coś! Kupiłam książki o haftowaniu Kaji Muszak, zaopatrzyłam się w potrzebne akcesoria, które schowałam w koszyczek i drewnianą szkatułkę po mojej Babi. 
 

By te wszystkie czynniki wdrożyć tak naprawdę nie chodzi o nowe garnki czy pufe do medytacji. To miłe dodatki, które jednak nie zagwarantują nam CZASU. Każde z postanowień wymaga czasu i zaangażowania. We współczesnym świecie czas to dobro deficytowe. Żyjemy szybko, mamy masę wspomagaczy ułatwiających życie (chociaż my nadal nie mamy samojeżdzącego odkurzacza ani pralko -suszarki ;P) ale w ten zaoszczędzony czas często upychamy kolejną tonę rzeczy do zrobienia zupełnie zapominając o sobie. Bywa też tak, że ten czas marnuje się przez złą organizację. Gdy szukasz czegoś w domu, bo nic nie ma swojego miejsca - tracisz czas. Gdy umawiasz się do lekarza w godzinach szczytu i stoisz w korkach - tracisz czas. Gdy zamiast wieczorem obejrzeć w końcu ten wartościowy film scrolujesz bezmyślnie Instagram albo skaczesz po kanałach - tracisz swój czas. Gdy rozmawiasz z kimś przez telefon przez 1,5 godziny i ktoś opowiada z dokładnością o swoich problemach, a nawet nie zada Ci jednego pytania co u Ciebie - tracisz swój bezcenny czas. Niestety każdemu z nas się to zdarza. Ale możemy zawsze planować świadomiej i skupić się na dobrej organizacji. Oczywiście nie wszystko da się przewidzieć, czasy są naprawdę trudne, gdzie nie można przewidzieć ani choroby, ani chociażby nagle nałożonej kwarantanny, która dezorganizuje życie rodzinne (przerabialiśmy nie raz). Jednak na wszystkim na co mamy wpływ warto się pochylić. Sam fakt, że poświęcamy czas na przemyślenie planu działania, powoduje, że zastanawiamy się nad priorytetami, nad tym co jest dla nas ważne i ważniejsze i dzięki temu nie żyjemy bezrefleksyjnie z dnia na dzień. A do tego przyda się porządny kalendarz. Ja lubię mieć kilka - obok normalnego np. plan tygodniowy czy też pamiętnik (nie mam póki co możliwości pisać regularnie taki normalny, ale staram się zapisać chociaż po dwa, trzy zdania dziennie) Jakiś czas temu kupiłam piękne wydanie w Zarze, które starcza na 5 lat! 





"Najlepszą metodą przewidywania przyszłości jest jej tworzenie". - P. Drucker - Ta mądrą sentencję mam zapisaną w jednym ze swoich dzienników. 
 

Jednak najlepszym zakupem, który poczyniłam z myślą o rodzinnych planach jest tablica ścienna z markerem. Spisujemy tu różne rodzinne wydarzenia, o których trzeba pamiętać. Zdjęcie tablicy zrobiłam na początku stycznia, ale byłam w szoku jak mocno się zapełniła w kolejnych tygodniach.


Tablicę kupiłam chyba na allegro i jest o tyle fajna, że ma taki jakby nieinwazyjny klej, który świetnie trzyma się ściany, a można go wielokrotnie odklejać nie odrywając farby.


Nie nad wszystkim człowiek jest w stanie zapanować i nie wszystko da się przewidzieć. Każdy z nas ma tyle samo czasu - 24 godziny w ciągu doby. To od nas zależy jak je zagospodarujemy. Uważam też, że ład i porządek w domu czy też chociażby w torebce może realnie wpłynąć na nasz czas. Wiele zależy od dobrej organizacji. Jednak po wielu latach dochodzę do wniosku, że w tym zaoszczędzonym czasie nie chodzi tylko o to by wypełnić go po same brzegi. Czasami wracam myślami do grudnia 2017 roku - sama siebie podziwiam za to ile udało się w jednym miesiącu zrobić, przeżyć i zrealizować. Wtedy miałam Marysię i półroczną Gabrysię, a zdołałam napisać 24 posty (!) w ciągu miesiąca, być w 100 miejscach, przygotować święta i wszystko było bardzo intensywne i na pełnych obrotach. Pamiętaj jednak, że ten pęd kosztował mnie potem wielki spadek formy. Żyłam na 200% procent i jeszcze wtedy nie wiedziałam, że czasami trzeba po prostu zwolnić i odpuścić. Jeśli macie ochotę wrócić do tamtych postów to kliknijcie tu - KLIK i zobaczcie jaki to był intensywny czas. 
Teraz nasza rodzina powiększyła się, trójka naszych pociech rośnie i ma coraz bardziej skomplikowane indywidualne potrzeby, no a poza tym gro czasu zajmuje nasza praca w Layette. Gdy tak o wszystko się już zadba, dopilnuje, czasu jest jak na lekarstwo. Ten ułamek warto jednak poświęcić na zdrowie psycho-fizyczne by mieć nieustający zapał do życia. Dlatego też w moich postanowieniach jest przestrzeń też dla mnie i będę z całych sił starała się z niego korzystać, a nie wciskać kolejne rzeczy do odhaczenia. Bo jak to w piosence pobrzmiewa -"bo życie przecież po to jest, żeby pożyć".

U nas oczywiście też dodatkowo masa drobnych planów takich jak posadzenie kwiatów w ogrodzie, organizacja wakacji (oczywiście z przyczepą! :) ), sterta książek do przeczytania i chociaż nigdy nie wiadomo, czy uda się wszystko zrealizować, to lubię mieć jakiś cel i jest mi lepiej z myślą, że mam jakąś konkretną wizję przyszłości. Samo myślenie o tym sprawa mi przyjemność.

A jakie Wy macie plany na nadchodzący rok? Bardzo chętnie poczytam o Waszych postanowieniach. A może nie lubicie planować?

Pozdrawiam was ciepło w zimowe dni i niebawem wracam z migawkami z urodzin Miłoszka.

Wasza G.


SHARE:

04 lutego 2022

Migawki Stycznia' 22

Kolejny miesiąc za nami, to niewiarygodne, że czas tak szybko biegnie i wraz z upływem lat odczuwam to jeszcze mocniej. Ostatnio szukam metod, by ten czas trochę zatrzymać i lepiej wykorzystać. Ostatnie tygodnie nie były dla mnie najlepsze - czuję się przeciążona i przemęczona, jakbym tkwiła w trybie 'zimowania' i cały czas czekała na lepsze. Na więcej czasu, jakieś wydarzenie, na wiosnę. Jednak właśnie jednym z moich postanowień noworocznych jest pracowanie nad powrotem do bycia tu i teraz i celebrowania codzienności jak za dawnych lat (aż ma się ochotę napisać tych przed pandemią), ale o tym napiszę Wam w osobnym poście. Teraz czas zajrzeć do mienionych tygodni i pozostawić tu trochę zdjęć na pamiątkę. Zapraszam na migawki stycznia.

Bardzo lubię naszą sypialnię i wspólne spanie z Miłoszkiem. Jednak jakaś część mnie wie, że niebawem powinien nastąpić czas rozdzielenia oraz zakończenia naszej mlecznej drogi (która jeszcze trwa, bo zmniejszamy stopniowo częstotliwość). Potrzebna jest spora rewolucja na piętrze i mam nadzieję, że uda nam się ją zrealizować.


To łóżeczko jest przepiękne...szkoda, że praktycznie od 2 lat nieużywane. :P


Czasami zwykły rodzinny obiad to pełnia szczęścia. 


A czasami szczęście to samotne śniadanie na mieście. Prawie nie ma ludzi (plusy pandemii) i można pobyć chociaż chwilkę sama na sam w tej całej gonitwie między załatwianiem różnych spraw. Staram się wtedy nie sięgać do telefonu, tylko na spokojnie zjeść i pooglądać świat dookoła.


Na mojej czarnej liście było sprzątnięcia naszego stryszku - czego tam nie było. W tym roku sukcesywnie chcę się pozbyć wszystkiego czego już nie potrzebujemy i jeszcze lepiej urządzić naszą przestrzeń.


W styczniu dokończyłam malowanie wiosennych kolekcji - uwielbiam ten proces. Trema przed premierą oraz martwienie się czy się spodoba młodym Mamom przychodzi później. ;)


Te spokojne zimowe wieczory są na wagę złota. Zazwyczaj bywa tak u nas o 20.15, ale ostatnie tygodnie usypianie Miłoszka trwa nawet do 2 godzin. 


Kilka tygodni spałam nawet na dole na kanapie, by Miłoszek ograniczył nocne karmienie. W styczniu skończył 2 latka, a w grudniu jadł niemalże co godzinę! Gdy śpi sam z Tatą nie ma takiego problemu.


Nie mogę jednak narzekać na Miłoszka, to takie pogodne dziecko! Gabrysia to żywioł i potrafi bardzo dostatnie pokazać swoje niezadowolenie. Natomiast Miłoszek robi przez 1 minutę taką minę jak na zdjęciu i wydobywa z siebie takie charakterystyczne HM, lecz już za chwilkę się uśmiecha. Tu z Babcią jesteśmy na obiedzie w Ikei, bo trochę dłużej nam zajęło różne załatwianie spraw.


Moja pilna uczennica. Codziennie dziękuję losowi, że ten niewątpliwie trudny przeskok z przedszkola do szkoły przeszliśmy tak spokojnie dzięki niej. Cudownie odnalazła się zarówno programowo, ale też nie ma żadnych towarzyskich problemów. 

*Ale to nie oznacza, że u nas jest sielankowo - mamy naprawdę trudny czas, który wymagająca wiele pracy nad Gabrysią, ale to kwestia osobowości, którą trzeba dobrze nakierunkować.


Nie to żebym zaznała samotnego dnu...zawsze się ktoś znajdzie na gapę. :)
Pewnie zastanawiacie się czy te 2 tygodnie na kanapie były dla mnie komfortowe. Ta kanapa jest super wygodna, ale musiałam się na początku przyzwyczaić to innych dźwięków nocy (każde pomieszczenie ma przecież swoje, a chrapanie Gapci jest dość charakterystyczne) - ale uwierzcie mi te kilka nocy, gdzie nikt mnie nie budził to był dar od losu).


Żywa ekspozycja spowodowała mój uśmiech na twarzy.


Czasami, gdy coś muszę załatwić na mieście z pracy, biorę ze sobą moją małą asystentkę (ma 2 dni w tygodniu, gdy szkołę zaczyna później).


Delektujemy się tą chwilką tylko we dwie, bo jednak przy rodzeństwie zawsze trzeba czekać cierpliwie na swoją kolej. 


Mija zaraz 2 rok pandemii i mocno odczułam deficyt bliskich mi osób, bo chociaż nie zminimalizowaliśmy spotkań towarzyskich do zera, to i tak jest ich znacznie, znaaaacznie mniej niż kiedyś. Takie chwile z najbliższymi bardzo wiele mi dają, zyskuję inną perspektywę, zbieram nie tylko swoje doświadczenia, ale też innych. Spotkanie z dziewczynami dało mi wiele dobrego. I tak pięknie było wieczorem w naszym mieście.


Lubię grono mam, bo możemy naprawdę mocno zgłębić różne zagadnienia i rozterki macierzyńskie. Dzięki bardziej doświadczonym mamom, mogę dowiedzieć się co mnie może czekać i jakoś się do tego przygotować. 


Pyszne jedzonko tylko potęguje ten miły czas. ;)


Balans - coś zdrowego i lekkiego.


I obowiązkowo deser (w 97% gdy jem na mieście zamawiam deser ;P)


Opijamy bezalkoholowym drinkiem dobre wieści u każdej z nas.


Oczywiście, ze jednym z moim postanowień noworocznych było ograniczenie cukru. Widać nie zawsze jest łatwo, ale grunt to się nie poddawać. :) Raz nie zawsze, dwa nie często.


Potrzeba mi czasem 5 takich Guś, by mogły zrobić to co mam w planach.


Centrum domu to ten stół. Notabene taki bambus przy dzieciach sprawdza się świetnie - super się czyści z mazaków, plastelin, jedzenia itp. i nie trzeba go zabezpieczać ceratą.


Drugim gronem, z którym regularnie się spotykamy, są dziewczyny z podstawówki. Kiedyś kobiety siadały we wspólnym gronie zaplatając ratanowe kosze, haftowały lub robiły inne domowe czynności, teraz trzeba się bardzo mocno wygimnastykować, by zaleźć na to czas i wpasować w pandemiczne restrykcje. Ale moim zdaniem naprawdę warto, bo nasza kobieca natura bardzo potrzebuje innych kobiet w naszym otoczeniu.


Jasełka Gabrysi. Co się uśmiałam! Niezła komediantka! :) Oprócz nieustannych śmiesznych minek, nie mogłam się przestać uśmiechać na myśl, że gdy większość dziewczynek zawsze chce być śnieżynką, aniołkiem lub ewentualnie jakimś zwierzątkiem, to Gabrysia uparła się, że chce wraz z 2 kolegami być...paziem króla. :) Wyglądała czadowo!


Z mężem wysyłamy sobie przypominajki sprzed lat, które proponują nasze telefony. Trudno się nie uśmiechnąć. 


Ciach ciach grzywkę. :)


Słodkie poranki.


Potem na parę dni zostaliśmy sami. Tata wyruszył na rowerowy wyjazd, a my mieliśmy miedzy innymi wieczorny seans z popcornem.


Uwielbiam klimat tego miejsca. 



Cieszy mnie każda mała tu zmiana. Przemeblowania lubię nie tylko w domu. :)


Moje gwiazdeczki!


A Tata co rusz wysyłał nam piękne widoki.


Uwielbiamy te wszystkie zestawy artystyczne.


Samej sobie też zafundowałam spokojny wieczór filmowy.


Musze przyznać, że przez tą pandemię mocno rozwinęłam umiejętność zużywania zapasów jedzenia. Po pierwsze kupujemy mniej, a po drugie trochę mniej przywiązuje się do dat ważności - wiadomo, że francuskie tosty z czerstwej chałeczki są najlepsze. :)


Dzieci pobawcie się jakoś kreatywnie przez chwilkę, a ja coś zrobię na komputerze...
Na szczęście generalnie chętnie po sobie sprzątają.


2 urodzinki Miłoszka!- obiecuję relację i chwalipiętę niebawem. :)


Ład i porządek w każdej sferze życia - czuje się 100 punktów na plus, gdy kawałek po kawałku oczyszczam naszą przestrzeń.


Muszę Wam przyznać, że w styczniu (i wcale nie w Blue Monday :P ) miałam lekką chandrę zimową, ale są pewne osoby w moim życiu, które rozświetlają moje serduszko uśmiechem. #rodzina

Taki to był ten miesiąc, dziękuje po raz kolejny, że jesteście tu z nami.

Wasza G.

SHARE:
© Magiczny Domek. All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig