10 sierpnia 2026

Analogowo

Od jakiegoś czasu coraz bardziej ciągnie mnie do rzeczy analogowych. Im szybszy staje się rozwój technologii, tym mocniej odzywa się we mnie jakaś wewnętrzna natura buntownika, która chce się temu wszystkiemu choć trochę oprzeć. Nie zrozumcie mnie źle, jestem przecież przedstawicielką pokolenia, które stanowi swoisty pomost pomiędzy światem sprzed Internetu i telefonów komórkowych a rzeczywistością, w której sztuczna inteligencja rozwija się w zawrotnym tempie. Nie potrafię uznać obecnego świata technologii za coś zupełnie naturalnego, bo doskonale pamiętam czasy, kiedy nie było smartfonów, mediów społecznościowych, ciągłego dostępu do informacji ani potrzeby bycia nieustannie podłączonym ze światem. Z drugiej strony dorastałam w czasach, w których na moich oczach dokonywały się kolejne technologiczne rewolucje, stałam się z nimi oswojona i nie mam w sobie potrzeby by je całkowicie odrzucać. Sama korzystam z ChatGPT, zadaję mu mnóstwo pytań i poleceń, a nawet przeprowadziłam z nim niejedną fascynującą rozmowę o życiu i jego sensie. Pomaga mi szybko odnaleźć konkretne informacje, uporządkować myśli, spojrzeć na jakiś problem z innej perspektywy, a w pracy bywa naprawdę nieocenionym wsparciem. 

Jednocześnie mam świadomość, że jest bardzo cienka granica pomiędzy korzystaniem z technologii jako narzędzia do pomocy a oddawaniem jej tego, co w nas najbardziej osobiste. Człowiek, który zaczyna opierać swoje myślenie oraz twórczość wyłącznie na AI, z czasem może stracić część własnej kreatywności, a przede wszystkim swoje indywidualne spojrzenie na świat. Bez trudu rozpoznaję artykuły czy wpisy w mediach społecznościowych napisane przez ChatGPT. Czym innym jest poproszenie AI o znalezienie błędów, uporządkowanie tekstu, a czymś zupełnie innym oddanie mu naszych myśli i pozwolenie, żeby napisał je za nas. W pierwszym przypadku wciąż jesteśmy autorami, korzystającymi z narzędzia, w drugim łatwo dojść do momentu, w którym tekst jest przez nas zasugerowany, ale nie do końca jest napisany naszym głosem. 

Cywilizacja dąży do uproszczeń, optymalizacji i zaoszczędzenia czasu. Pojawiają się przecież nowe sprzęty codziennego użytku, takie jak automatyczne odkurzacze czy kosiarki, a także urządzenia kuchenne, które pomagają nam w przygotowywaniu posiłków. Jednak instynktownie czuję, że gdzieś istnieje granica między rzeczywistą pomocą w czynnościach, które bez odpowiednich sprzętów zajęłyby nam wieki – jak ubijanie piany z dwunastu jajek widelcem – a odbieraniem sobie przyjemności z gotowania poprzez wyręczanie się w niemal każdej czynności, choćby korzystając z Thermomixa. Oczywiście nie mam nic przeciwko samym urządzeniom, które ułatwiają nam życie. Jeśli ktoś dzięki Thermomixowi gotuje częściej, odkrywa w sobie przyjemność z przygotowywania posiłków albo po prostu zyskuje czas, którego bardzo mu brakuje, to przecież trudno uznać to za coś złego. Każdy z nas ma też inne rzeczy, które lubi robić sam, a przy innych z przyjemnością korzysta z pomocy technologii, gdy w danym obszarze zwyczajnie jej potrzebuje albo po prostu nie przepada za konkretną czynnością. Sama nie pogardziłabym robotem, który przejąłby całkowicie sprawę obrotu ubraniami – od segregowania i wkładania ich do pralki, poprzez prasowanie, aż po składanie, wkładanie do szuflad i wieszanie na wieszakach. Mam wrażenie, że te czynności zajmują mi połowę życia!

A jednak z pokorą staram się znaleźć w nich choć odrobinę przyjemności, gdzieś na granicy medytacji. Kiedy nie dopuszczę do powstania wielkich stosów na którymkolwiek etapie tego ubraniowego obrotu, potrafię nawet czerpać z tego maleńką przyjemność. Szczególnie z porządkowania szaf, kiedy wszystko wreszcie ma swoje miejsce i przez chwilę można otworzyć drzwi i cieszyć się widokiem misternie poukładanych koszul kolorami.

Wracając do tematu analogowego gotowania, osobiście lubię ten cały proces krojenia, mieszania, wyrabiania czy próbowania dań w trakcie i nawet fakt, że przygotowanie czegoś zajmuje trochę więcej czasu jest dla mnie dodatkowym atutem, który pozwala mi dodać magii i serca do przygotowywanych potraw. Problem z czasem, który zyskujemy dzięki nowym technologiom, polega na tym, że zamiast wykorzystać zaoszczędzone minuty na rozwijanie pasji, rozmowę czy czas z najbliższymi, coraz częściej dokładamy sobie kolejnych zadań do wykonania albo biernie siadamy z telefonem w ręku. Zamiast zwalniać, wypełniamy każdą kolejną wolną chwilę czymś następnym. Nasza codzienność staje się przez to przepełniona, a my jesteśmy coraz bardziej przebodźcowani albo, paradoksalnie, zaczynamy odczuwać pustkę i brak sensu.

Pisząc analogowo mam na myśli użycie przedmiotów codziennego użytku w sposób tradycyjny, bez korzystania z cyfrowych technologii (lub z ich ograniczeniem), ale tak na prawdę chodzi mi przede wszystkim o fakt, że korzystając z nich w sposób analogowy poświęcamy więcej uwagi prostym rytuałom oraz energii przy chwilach, które chcemy zwyczajnie celebrować. To nie awersja do technologii, ale tęsknota za prostotą sprawia, że coraz częściej wybieram to, co wolniejsze, namacalne i wymagające skupienia. 

Chociaż właśnie korzystam z komputera, pisząc te słowa, nadal często zapisuję odręcznie notatki czy myśli w osobistym pamiętniku używając do tego wiecznego pióra na atrament. Nie dałam się też namówić na Kindle'a, choć przyznaję, że znacznie łatwiej zabrać ze sobą sto książek w jednym podręcznym urządzeniu niż znaleźć miejsce na kolejny regał w domu albo pofatygować się do biblioteki po kolejne pozycje. Jednak magia papierowych stron, ich zapach, zadowolenie i jednocześnie nostalgia na myśl o końcu książki, kiedy widzisz dokładnie, ile już przeczytałaś, czy stosik przy łóżku, który rośnie i nieustannie zmienia kolejność pozycji czekających na swoją kolej, są czymś niepowtarzalnym. To już nie kwestia praktyki czy pragmatyzmu, ale całego doświadczenia, które towarzyszy tej prostej czynności.


Chociaż w Magicznym Domku pojawiały się kiedyś ekspresy do kawy (ciśnieniowy i przelewowy) to ostatecznie zgodnie stwierdziliśmy, że nic nie odda smaku kawy z kawiarki. Jej przygotowanie to mały poranny rytuał, którego uroku dodaje nasze cierpliwe oczekiwanie na aromat palonej, lekko karmelizowanej kawy unoszący się po całym domu. Jest tak intensywny, że niejednokrotnie czuję go jeszcze wtedy, gdy leżę w łóżku. Jest coś przyjemnego w samym przygotowywaniu kawy, gdy nie chodzi o jak najszybsze wykonanie zadania za pomocą naciśnięcia jednego przycisku. Lubię ten moment oczekiwania, dźwięk kawiarki i świadomość, że za chwilę wlejemy do filiżanek coś, co powstało dzięki kilku prostym czynnościom.


Przypomina mi się książka „Mądrość herbaty”, która opowiadała historię kobiety uczącej się ceremonii parzenia herbaty przez dwadzieścia pięć lat. Z czasem odkrywała, że w tym pozornie prostym rytuale można odnaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące sensu życia, które towarzyszyły jej przez kolejne lata. Nie każda chwila naszego dnia musi przecież służyć temu, żeby zrobić coś szybciej, sprawniej i bardziej efektywnie. Czasami dobrze jest pozwolić sobie na czynność, która wymaga od nas odrobiny cierpliwości i uważności, nawet jeśli moglibyśmy wykonać znacznie szybciej. Coraz bardziej doceniam zwyczajność rzeczy analogowych, bo w świecie, który nieustannie przyspiesza, zaczynają być dla mnie czymś w rodzaju małego buntu przeciwko ciągłemu pędowi.

Ileż uroku mają zdjęcia, które nie muszą od razu trafić do pamięci telefonu, gdy robione są aparatem na kliszę. Sam fakt, że ich liczba jest ograniczona, a na końcowy efekt musimy poczekać aż do wywołania zdjęć, kompletnie zmienia sposób wyboru ujęć. Chociaż uwielbiam robić zdjęcia i moja pasja otarła się o korzystanie z kompaktowych aparatów starego typu, przez lustrzanki analogowe, a potem cyfrowe, to trwa nadal, nawet przy użyciu telefonu, który jest przecież stale ze mną. Fotografia to nie tylko sprzęt, ale pewien sposób patrzenia na kadry, kolorystykę otoczenia czy wyjątkowość form. Czasami jest to miękka granica między łapaniem chwili a jej tworzeniem. Nie zrezygnuję z możliwości robienia około tysiąca zdjęć w miesiącu i dokumentowania naszej codzienności. Możliwość podglądu wykonanych zdjęć jest wygodna i ułatwia osiągnięcie efektu, który chcemy uzyskać. Czasami potrafię zrobić kilkanaście ujęć tego samego momentu, szukając tego jednego, które najlepiej odda to, co chciałam zobaczyć. I chociaż na co dzień wybieram ten ekonomiczny aparat, który mam zawsze przy sobie w telefonie, z przyjemnością nabyłam ostatnio aparat analogowy. Posłuży mi do zdjęć jeszcze bardziej przemyślanych i wyjątkowych, takich, które będę musiała wydrukować na fizycznym papierze, żeby je zobaczyć. Sama świadomość, że mam do dyspozycji ograniczoną liczbę klatek, już zmienia moje patrzenie. Każde zdjęcie będzie musiało być trochę bardziej świadomą decyzją, a na jego efekt przyjdzie mi po prostu poczekać.

Podobnie jest z płytami winylowymi. Bardzo lubię nasz gramofon, choć przecież muzyki mogłabym posłuchać znacznie łatwiej, uruchamiając ją w telefonie czy komputerze (co oczywiście zdarza mi się robić). Tutaj trzeba jednak wyjąć płytę z okładki, ostrożnie położyć ją na adapterze, uruchomić i delikatnie opuścić igłę. Potem pozostaje już tylko usiąść i słuchać. Nie da się w nieskończoność przeskakiwać między utworami, szukać kolejnej playlisty czy w międzyczasie zerkać, co nowego pojawiło się w telefonie. Jest jedna płyta, jej określona kolejność i muzyka, której po prostu się słucha. Ba, nawet charakterystyczne trzaski w tle mają swój urok. Jest w tym coś bardzo zwyczajnego, a jednocześnie coraz bardziej wyjątkowego gdy poświęcamy kilka chwil jednej rzeczy, bez potrzeby robienia w tym samym czasie czegoś jeszcze. 

Mam wielu znajomych, którzy uwielbiają nowinki technologiczne i stawiają na dom inteligentny. Mają najmodniejsze odkurzacze, głośniki, do których wystarczy powiedzieć, jaką muzykę chcemy usłyszeć, a nawet zasłony uruchamiane na pilota czy sprzęty, ogrzewanie i światła, którymi można sterować przez telefon, będąc nawet daleko od domu. Przyglądam się temu ze szczerym zainteresowaniem i dzięki nim nie wypadam totalnie z obiegu. Wiem, co w "kablach" piszczy i co nowego dzieje się w świecie technologii. Ważne jest dla mnie, żeby wiedzieć, co daje nam współczesna technologia. Nie oznacza to jednak, że muszę korzystać ze wszystkiego, co jest dostępne. Zawsze mamy prawo wybierać te rozwiązania, które bardziej z nami rezonują. Od zawsze byłam bliżej piękna dawnych przedmiotów. Starych mebli, smaku herbaty z porcelany sprzed lat czy kunsztu rzemieślniczego widocznego w przedmiotach codziennego użytku. Czerpię przyjemność nawet z ręcznego mycia naczyń na kempingu, chociaż doskonale wiem, że w domu, przy pięcioosobowej rodzinie i podczas organizowania większych rodzinnych spotkań, bez zmywarki zwyczajnie bym nie nadążyła. Są jednak takie sytuacje, w których prostota i konieczność wykonania czegoś własnymi rękami sprawiają mi zwyczajnie przyjemność.

Analogowo nie tyczy się tylko rzeczy materialnych. To również swoiste nastawienie do wykonywanych czynności i do świata. To świadome oderwanie się od ekranów i powrót do prostych, fizycznych czynności, które wymagają od nas obecności i odrobiny uwagi.

Zamiast sprawdzać pogodę co godzinę w aplikacji – wyglądasz przez okno.

Zamiast scrollować Instagram – czytasz książkę.

Zamiast pisać wiadomość – spotykasz się z kimś osobiście.

Zamiast wysyłać życzenia w wiadomości – dzwonisz i słyszysz czyjś głos.

Zamiast robić zdjęcie każdej chwili – po prostu w niej uczestniczysz.

Zamiast oglądać przepis w telefonie – gotujesz z książki kucharskiej.

Zamiast słuchać audiobooka podczas gotowania – pozwalasz sobie słuchać dźwięków własnej kuchni.

Zamiast planować wszystko w aplikacji – zapisujesz plany w papierowym kalendarzu.

Zamiast oglądać filmiki – organizujesz z dziećmi wieczór filmowy

Zamiast szukać inspiracji na Pintereście – przeglądasz stare książki lub albumy

Zamiast przeglądać zdjęcia w galerii telefonu – wyciągasz z szuflady stary rodzinny album.

Zamiast robić zakupy wyłącznie przez internet – idziesz do małego lokalnego sklepu i rozmawiasz ze sprzedawcą.

Zamiast kupować kolejną rzecz, której myśli, że potrzebujesz na już – zaglądasz do szuflad i odkrywasz, że masz w domu coś, o czym dawno zapomniałaś.

Zamiast kupować gotowy bukiet w automacie – ścinasz kilka z własnego ogrodu i układasz je w wazonie.

Zamiast słuchać podcastu lub muzyki podczas spaceru – idziesz w ciszy.

Zamiast sprawdzać trasę w telefonie podczas spaceru po mieście – dajesz się ponieść własnym nogom.

...

Nie każdą czynność trzeba przyspieszać i nie wszystko, co możemy zrobić szybciej... musi być zrobione szybciej.

Chłonę sierpień całymi zmysłami i wracam do Was po wakacyjnej przerwie na początku września.

Do napisania!

SHARE:

19 lipca 2026

Podróże w trybie Offline

Wyjeżdżając na nasz rodzinny wyjazd, postanowiłam zrobić coś, czego potrzebowałam już od bardzo dawna – całkowicie odciąć się od Internetu. Nie chodziło wyłącznie o media społecznościowe czy publikowanie relacji, ale o świadome odłożenie telefonu i wyciszenie wszystkich bodźców, które każdego dnia niepostrzeżenie domagają się naszej uwagi. 

Od pewnego czasu czułam, że jestem zwyczajnie przebodźcowana. Z każdej strony docierały do mnie informacje, o które wcale nie prosiłam – kolejne plotki ze świata show-biznesu, następna dieta, która miała odmienić życie, idealne przepisy, który i tak nie zrobisz, zdrowy styl życia, ćwiczenia. Egzotyczne podróże, urocze zwierzątka, zabawne filmiki i tysiące treści, które same znajdują drogę do naszego telefonu. Rolki, które tak hipnotyzują, że oglądasz jedną... potem drugą... trzecią... i nagle orientujesz się, że minęła godzina. To jednak nie same media społecznościowe są problemem. Są jedynie fragmentem znacznie większej układanki i mam wrażenie, że dziś uzależnienie od Internetu bardzo często wygląda zupełnie inaczej, niż nam się wydaje.

Można nie mieć konta na Instagramie, a mimo to odruchowo sprawdzać służbową pocztę w sobotni poranek. Można przy każdej rozmowie sięgać po wyszukiwarkę, bo nie umiemy już spokojnie powiedzieć: „Nie wiem” i nie musieć weryfikować każdego zagadnienia. Można godzinami buszować na Zalando, OLX czy swoim ulubionym sklepie chcąc być na bieżąco z nowościami lub po prostu nieustannie używać wyszukiwarki google w celu zrobienia jakichkolwiek zakupów. Można nieustannie być podłączonym do wiadomości, newsów i powiadomień oraz wypełniać każdą wolną chwilę ekranem, nie dopuszczając do siebie ciszy, nudy czy zwyczajnego bycia samemu ze swoimi myślami. 

Do tego dochodzi jeszcze coś, nad czym rzadko się zastanawiamy – liczba kanałów komunikacji. Z jednymi rozmawiamy przez Instagram, z innymi przez Messengera, WhatsAppa, SMS-y czy maila. Każde z tych miejsc wymaga naszej obecności i utwierdza nas w przekonaniu, że powinniśmy odpowiadać niemal natychmiast. Paradoksalnie, choć jesteśmy ze sobą w nieustannym kontakcie, coraz trudniej znaleźć czas na zwykłe spotkanie i spokojną rozmowę twarzą w twarz.

Mam też wrażenie, że wraz z tą nieustanną możliwością kontaktu pojawiło się ciche oczekiwanie nieustannej dostępności. Skoro telefon niemal zawsze mamy pod ręką, coraz częściej zakładamy, że druga osoba również powinna odebrać lub odpisać od razu. Są ludzie, którzy potrafią godzinami rozmawiać przez telefon albo prowadzić niekończące się rozmowy w wiadomościach, a ja sama łapię się na tym, że czuję pewnego rodzaju zobowiązanie do odbierania połączeń, nawet wtedy, gdy zwyczajnie nie mam na to przestrzeni. Jakby sam fakt, że telefon leży obok, oznaczał, że jestem dostępna. Tymczasem możliwość kontaktu przez całą dobę wcale nie oznacza, że musimy z niej nieustannie korzystać. Moja sytuacja jest o tyle specyficzna, że nie jestem wyłącznie odbiorcą internetowych treści, ale również ich twórcą. Publikując coś, siłą rzeczy pozostaję w kontakcie z czytelnikami, odpowiadam na wiadomości, śledzę komentarze i angażuję się w rozmowy. Bardzo to lubię, ale wiem też, że w ten sposób sama dostarczam sobie kolejnych bodźców, przez co granica między pracą a odpoczynkiem coraz łatwiej się zaciera. 

Sama zaczęłam odczuwać to już jakiś czas temu. Coraz częściej łapałam się na tym, że jestem zwyczajnie przebodźcowana – nie tylko ilością informacji, ale też koniecznością nieustannego przełączania uwagi. Zdarzało mi się nawet prosić bliskich, by nie wysyłali mi rolek czy krótkich filmików. Nie dlatego, że mnie nie interesowały, ale dlatego, że doskonale wiedziałam, jak to działa. Otworzę jeden materiał, za chwilę kolejny i następny, aż nagle orientuję się, że minęło kilka kwadransów. Nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem. Dla wielu osób to przecież tylko niewinny filmik, dla mnie był jednak kolejnym bodźcem, którego moja głowa nie była w stanie udźwignąć. 

Dlatego ten wyjazd nie był spontanicznym pomysłem na modny „detoks od telefonu” ani eksperymentem na kilka dni. Czułam, że jestem już tak zmęczona funkcjonowaniem w nieustannym trybie online, że naprawdę potrzebowałam całkowitego odcięcia. Nie po to, żeby coś sobie udowodnić, ale żeby odzyskać spokój i usłyszeć własne myśli. Co ciekawe, te kilka dni tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę tę zmianę kontynuować również po powrocie. Nie oznacza to zniknięcia z Internetu ani rezygnacji z tego, co tworzę, ale coraz bardziej czuję potrzebę wycofania się z tego nieustannie pędzącego świata i nauczenia się korzystania z niego na własnych zasadach. Mam wrażenie, że właśnie tego najbardziej potrzebuję na obecnym etapie życia. Paradoksalnie nie szukam dziś więcej inspiracji, więcej informacji czy większej dostępności, ale większego spokoju, uważności i przestrzeni. Prawdziwa wolność to nie całkowite odcięcie się od technologii, ale umiejętność odłożenia telefonu wtedy, kiedy naprawdę tego potrzebujemy. Ta idea stała się dla mnie jednym z najważniejszych priorytetów, a ten wyjazd tylko upewnił mnie, że idę w dobrym kierunku.



Dawno nie wróciłam z wyjazdu z tak lekką głową. Odpoczęło nie tylko moje ciało, ale przede wszystkim umysł, który od wielu miesięcy funkcjonował w nieustannym szumie informacji, powiadomień i bodźców. Nagle okazało się, że mam czas przeczytać aż pięć książek, a po telefon sięgałam głównie wtedy, kiedy naprawdę chciałam zachować jakieś wspomnienie, jednak zdjęć powstało znacznie mniej niż zazwyczaj i nie chciałabym tej fotorelacji traktować jak przewodnika po miejscach, które warto zobaczyć.

Odłożenie telefonu sprawiło, że zmienił się również sposób, w jaki przeżywałam tę podróż. Zniknęła potrzeba ciągłego zwiedzania, zdobywania kolejnych atrakcji czy poczucia, że trzeba wykorzystać każdą minutę. Zamiast kolekcjonować miejsca, zaczęłam kolekcjonować chwile. Błogość kąpieli w jeziorze o zachodzie słońca, światło tańczące na tafli wody, niezwykłe faktury gór i drzew, które nagle zaczęłam dostrzegać z dużo większą uważnością; czy też smak prostych włoskich potraw z kilku zwyczajnych składników, które potrafiły stworzyć coś tak doskonałego, że przy każdym kęsie pojawiał się mimowolny uśmiech i mruczenie. A najbardziej zostaną ze mną te chwile, których nie da się zaplanować ani wpisać do turystycznego przewodnika. Wieczorna głupawka w przyczepie, kiedy całą piątką śmialiśmy się z rzeczy zupełnie błahych. Szelest przewracanych kartek książki i myśli, które rodziły się gdzieś pomiędzy kolejnymi rozdziałami. Długie rozmowy, cisza i ten rzadki dziś stan, w którym nigdzie się nie spieszyłam i niczego nie musiałam dokumentować, ani być dla nikogo poza moimi kompanami podróży dostępna. Prawdziwy odpoczynek wynikający nie z liczby odwiedzonych miejsc ani atrakcji, które udało się odhaczyć, lecz z momentów, które trudno pokazać na zdjęciu, a które z jakiegoś powodu zostają z nami na długo. Bella Italia!











Lato trwaj!
SHARE:
© Magiczny Domek. All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig