19 lipca 2026

Podróże w trybie Offline

Wyjeżdżając na nasz rodzinny wyjazd, postanowiłam zrobić coś, czego potrzebowałam już od bardzo dawna – całkowicie odciąć się od Internetu. Nie chodziło wyłącznie o media społecznościowe czy publikowanie relacji, ale o świadome odłożenie telefonu i wyciszenie wszystkich bodźców, które każdego dnia niepostrzeżenie domagają się naszej uwagi. 

Od pewnego czasu czułam, że jestem zwyczajnie przebodźcowana. Z każdej strony docierały do mnie informacje, o które wcale nie prosiłam – kolejne plotki ze świata show-biznesu, następna dieta, która miała odmienić życie, idealne przepisy, który i tak nie zrobisz, zdrowy styl życia, ćwiczenia. Egzotyczne podróże, urocze zwierzątka, zabawne filmiki i tysiące treści, które same znajdują drogę do naszego telefonu. Rolki, które tak hipnotyzują, że oglądasz jedną... potem drugą... trzecią... i nagle orientujesz się, że minęła godzina. To jednak nie same media społecznościowe są problemem. Są jedynie fragmentem znacznie większej układanki i mam wrażenie, że dziś uzależnienie od Internetu bardzo często wygląda zupełnie inaczej, niż nam się wydaje.

Można nie mieć konta na Instagramie, a mimo to odruchowo sprawdzać służbową pocztę w sobotni poranek. Można przy każdej rozmowie sięgać po wyszukiwarkę, bo nie umiemy już spokojnie powiedzieć: „Nie wiem” i nie musieć weryfikować każdego zagadnienia. Można godzinami buszować na Zalando, OLX czy swoim ulubionym sklepie chcąc być na bieżąco z nowościami lub po prostu nieustannie używać wyszukiwarki google w celu zrobienia jakichkolwiek zakupów. Można nieustannie być podłączonym do wiadomości, newsów i powiadomień oraz wypełniać każdą wolną chwilę ekranem, nie dopuszczając do siebie ciszy, nudy czy zwyczajnego bycia samemu ze swoimi myślami. 

Do tego dochodzi jeszcze coś, nad czym rzadko się zastanawiamy – liczba kanałów komunikacji. Z jednymi rozmawiamy przez Instagram, z innymi przez Messengera, WhatsAppa, SMS-y czy maila. Każde z tych miejsc wymaga naszej obecności i utwierdza nas w przekonaniu, że powinniśmy odpowiadać niemal natychmiast. Paradoksalnie, choć jesteśmy ze sobą w nieustannym kontakcie, coraz trudniej znaleźć czas na zwykłe spotkanie i spokojną rozmowę twarzą w twarz.

Mam też wrażenie, że wraz z tą nieustanną możliwością kontaktu pojawiło się ciche oczekiwanie nieustannej dostępności. Skoro telefon niemal zawsze mamy pod ręką, coraz częściej zakładamy, że druga osoba również powinna odebrać lub odpisać od razu. Są ludzie, którzy potrafią godzinami rozmawiać przez telefon albo prowadzić niekończące się rozmowy w wiadomościach, a ja sama łapię się na tym, że czuję pewnego rodzaju zobowiązanie do odbierania połączeń, nawet wtedy, gdy zwyczajnie nie mam na to przestrzeni. Jakby sam fakt, że telefon leży obok, oznaczał, że jestem dostępna. Tymczasem możliwość kontaktu przez całą dobę wcale nie oznacza, że musimy z niej nieustannie korzystać. Moja sytuacja jest o tyle specyficzna, że nie jestem wyłącznie odbiorcą internetowych treści, ale również ich twórcą. Publikując coś, siłą rzeczy pozostaję w kontakcie z czytelnikami, odpowiadam na wiadomości, śledzę komentarze i angażuję się w rozmowy. Bardzo to lubię, ale wiem też, że w ten sposób sama dostarczam sobie kolejnych bodźców, przez co granica między pracą a odpoczynkiem coraz łatwiej się zaciera. 

Sama zaczęłam odczuwać to już jakiś czas temu. Coraz częściej łapałam się na tym, że jestem zwyczajnie przebodźcowana – nie tylko ilością informacji, ale też koniecznością nieustannego przełączania uwagi. Zdarzało mi się nawet prosić bliskich, by nie wysyłali mi rolek czy krótkich filmików. Nie dlatego, że mnie nie interesowały, ale dlatego, że doskonale wiedziałam, jak to działa. Otworzę jeden materiał, za chwilę kolejny i następny, aż nagle orientuję się, że minęło kilka kwadransów. Nie zawsze spotykało się to ze zrozumieniem. Dla wielu osób to przecież tylko niewinny filmik, dla mnie był jednak kolejnym bodźcem, którego moja głowa nie była w stanie udźwignąć. 

Dlatego ten wyjazd nie był spontanicznym pomysłem na modny „detoks od telefonu” ani eksperymentem na kilka dni. Czułam, że jestem już tak zmęczona funkcjonowaniem w nieustannym trybie online, że naprawdę potrzebowałam całkowitego odcięcia. Nie po to, żeby coś sobie udowodnić, ale żeby odzyskać spokój i usłyszeć własne myśli. Co ciekawe, te kilka dni tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę tę zmianę kontynuować również po powrocie. Nie oznacza to zniknięcia z Internetu ani rezygnacji z tego, co tworzę, ale coraz bardziej czuję potrzebę wycofania się z tego nieustannie pędzącego świata i nauczenia się korzystania z niego na własnych zasadach. Mam wrażenie, że właśnie tego najbardziej potrzebuję na obecnym etapie życia. Paradoksalnie nie szukam dziś więcej inspiracji, więcej informacji czy większej dostępności, ale większego spokoju, uważności i przestrzeni. Prawdziwa wolność to nie całkowite odcięcie się od technologii, ale umiejętność odłożenia telefonu wtedy, kiedy naprawdę tego potrzebujemy. Ta idea stała się dla mnie jednym z najważniejszych priorytetów, a ten wyjazd tylko upewnił mnie, że idę w dobrym kierunku.



Dawno nie wróciłam z wyjazdu z tak lekką głową. Odpoczęło nie tylko moje ciało, ale przede wszystkim umysł, który od wielu miesięcy funkcjonował w nieustannym szumie informacji, powiadomień i bodźców. Nagle okazało się, że mam czas przeczytać aż pięć książek, a po telefon sięgałam głównie wtedy, kiedy naprawdę chciałam zachować jakieś wspomnienie, jednak zdjęć powstało znacznie mniej niż zazwyczaj i nie chciałabym tej fotorelacji traktować jak przewodnika po miejscach, które warto zobaczyć.

Odłożenie telefonu sprawiło, że zmienił się również sposób, w jaki przeżywałam tę podróż. Zniknęła potrzeba ciągłego zwiedzania, zdobywania kolejnych atrakcji czy poczucia, że trzeba wykorzystać każdą minutę. Zamiast kolekcjonować miejsca, zaczęłam kolekcjonować chwile. Błogość kąpieli w jeziorze o zachodzie słońca, światło tańczące na tafli wody, niezwykłe faktury gór i drzew, które nagle zaczęłam dostrzegać z dużo większą uważnością; czy też smak prostych włoskich potraw z kilku zwyczajnych składników, które potrafiły stworzyć coś tak doskonałego, że przy każdym kęsie pojawiał się mimowolny uśmiech i mruczenie. A najbardziej zostaną ze mną te chwile, których nie da się zaplanować ani wpisać do turystycznego przewodnika. Wieczorna głupawka w przyczepie, kiedy całą piątką śmialiśmy się z rzeczy zupełnie błahych. Szelest przewracanych kartek książki i myśli, które rodziły się gdzieś pomiędzy kolejnymi rozdziałami. Długie rozmowy, cisza i ten rzadki dziś stan, w którym nigdzie się nie spieszyłam i niczego nie musiałam dokumentować, ani być dla nikogo poza moimi kompanami podróży dostępna. Prawdziwy odpoczynek wynikający nie z liczby odwiedzonych miejsc ani atrakcji, które udało się odhaczyć, lecz z momentów, które trudno pokazać na zdjęciu, a które z jakiegoś powodu zostają z nami na długo. Bella Italia!











Lato trwaj!
SHARE:

29 czerwca 2026

Migawki Maja i Czerwca ' 26

Zasiadam do kolejnych migawek z lekkim niepokojem, bo ostatnie tygodnie były tak intensywne, że pomysł zamknięcia dwóch miesięcy w jednym wpisie wydaje się niemałym wyzwaniem.

Coraz częściej zastanawiam się też, jak dziś pisać bloga. Robię to już od szesnastu lat i wciąż chciałabym poświęcać temu znacznie więcej czasu. Świat jednak zmienia się tak szybko, że czasem trudno odpowiedzieć sobie na pytanie, czy takie blogi – o wszystkim i o niczym – są nam jeszcze potrzebne.

Choć właściwie to określenie zależy od tego, jak uważnie ktoś czyta. Piszę o codzienności, zwyczajnym życiu i małych przyjemnościach, ale mam wrażenie, że najważniejsze rzeczy zawsze ukrywają się między słowami.

To, że je dostrzegacie i czujecie, daje mi ogromną motywację, by pisać dalej. Czuję się tutaj bezpiecznie. Od lat zaglądają do mnie te same osoby i mam poczucie, że stworzyliśmy miejsce, w którym nie trzeba niczego udawać. To chyba największa wartość tego bloga, która powoduje, że mam w sobie ten impuls, by regularnie siadać do pisania.

Zapraszam Was do migawek minionych tygodni.

MAJ

W maju ogród zaczął rozkwitać na dobre, a my wzięliśmy się za wielkie porządki i renowacje drewnianego tarasu.

Mnie ogromnie cieszył widok tulipanów w ogrodzie. Te jesieni posadzę ich znacznie więcej. 


Z pewnością nowiną miesiąca było pojawienie się u nas nowego pieska! Całą historię Bolusia przeczytacie we wcześniejszym wpisie (klik).


Dzieciakom spodobał się nowy kącik hamakowy w zakątku naszego ogrodu. 




Choć wciąż robię średnio około tysiąca rodzinnych zdjęć w miesiącu, coraz częściej świadomie odkładam aparat podczas spotkań z bliskimi. Pochłonięta rozmowami i zwyczajnie potrzebująca odrobiny prywatności, nie czuję już potrzeby dokumentowania każdej chwili.
Maj i czerwiec były wyjątkowo towarzyskimi miesiącami. Sami organizowaliśmy spontaniczne spotkania, ale równie często byliśmy zapraszani do innych. Uwielbiam ten czas – długie rozmowy, wspólne posiłki, śmiech dzieci i dorosłych, ten rodzaj codzienności, który zostaje w pamięci, nawet jeśli nie trafia na zdjęcia. Dlatego na blogu jest ich dziś trochę mniej, choć zostają w mojej pamięci.

Tu jedno jedyne zdjęcie, które zrobiłam u znajomych.


A tu na tarasie u mojej Mamy gościliśmy mojego ukochanego wujka z dzieciństwa. 


A czasami zwykły niedzielny obiad przeradzał się w rodzinnego grilla pod chmurką.



Nie zawsze udaje mi się nagrać zamówienia w Layette (mam elastyczny czas pracy, a paczki pakowane są od samiutkiego rana), ale uważam, że kompozycje mam są naprawdę przepiękne!


Czas na nowe fryzury!


Maj to urodzinowy miesiąc Gabrysi, a osobny wpis znajdziecie tu (klik).


Razem z Mamą wybrałyśmy się na koncert Michała Bajora. Choć teoretycznie nie jest to muzyka, której słucham na co dzień, wyszłam z tego wieczoru absolutnie OCZAROWANA.

To było prawdziwe przeżycie estetyczne i kulturalne – pełne wrażliwości, pięknych tekstów, subtelnych emocji i niezwykłej klasy. W świecie, który coraz częściej stawia na tempo i natychmiastowe wrażenia, ten wieczór przypomniał mi, jak wielką siłę ma uważność, słowo i sztuka opowiadania historii.


Ciekawe czy Gabrysi uda się przeczytać całą serię Tomków. Często wybieram im filmy czy książki "jeszcze z tamtego świata", by nie zatracili się zupełnie w tej nowoczesności. Mam nadzieję, że dzięki temu nie zatracą się całkowicie we współczesnym pędzie i będą potrafili odnaleźć przyjemność również w tym, co wymaga odrobiny czasu i skupienia.


Rodzinny wypad do Łódzkiego ZOO. Fajnie, bo raz w roku z kartą łodzianina można wejść do ZOO za darmo!




Wujek zafundował multimedialną przygodę, gdzie można płynąc na grzbiecie rekina!


To był naprawdę fajny czas!


Oba pieski uwielbiają nasze rodzinne seanse filmowe.


Rodzinne zawody wspinaczkowe. Oczywiście ja jako fotograf całej czwórki. 😁


To były naprawdę burgery z prawdziwego zdarzenia!


Pojechaliśmy też do stolicy świętować urodziny mojej Natalii. 


Atmosfera była przecudowna. Klimatyczne miejsce, pięknie udekorowany stół, przygotowane aromatyczne pyszności oraz inspirujące rozmowy. Domowe spotkania są moimi ulubionymi. Jest w nich coś, czego nie da się odtworzyć nigdzie indziej – ciepło, swoboda i bliskość. I chyba nic nie jest w stanie przebić tego wyjątkowego klimatu.


A prezenty przecudne!


Imię "Boluś" wymyśliła moja mama, ale od razu skojarzyły mi się książki, które uwielbialiśmy czytać. Prześmieszne, zabawne, takie trochę szalone. Mam wrażenie, że teraz pojawiają się tylko poprawne polityczne ksiażeczki dla dzieci.


W książce pojawiają się "trzy klawe knurki" i od lat mówimy tak o naszych dzieciach. 😅


Ile pracy kryje w sobie ogród, wie chyba tylko ten, kto sam ma kawałek ziemi, o który dba. Mimo że działamy zespołowo, w tym roku nie udało nam się zrealizować wszystkich planów. Nie ruszyliśmy nawet trawnika – poza regularnym koszeniem – a skrzynie na warzywa i mała szklarnia będą musiały poczekać do przyszłego roku.
Choć kto wie... Może jeszcze uda się stworzyć coś pomiędzy kolejnymi wyjazdami. W ogrodzie nauczyłam się już, że plany planami, a natura i życie i tak mają własne tempo.






Wieczór, cały dom cichnie, nad sobą mam uchylone okno, przez które wpada delikatny wiaterek i te kilka chwil przed snem czytam książkę. Bardzo lubię ten moment.


„U Ciebie zawsze jest idealnie!”

To jedno z tych zdań, które słyszę naprawdę często. A prawda jest taka, że chyba każdy ma własną definicję idealnie posprzątanego domu.

Rzeczywiście lubię, kiedy wszystko ma swoje miejsce i staram się odkładać rzeczy na bieżąco. Mam potrzebę harmonii – codziennie ścielę łóżka, dbam o to, żeby przestrzeń była spokojna i uporządkowana. To po prostu sprawia, że lepiej mi się funkcjonuje. Ale nie przeskoczę tego, że po domu kręci się siedmioro domowników, w tym dwoje takich, którzy zostawiają po sobie... sierść. Oczywiście, gdy tylko coś zauważę kątem oka, chwytam za ręczny odkurzacz. Tyle że – jak chyba każda z nas – nie zawsze mam na to czas. Czasem biegnę od pracy przy komputerze prosto na przedstawienie synka z okazji Dnia Mamy. Innym razem przygotowuję rodzinny obiad i w całym tym zamieszaniu okruszki lądują w szufladzie ze sztućcami (która, zupełnie niefortunnie, znajduje się tuż pod deską do krojenia), a szuflada z przyprawami znów zamienia się w mały chaos, choć przecież jeszcze niedawno robiłam w niej porządek.

Myślę, że sekret nie tkwi w perfekcji. Bardziej w codziennych, drobnych nawykach i akceptacji tego, że dom, w którym naprawdę toczy się życie, nigdy nie będzie wyglądał jak wnętrze z katalogu przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale warto się starać i jednocześnie czasami...odpuszczać. 


Pod koniec maja wyruszyłyśmy z Mamą w naszą sentymentalna podróż do Francji.


Masę zdjęć z tego cudownego wyjazdu znajdziecie w osobnym poście tu - klik.



CZERWIEC

Gdy tylko wróciłam z wyjazdu z Mamą, od razu musiałam się przepakować i ruszyliśmy na pierwszy w tym roku wypad przyczepą kempingową.


Uwielbiam nawet takie krótkie wypady. Trafiła nam się przepiękna pogoda!


Co roku odwiedzamy...Ciechocinek! Tam zupełnie inaczej płynie czas, a my wszędzie jeżdzimy rowerami.



Oldskool'owa oranżada.


I smak czerwca!


To czas kiedy można czytać dużo książek. Dokończyłam "Cały ten błękit", który zaczęłam czytać we Francji. 


Po prostu uwielbiam te poranki z kawą na tarasie.


Vincent szykuje się na nocowankę z Miłoszkiem.



W czerwcu tak średnio 4-5 raz w tygodniu chodziliśmy na wczesno poranne spacery z mężem. I dla zdrowia i dla relacji - w końcu mogliśmy nadrobić wiele tematów, na które w codzienności nie ma czasu. 😋


Naprawdę można złapać oddech w tej pędzącej codzienności.


Chłopaki się chyba polubiły!


Czerwiec to też masa atrakcji, za którymi my rodzice musimy nadążyć - zielone szkoły, pikniki, Dzień Dziecka, urodziny przyjaciół z klasy, wycieczki szkolne, zebrania a nawet warsztaty plastyczne z rodzicami.


A w ramach warsztatów przygotowałyśmy z Gabrysią wakacyjną ozdobę na kiermasz w szkole. 


I jeszcze więcej spacerków we dwoje. Szybkie tempo, kroki zrobione, nerwy ukojone, tematy nadrobione.


Kawa z kawiarki najlepsza.



Dzieciaki kolacja! (Swoją drogą w tym roku mam wielką fazę na rzodkiewkę!)


Nasz dostojny Boluś.


Lubię przypatrywać się jak krzątają się po kuchni.


Która tak przytulnie wygląda nawet od strony ogrodu.


Nawet udało się wyskoczyć na randkę do kina!


Kolejne dwa talerzyki wiszą, bo wiadomo, że jak mąż powie, że powiesi, to powiesi i nie trzeba mu o tym przypominać co pół roku.


Mieliśmy jedyny wolny weekend na spotkanie ze znajomymi, a potem spontanicznie pomyślałam, że przecież będzie miło przy okazji świętować wtedy moje urodziny i zdmuchnąć w ich towarzystwie świeczkę.


Tort (sernik na zimno) zrobiony, ale warto spisać jakie planuje menu i co jest jeszcze do zrobienia.


Tak, to masa pracy, ale musze przyznać, że lubię przygotowywać nowości na wszelakie przyjęcia.


Smaku i wyrazistości dodają zioła z własnego ogródka.


Zawsze pytacie o przepisy i bardzo mnie to cieszy. Problem w tym, że nie każdy da się przekazać w kilku zdaniach. Lista składników to dopiero początek – najważniejsze często dzieje się pomiędzy. To te małe niuanse, wyczucie ciasta, odpowiedni moment czy drobne triki sprawiają, że przepis naprawdę wychodzi.
Od dawna chodzi mi po głowie pomysł, żeby usiąść do tego na spokojnie i zebrać wszystkie ukochane przepisy z naszego Magicznego Domku, ale na dziś podaję przepis na genialną focaccię!

Składniki:
500 g mąki pszennej (około 3 1/2 szklanki)
1,5 szklanki wody (375 ml)
2 łyżeczki soli
7 g suchych drożdży

Ciasto robimy wieczorem poprzedniego dnia. Do dużej miski, która zmieści się w lodówce dodać mąkę, wodę, drożdże oraz sól. Wymieszać składniki aż składniki się połączą - ciasto będzie lepkie i "niedbałe". Przesunąć ciasto na bok w misce i wlać trochę oliwy z oliwek. Obrócić szpachelką ciasto, by zanurzyło się w oliwie z każdej strony.  Miskę szczelnie przykryć pokrywką lub talerzem i włożyć do lodówki na noc.
Na 2-3 godziny przed upieczeniem (można podać na ciepło, a można upiec przed np. przyjęciem wcześniej i mieć już z głowy podając na zimno) wysmarować naczynie żaroodporne lub blachę oliwą i przełożyć ciasto z miski do formy. Niedbale rozciągnąć palcami, robiąc w cieście wgniecenia i zostawić do wyrastania w ciepłym miejscu pod przykryciem na ok. 2 godziny.
W wyrośniętym cieście robić kilka wgłębień palcami, dowolnie udekorować (np. oliwkami, pomidorkami lub tylko ziołami i solą) oblać oliwą i włożyć do rozgrzanego piekarnika na 250 stopni.. Piec ok. 20 minut do momentu, aż focaccia będzie rumiana na wierzchu.




Świętujemy!


Uwielbiam gotować dla przyjaciół, sięgać po nowe przepisy, odwdzięczać się im smakami.
Dwie rundy, najpierw: Chłodnik z ogórków, awokado, limonki oraz mięty, zapiekane ziemniaczki, surówka z cukinii i kiwi, piersi z kurczaka faszerowane ziołami, bazylią, suszonymi pomidorami i fetą a na deser tiramisu z lodami i gorącą kawą. Po jakimś czasie na stole pojawiła się deska serów, sałatka z rukolą, fetą i arbuzem oraz focaccia z pomidorkami, oliwkami i ziołami. Na sam koniec tort idealny na upalne dni czyli sernik na zimno z truskawkami z prawdziwego twarogu i mascarpone.



Cudowny czas! Dorosli siedzieli na jednym tarasie a dzieciaki podjadały na drugim w przerwach niekończącej się zabawy.


Prezenciki cudne. Ceramiczna kurka na jajka, serwetki, jedwabne apaszki, płyta winylowa (uwielbiam ten album Harrego), tasak, ołówek automatyczny (mam hopla na punkcie dobrych przyborów papierniczych) i wiktoriański pierścionek od męża. 💕

Przepięknie kwitnie mój różany zakątek.



Jak ten czas leci...moja Gabrysia z ręczniczkiem z pierwszej kolekcji Layette...


Czy my rodzice dostaniemy jakieś medale za wytrwałość w zawożeniu dzieci w roku szkolnym na zajęcia dodatkowe?


Z wizytą u Taty... 💔


Okazało się, że mój dobry znajomy pracuje w przepięknej bibliotece!



Chyba najwyższy czas przestać kupować tyle książek, a zacząć częściej je wypożyczać. Domowe biblioteczki mają swój urok, ale w pewnym momencie człowiek orientuje się, że półki przestają nadążać za czytelniczymi planami.

Coraz bardziej podoba mi się myśl, że nie każda książka musi zostać z nami na zawsze. Niektóre wystarczy po prostu przeczytać, zachwycić się nimi przez chwilę i zrobić miejsce dla kolejnych historii.


Piesełek.


Lato w pełni i rekord upałów w Polsce!


Pieski też muszą się ochłodzić.


Ostatnio nasz ulubiony!


Piękne to życie. Czasami zabiegane, czasami trochę chaotyczne, ale coraz częściej przeżywane z uważnością na to, co naprawdę ważne, i z nieustanną próbą odnalezienia harmonii i równowagi pośród codziennych obowiązków.

Ściskam Was mocno i do napisania po małej wakacyjnej przerwie.
SHARE:
© Magiczny Domek. All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig