21 maja 2026

Ależ, Bolusiu!

Od jakiegoś czasu skrywamy małą tajemnicę w Magicznym Domku. Nie wiem, czy to kwestia jakiejś szczególnej aury tego miejsca, nietypowego układu planet (czy współrzędnych) czy po prostu przypadku, ale mam wrażenie, że czworonogi są nam pisane w większej ilości, niż pierwotnie zakładaliśmy.

Prawda jest taka, że zupełnie nie planowaliśmy teraz powiększania rodziny. Przy trójce dzieci, codziennej logistyce, pracy i planach wakacyjnych z przyczepą kempingową, rozsądek podpowiadał raczej, że nie jest to najlepszy moment. A jednak życie często układa własne scenariusze.

Mniej więcej miesiąc temu dziewczyna mojego brata była świadkiem bardzo trudnej sytuacji. Zobaczyła karetkę pogotowia i mężczyznę z rozbitą, zakrwawioną głową, który mimo całego zamieszania kurczowo trzymał psa na smyczy. Podeszła odruchowo. Zostawiła swój numer telefonu i zobowiązała się zaopiekować pieskiem na czas pobytu właściciela w szpitalu.

Niestety telefon nigdy nie zadzwonił.

Po czasie okazało się, że właściciel wyszedł ze szpitala, ale zmagał się z bardzo dużym problemem alkoholowym. Został eksmitowany z mieszkania i prawdopodobnie trafił do miejsca, w którym nie można mieć zwierząt. Zaczęliśmy więc pytać o historię psa i szybko wyszło na jaw, że jego los od dawna był bardzo niepewny. Z niewyjaśnionych przyczyn trafiał z rąk do rąk i miał już przynajmniej kilku właścicieli.

Początkowo piesek trafił pod opiekę mamy dziewczyny mojego brata, ale szybko okazało się, że jest zbyt duży i energiczny, by zamieszkać w małym mieszkaniu z samotną starszą panią. Rozpoczęły się więc poszukiwania nowego domu dla Bolusia — bo tak nazwaliśmy go właściwie od pierwszego dnia.

Wszyscy byliśmy zaskoczeni tym, jakie Boluś ma cudowne, łagodne usposobienie. Jest niezwykle grzeczny, spokojny i bardzo posłuszny. Nie był zaniedbany ani wycofany. Podczas kąpieli cierpliwie stał w wannie, znał podstawowe komendy, pięknie chodził na smyczy i od początku szukał kontaktu z człowiekiem.

To wszystko bardzo mnie poruszyło. Bo życie naprawdę nie jest czarno-białe. Czasami człowiek pogubiony, zmagający się z własnymi demonami i uzależnieniami, potrafi jednocześnie kochać zwierzę całym sercem. I myślę, że ten pies był kochany. Tylko że sama miłość nie zawsze wystarcza, kiedy brakuje stabilności, bezpieczeństwa i możliwości zapewnienia zwierzęciu normalnego życia i stałego domu.

Schronisko od początku nie wchodziło w grę. Chcieliśmy znaleźć mu miejsce, w którym w końcu mógłby zostać na dobre. Poszukiwania trwały długo. Co jakiś czas pojawiały się wprawdzie małe iskierki nadziei, gdy ktoś znajomy pytał o psa lub deklarował chęć poznania Bolusia, ale ostatecznie nic z tego nie wychodziło. I chyba właśnie wtedy, zupełnie niepostrzeżenie, Boluś zaczął rozgaszczać się nie tylko w naszym domu, ale też w naszych sercach. Coraz trudniej było wyobrazić sobie, że któregoś dnia po prostu zniknie z naszej codzienności. Jego obecność stała się czymś naturalnym. Poranne dreptanie po domu, ciche kładzenie się obok dzieci, merdający ogon na widok każdego domownika. A wraz z tym coraz trudniejsza stawała się sama myśl, że mielibyśmy się z nim rozstać.

Choć decyzję podejmowaliśmy całą rodziną, nie wszyscy od początku byli od razu na TAK. O ile Miłoszek, Gabrysia i - nie ukrywajmy - również moje serce bardzo szybko były już po stronie Bolusia, o tyle Marysia i mój mąż mieli sporo obaw.

I trudno było im się dziwić. Pies to nie chwilowy zachwyt, tylko ogromna odpowiedzialność i kolejne zmiany w już dość intensywnej codzienności. Pojawiały się pytania o logistykę, wyjazdy, obowiązki i to, czy naprawdę damy radę. Zwłaszcza że wszystko wydarzyło się tak nagle, bez planu i kompletnie bez przygotowań.

Ale Boluś chyba doskonale wiedział, co robi. Nie narzucał się, nie rozrabiał, nie próbował nikogo zdobywać na siłę (no może tym swoim rozbrajającym psim uśmiechem z pięknymi ząbkami). Po prostu był obok, uroczy i niezwykle wdzięczny za każdą uwagę. I mam wrażenie, że właśnie tym powoli rozbroił największe wątpliwości.





Boluś jest uroczym kundelkiem, który trochę przypomina nam małego niedźwiadka. Ma około półtora roku, miękkie futro, pocieszny pyszczek i spojrzenie, któremu naprawdę trudno się oprzeć.

Od samego początku świetnie dogadał się z Vincentem oraz Milenką suczką mojego brata, która często nas odwiedza. Ku naszej radości bardzo szybko odnalazł się też w całym domowym zamieszaniu, hałasie i nieustannym ruchu, który u nas właściwie nigdy się nie kończy.

A za sprawą urodzin Gabrysi miał okazję poznać praktycznie całą naszą rodzinę i najbliższych przyjaciół. I co ciekawe, jakby doskonale wiedział, jak odnaleźć się wśród tylu ludzi. Trochę krążył między gośćmi, trochę obserwował wszystko z boku, cierpliwie przyjmował głaski i wyglądał, jakby był częścią tego domu od zawsze.

Ależ, Bolusiu! Rozgość się i czuj się jak u siebie!

🐾🐾🐾

SHARE:

18 maja 2026

♡ 9 Urodziny Gabrysi ♡

Czasami mam wrażenie, że trwa u nas nieustające przygotowywanie do przyjęć. Dopiero co były urodziny Miłoszka, święta, spotkania towarzyskie, a już kolejny tort wymagał upieczenia. Czas leci w zastraszającym tempie. Ponoć na jego przebieg ma wpływ nasz wiek i to, czy doświadczamy nowych przeżyć. Dla dzieci każdy dzień jest nowością, więc wakacje ciągną się w nieskończoność, a wspomnienia sprzed roku wydają się tak odległe.

Ostatnio coraz częściej o tym myślę. Mam wrażenie, że jeszcze przed chwilą wyciągałam wielkanocne obrusy, a tu znów miałam do zaplanowania menu, szukałam świeczek do tortu i zastanawiałam się, czy zdążę posprzątać dom przed gośćmi. Życie rodzinne jest jak fala, gdy ledwo jedno wydarzenie się kończy, kolejne już pojawia się na horyzoncie. Piękne, ale też bardzo intensywne.

Czytałam kiedyś o badaniach dotyczących percepcji czasu. Naukowcy tłumaczą, że jako dzieci odbieramy czas inaczej, bo niemal wszystko jest nowe. Nowa droga do szkoły, nowy smak lodów, pierwszy wyjazd nad morze, pierwszy dzień wakacji. Mózg zapisuje takie momenty bardzo intensywnie, tworząc mnóstwo „punktów zaczepienia” we wspomnieniach. Dlatego dzieciństwo wydaje się tak długie i pełne.

Z dorosłością bywa odwrotnie. Powtarzalność sprawia, że dni zaczynają się zlewać. Kolejne tygodnie organizujemy wokół obowiązków, list zakupów, logistyki i terminów. Mózg nie zapisuje już tylu nowych bodźców, więc z perspektywy czasu miesiące mijają jak kilka szybkich mignięć. 

Może dlatego dzieci potrafią tak bardzo cieszyć się drobiazgami. Dla nich rozłożenie koca w ogrodzie może być przygodą, pieczenie muffinek wydarzeniem dnia, a spacer po deszczu czymś wartym zapamiętania. My często jesteśmy (zupełnie niepotrzebnie) kilka kroków dalej myślami. Przy kolejnym mailu, kolejnym obowiązku, kolejnym tygodniu.

Coraz częściej łapię się na tym, że nie chcę tylko organizować życia i odhaczać kolejnych rodzinnych wydarzeń, nawet jeśli są piękne. Chciałabym jeszcze bardziej je przeżywać. Zatrzymywać się w tych małych momentach pomiędzy przygotowaniami. W zapachu pieczonego tortu wieczorem i dzieciach oblizujących łyżkę od kremu. Zawsze możemy choć trochę zwolnić upływający czas. Nie przez wielkie zmiany ani spektakularne podróże, ale przez świadome celebrowanie codzienności. Dodawanie do zwykłych dni odrobiny nowości, spontaniczności, obecności i może też.. życia trochę poza rytmem współczesnego pośpiechu i panujących zasad. Ale o tym (postaram się napisać) innym razem. 😉

Trochę ponad tydzień temu świętowaliśmy 9 urodziny Gabrysi. Patrząc na nią coraz częściej myślę sobie, że jako mama jestem po prostu jej ogromną fanką. Gabrysia ma bardzo wyraźne poczucie siebie, swoich upodobań oraz stylu, a przy tym zupełnie nie ogląda się na to, co powinno podobać się dziewczynkom w jej wieku. Nie próbuje dopasowywać się na siłę do trendów czy oczekiwań otoczenia. Od zawsze idzie trochę swoją drogą. Uwielbia rap, skatowe ubrania, jazdę na deskorolce i rowerze, trenuje koszykówkę i świetnie maluje. Ma w sobie dużo luzu, kreatywności i takiej naturalnej autentyczności. Chciałam, żeby mogła celebrować ten dzień w luźnej, rodzinnej atmosferze.

Goście trafili z prezentami idealnie. Były wymarzone Vansy, koszulki i piłka Lakersów, stos książek podróżniczych, nowy rower (bo z poprzedniego zdążyła już wyrosnąć po raz kolejny), a także mnóstwo dodatków inspirowanych klimatem lat 80, który ostatnio totalnie ją fascynuje.

Patrzę na nią i myślę, że to naprawdę piękne widzieć dziecko, które tak dobrze czuje samo siebie. I mam ogromną nadzieję, że ten wewnętrzny kompas zostanie z nią jak najdłużej.

Czas na rodzinne przygotowania!


Prezenciki dla gości.


I pyszności.



Domowy tort z wybranym przez Gabrysię motywem.



Było uroczo! Piękna pogoda, aktywności na świeżym powietrzu i rodzinna atmosfera!



Ostatnio przy różnych okazjach robię również sporo filmików i ruchomy obraz zapamiętuję na naszym Instargamie (zajrzyjcie do urodzin Gabrysi).

Dziękuję za wspólną chwilę i wracam niebawem z... nowiną! 😁
SHARE:
© Magiczny Domek. All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig