Nasze wyjazdy z Mamą do Villefranche-sur-Mer są mieszanką wspomnień, tęsknoty i pragnienia powrotu do miejsc, które wiele dla nas znaczą. To nostalgia za osobami, z którymi kiedyś tu byłyśmy, rodzinne historie i dom cioci Żaneci, który miał ogromny wpływ na moje poczucie estetyki. To niezwykły klimat i poczucie, że choć w niewielkim stopniu jesteśmy tutaj jak u siebie. To także potrzeba odpoczynku, zatrzymania się na chwilę i zostawienia wszystkich codziennych ról za sobą.
A przede wszystkim to czas spędzony z moją Mamą, który jest bezcenny.
Ten wyjazd bardzo przypominał charakterem naszą zeszłoroczną podróż, dlatego zanim będziecie czytać dalej, zajrzyjcie do wpisu sprzed roku (klik). Marzyłyśmy właściwie o tym by choć na chwilę wrócić do tamtych emocji. Bez pośpiechu, bez presji odhaczania kolejnych atrakcji. Chciałyśmy znów poczuć beztroskę niespiesznych spacerów po uliczkach tego małego miasteczka, wygrzać się w majowym słońcu i spędzić Dzień Mamy razem, ciesząc się swoim towarzystwem.
Nie mogłabym nie dodać zdjęć z naszej wyprawy do mojego blogowego pamiętnika, dlatego zapraszam Was na wpis z naszej podróży po Lazurowym Wybrzeżu.

Villefranche-sur-Mer nie jest typową, nastawioną na masową turystykę miejscowością, dlatego wybór noclegów jest znacznie mniejszy niż w popularnych kurortach. Wiele apartamentów rezerwowanych jest z dużym wyprzedzeniem, więc znalezienie odpowiedniego miejsca wymaga nieco cierpliwości. W Maladze można przebierać w ofertach, tutaj trzeba się trochę bardziej postarać.
Dla mnie i dla Mamy najważniejszy był widok na morze. Po całym dniu spacerów i przemierzaniu okolicy uwielbiałyśmy wracać do naszego mieszkania, smakować lokalne przysmaki i po prostu siedzieć na tarasie i patrzeć na bezkresny horyzont. Cudownie było wtedy zwolnić tempo i chłonąć atmosferę tego miejsca.
Apartament, w którym zatrzymałyśmy się rok temu, nie był już dostępny w tym terminie. Nie ukrywam też, że tym razem zależało nam na miejscu położonym nieco bliżej morza. Podczas poprzedniego pobytu codziennie pokonywałyśmy niezliczoną ilość schodów, co miało swój urok, ale bywało też męczące po całym dniu spacerów.
Tym razem do głównej ulicy, sklepów i restauracji dochodziłyśmy prostą drogą, prowadzącą jedynie łagodnie pod górę. Ta niewielka zmiana sprawiła, że poruszanie się po miasteczku było znacznie wygodniejsze.
Jakie szczęście, że tym roku udało nam się kilka razy spotkać z moją 91-letnią ciocią Żanecią. To córka starszej siostry mojej Babci. Jej dom, który pokazywałam tutaj już wielokrotnie (klik), miał ogromny wpływ na moje poczucie estetyki i sposób, w jaki dziś myślę o wnętrzach.
Pamiętam swoją pierwszą wizytę tutaj — przyjechałam tuż przed wyprowadzką z domu rodzinnego do swojego pierwszego mieszkania. Wracałam wtedy do Polski z walizką pełną drobiazgów i skarbów wyszukanych we Francji. Ku mojej radości wiele z nich towarzyszy mi do dziś i wciąż znajduje swoje miejsce w moim domu.
Za każdym razem, gdy odwiedzam ciocię Żanecię, mam poczucie powrotu do źródła wielu inspiracji, które przez lata zostały ze mną na dobre.
Jest niezwykle ciepłą, inteligentną i pełną wdzięku osobą. Pięknie mówi po polsku, bez śladu akcentu, z bogatym słownictwem i swobodą, która robi ogromne wrażenie, zwłaszcza że na co dzień właściwie nie ma już okazji posługiwać się tym językiem.
Bardzo urzekła mnie też pewna historia. Niedawno ciocia odnalazła w piwnicy kilka polskich książek i postanowiła do nich zajrzeć. Skończyło się na przeczytaniu całej „Ziemi obiecanej”. Czy to nie jest urocze? W wieku 91 lat wciąż z taką ciekawością sięgać po nowe lektury i pielęgnować język, którego używa się tak rzadko.
Na co dzień starałyśmy się żyć trochę tak, jak mieszkańcy miasteczka. Chodziłyśmy na sobotni targ, codziennie zaglądałyśmy do naszej ulubionej boulangerie, a na kawę wybierałyśmy miejsca, w których przesiadywali lokalsi. I nie uwierzycie - rozpoznała nas pewna pani, z którą rozmawiałyśmy rok wcześniej. To właśnie takie momenty sprawiają, że człowiek czuje się tutaj nie jak turysta, lecz jak ktoś, kto na chwilę stał się częścią codzienności tego miejsca.
Mój francuski wciąż pozostaje na bardzo podstawowym poziomie (czasem żałuję, że nie kontynuowałam nauki po liceum), ale nigdy nie przeszkadzało mi to nieustannie zagadywać mieszkańców. Chciałam choć przez chwilę poczuć ich otwartość i serdeczność. Spotykałyśmy się tak często podczas naszych spacerów, że po kilku dniach wymieniałyśmy już uśmiechy i pozdrowienia, jakbyśmy znali się od lat.
Nie wiem, czy Wy również to dostrzegacie, ale każde miejsce ma swoją własną paletę barw. To wyjątkowe połączenie światła, faktur, architektury i roślinności tworzy charakterystyczną kolorystykę i mam wrażenie, że każde otoczenie ma swój niepowtarzalny kod kolorystyczny. Czasem tworzy go intensywne słońce odbijające się od jasnych elewacji, innym razem zieleń roślin, kolor ziemi czy odcień morza. To właśnie te subtelne zestawienia sprawiają, że dane miejsce ma swój własny klimat i charakter.
To był zdecydowanie wyjazd kulinarny. Zazwyczaj nie zaglądamy zbyt często do restauracji, raczej skupiamy się na prostych posiłkach przygotowywanych z lokalnych produktów, które kupujemy na targach i w małych sklepikach.
Rolę kucharza kolejny raz przejęłam ja i z ogromną przyjemnością przygotowywałam śniadania, obiady i kolacje dla Mamy. Kiedy mam wolną głowę i nie myślę o codziennych obowiązkach, potrafię całkowicie oddać się jednej czynności bez pośpiechu i rozproszeń.
Gotowanie dla dwóch osób, w porównaniu do mojej codzienności, było czymś absolutnie lekkim i przyjemnym. Uświadamiam sobie, jak inaczej smakuje wszystko, kiedy nie towarzyszy temu lista zadań do odhaczenia. Jak dużo więcej jest w tym spokoju, uważności i prostoty. I jak bardzo zmienia się nawet tak zwyczajna czynność, kiedy nic nas nie goni.
Wszystkie kalorie spalałyśmy długimi spacerami (nawet wróciłam z wyjazdu odrobinę lżejsza). Pojechałyśmy też na zakupy do Nicei i trochę żałowałyśmy, że akurat remontowana była galeria z twórczością Matisse’a. Zamiast tego odwiedziłyśmy jednak Musée Masséna, gdzie można podziwiać przepiękne wnętrza z epoki belle époque.
To miejsce ma w sobie coś wyjątkowego — elegancję dawnych lat oraz niesamowity spokój, który sprawia, że na chwilę można poczuć się jak w zupełnie innej rzeczywistości. Światło wpadające przez wysokie okna, detale wnętrz i atmosfera historii tworzą tam niezwykły, niemal filmowy klimat. Uwielbiam takie miejsca.
Nicea to piękne miasto, pełne eleganckich kamienic, szerokich alei i niezwykłej architektury, która zachwyca na każdym kroku. Ma w sobie energię, intensywność i ten charakterystyczny, południowy gwar, który wypełnia ulice od rana do wieczora.
Po dniu spędzonym w tym miejskim rytmie z ulgą wracałyśmy jednak do naszego spokojniejszego miasteczka, gdzie tempo życia zwalnia, a cisza i bliskość morza pozwalają naprawdę odpocząć.
Udało mi się namalować kolejną akwarelową pocztówkę z naszej wyprawy. Tym razem usiadłam w zaciszu ogrodu i uchwyciłam na papierze kopułę pięknego budynku, która delikatnie wyłaniała się zza drzew.
To, co działo się wieczorami, zahaczało o prawdziwą magię. Wpatrując się w zatoczkę z naszego balkonu, można było doskonale zrozumieć, co próbował uchwycić Vincent van Gogh w swoich obrazach. Światło, które miękło wraz z zachodem słońca oraz kolorystyka tego miejsca tworzyły niezwykłą, niemal nierzeczywistą atmosferę. Ta paleta barw nigdy nie przestaje mnie zachwycać.
* dodam, że wszystkie moje zdjęcia na blogu robione są bez żadnych filtrów
To był przecudowny czas z Mamą i nasza mała tradycja, którą mam nadzieję będziemy mogły kontynuować również za rok.
Do napisania ♥




















































(1)(1)(1)(1).jpg)