Czasami mam wrażenie, że trwa u nas nieustające przygotowywanie do przyjęć. Dopiero co były urodziny Miłoszka, święta, spotkania towarzyskie, a już kolejny tort wymagał upieczenia. Czas leci w zastraszającym tempie. Ponoć na jego przebieg ma wpływ nasz wiek i to, czy doświadczamy nowych przeżyć. Dla dzieci każdy dzień jest nowością, więc wakacje ciągną się w nieskończoność, a wspomnienia sprzed roku wydają się tak odległe.
Ostatnio coraz częściej o tym myślę. Mam wrażenie, że jeszcze przed chwilą wyciągałam wielkanocne obrusy, a tu znów miałam do zaplanowania menu, szukałam świeczek do tortu i zastanawiałam się, czy zdążę posprzątać dom przed gośćmi. Życie rodzinne jest jak fala, gdy ledwo jedno wydarzenie się kończy, kolejne już pojawia się na horyzoncie. Piękne, ale też bardzo intensywne.
Czytałam kiedyś o badaniach dotyczących percepcji czasu. Naukowcy tłumaczą, że jako dzieci odbieramy czas inaczej, bo niemal wszystko jest nowe. Nowa droga do szkoły, nowy smak lodów, pierwszy wyjazd nad morze, pierwszy dzień wakacji. Mózg zapisuje takie momenty bardzo intensywnie, tworząc mnóstwo „punktów zaczepienia” we wspomnieniach. Dlatego dzieciństwo wydaje się tak długie i pełne.
Z dorosłością bywa odwrotnie. Powtarzalność sprawia, że dni zaczynają się zlewać. Kolejne tygodnie organizujemy wokół obowiązków, list zakupów, logistyki i terminów. Mózg nie zapisuje już tylu nowych bodźców, więc z perspektywy czasu miesiące mijają jak kilka szybkich mignięć.
Może dlatego dzieci potrafią tak bardzo cieszyć się drobiazgami. Dla nich rozłożenie koca w ogrodzie może być przygodą, pieczenie muffinek wydarzeniem dnia, a spacer po deszczu czymś wartym zapamiętania. My często jesteśmy (zupełnie niepotrzebnie) kilka kroków dalej myślami. Przy kolejnym mailu, kolejnym obowiązku, kolejnym tygodniu.
Coraz częściej łapię się na tym, że nie chcę tylko organizować życia i odhaczać kolejnych rodzinnych wydarzeń, nawet jeśli są piękne. Chciałabym jeszcze bardziej je przeżywać. Zatrzymywać się w tych małych momentach pomiędzy przygotowaniami. W zapachu pieczonego tortu wieczorem i dzieciach oblizujących łyżkę od kremu. Zawsze możemy choć trochę zwolnić upływający czas. Nie przez wielkie zmiany ani spektakularne podróże, ale przez świadome celebrowanie codzienności. Dodawanie do zwykłych dni odrobiny nowości, spontaniczności, obecności i może też.. życia trochę poza rytmem współczesnego pośpiechu i panujących zasad. Ale o tym (postaram się napisać) innym razem. 😉
Trochę ponad tydzień temu świętowaliśmy 9 urodziny Gabrysi. Patrząc na nią coraz częściej myślę sobie, że jako mama jestem po prostu jej ogromną fanką. Gabrysia ma bardzo wyraźne poczucie siebie, swoich upodobań oraz stylu, a przy tym zupełnie nie ogląda się na to, co powinno podobać się dziewczynkom w jej wieku. Nie próbuje dopasowywać się na siłę do trendów czy oczekiwań otoczenia. Od zawsze idzie trochę swoją drogą. Uwielbia rap, skatowe ubrania, jazdę na deskorolce i rowerze, trenuje koszykówkę i świetnie maluje. Ma w sobie dużo luzu, kreatywności i takiej naturalnej autentyczności. Chciałam, żeby mogła celebrować ten dzień w luźnej, rodzinnej atmosferze.
Goście trafili z prezentami idealnie. Były wymarzone Vansy, koszulki i piłka Lakersów, stos książek podróżniczych, nowy rower (bo z poprzedniego zdążyła już wyrosnąć po raz kolejny), a także mnóstwo dodatków inspirowanych klimatem lat 80, który ostatnio totalnie ją fascynuje.
Patrzę na nią i myślę, że to naprawdę piękne widzieć dziecko, które tak dobrze czuje samo siebie. I mam ogromną nadzieję, że ten wewnętrzny kompas zostanie z nią jak najdłużej.
Czas na rodzinne przygotowania!








Brak komentarzy
Prześlij komentarz