czwartek, 17 października 2019

5-te urodziny Marysi i Urodzinowa Chwalipięta

Pisząc ten tytuł nie mogę uwierzyć, że mój świat tak mocno zmienił się aż 5 lat temu. Pamiętam każdy szczegół porodu. Śmiechy, bóle, dokładny widok twarzyczki Marysi, gdy pierwszy raz położyli mi ją na mojej piersi. Miała takie charakterystyczne białe kropki na nosku. Tuż po porodzie podziwiałam najwspanialszy widok na świecie - noszenie Marysi na rękach przez jej Tatę. Nawet nie zwracałam uwagi na to co się ze mną działo (poporodowe czynności), tylko patrzyłam na nich jak zahipnotyzowana. A potem nastały nasze najwspanialsze 2 godziny po porodzie. Mieliśmy małą, przytulną salę z miłym światełkiem z boku. Karmiłam Marysię, popijałam najpyszniejszą (tak mi się wtedy wydawało) posłodzoną herbatę i byliśmy pierwszy raz tylko we troje. W porodzie pierwszego dziecka jest coś magicznego, a to dlatego, że gdy wszystko jest w porządku, czas zamiera i przechodzi się do innej rzeczywistości. Nikt niczego od Ciebie nie wymaga, to czas rodzinny, tylko dla Was. Za drugim razem już było mi trudniej, bo w domu czekała na nas stęskniona istotka, a oprócz troski o nowe maleństwo, dochodziło wielkie skupienie jak pogodzić miłość między nimi dwoma, tak by żadna nie była zazdrosna. Na szczęście u nas bardzo ładnie i naturalnie to przebiegało, a więź między dziewczynkami jest niesamowita. To nie jest tak, że się absolutnie nigdy nie kłócą, ale urzeka mnie to, że każda potrafi wyciągnąć pierwsza rękę. Wystarczy, że się mocno przytulą i już po kłopocie. Kocham je nad życie!
A teraz nasza Marysienka tak wydoroślała. Jeśli czytając to tulicie maleńkiego noworodka, uwierzcie mi, że szybko przypomnicie sobie ten post, gdy Wasz maluszek skończy 5 lat. Czas pędzi a my jesteśmy w rozdwojeniu, z jednej strony nie chcemy by nasze dzieci tak szybko dorastały, z drugiej strony tak mocno ciekawi nas co jest jeszcze przed nami. Przez te 5 lat popełniłam masę błędów, nie byłam tak silna jak to sobie wymarzyłam przed porodem, ale starałam się ze wszystkich sił, by Marysia zawsze wiedziała, że może na mnie liczyć i że kocham ją nad życie! Tak naprawdę, chociaż to rodzice pokazują dzieciom świat, to mam wrażenie, że to ona nauczyła mnie najwięcej. Dziękuje każdego dnia, że dziewczynki są zdrowe. To, że je mamy to największy prezent jaki można sobie wymarzyć.

I tak nastał październik a wraz z nim urodzinowe zamieszanie. Marysia bardzo chciała spędzić urodziny ze swoimi rówieśnikami. Nie ukrywam, że nie przepadam za takimi atrakcjami w parku rozrywki, ale wiem jak świetnie bawią się tam dzieci. Dlatego tym razem zorganizowaliśmy dwa przyjęcia. Jedno, w dniu prawdziwych urodzin z dziadkami i Babi oraz dwa dni później z dziećmi w wybranym przez Marysię parku rozrywki. Dla mnie to oznaczało zrobienie w ciągu 3 dni 2 tortów, ale z 2 strony naprawdę wszystko się udało i co najważniejsze Marysia była bardzo podekscytowana takim długim świętowaniem.

Nie pamiętam już dawno tak kameralnego rodzinnego spotkania (było nas tylko 8 osób), bo u nas zawsze święta i uroczystości spędzamy naprawdę w dużym gronie. Jest to urocze, ale zawsze jest bardzo duże zamieszanie. Teraz można było na spokojnie sobie porozmawiać, a przygotowanie obiadu dla tylko tylu osób wydawało się wręcz proste! ;) Od razu przepraszam Was, że nie będę podawała przepisów, ale podpowiem, że wiele z nich pochodzi z książki Jamiego Oliwiera "30 minut w kuchni" a tort zrobiłam klasycznie według mojego rodzinnego przepisu na biszkopt i udekorowałam po swojemu. Mieliśmy tak wiele ostatnio pracy, że zatęskniłam za przyjmowaniem gości (ostatni raz było to chyba jeszcze w ogrodzie przy okazji jakiegoś grilla.) Bardzo lubię ten etap dekorowania stołu. Prasuje obrus, nakrywam stół, myślę o jakimś motywie przewodnim. Ponieważ po wielu latach można powiedzieć, że mam niezłą wprawę, to nie zajmuje mi to wiele czasu. Ponieważ Marysia o październikowa dziewczyna, nie mogło zabraknąć leśnych akcentów.









Z jednej strony zależy mi na tym by było elegancko, ale z drugiej strony coraz więcej w mojej głowie takiego luzu. Co roku robię sama torty dla swoich dzieci, a to dlatego, że paradoksalnie dzieciaki nie przepadają za smakiem tortów (zwłaszcza tych z cukierni). Lubią je, bo są ładne, bo można zdmuchnąć świeczki, ale rzadko po nie ostatecznie sięgają. Po tym jak Marysia kiedyś powiedziała mi na ucho, że lubi tylko tort, który robi mama, to zrobiło mi się tak miło, że chociaż nie wiem co, tort to dla mnie obowiązkowa pozycja do zrobienia (nie mam już chyba wyjścia ;P). Ma po prostu swojski domowy smak, nie jest za słodki i naprawdę nie ma w robieniu tortów niczego trudnego. Zawsze dużo serca wkładam w udekorowanie tortu, ale z roku na rok podoba mi się bardziej efekt właśnie dekoracji na luzie, a nie jak prosto z cukierni. I tak właśnie było tym razem. Główną dekoracją były owoce, które jeszcze dodatkowo wzbogacały smak tortu a nie np. masa cukrowa i zrobione z niej słodkie figurki. I co najważniejsze zniknął w ciągu jednego wieczora! ;)





Na początku zaskoczyłam gości fikuśną przystawką. Trochę dla pobudzenia smaków, ale trochę dla śmiechu i żartu. Wszyscy bardzo lubimy takie restauracje, gdzie podają tak nonszalancko przybrane potrawy. Nie jest to tylko efektowne ale przepyszne - zwłaszcza właśnie połączanie nietypowych smaków. I tak spontanicznie wymyśliłam przystawkę pobudzającą wszystkie smaki. Był domowy pasztet (akurat pasztet robi zawsze moja mama) na to polewa z zblendowanych truskawek, kapar, figa, ser z pieprzem na gotowanym buraku z czipsem.



Potem była zupa krem z pomidorów (bez grama wody same pomidory wg Jamiego - przepyszna i esencjonalna) z grzanką. Kurczak w sosie musztardowym z winem, porem i rozmarynem, pieczone ziemniaki, ryż z czerwoną fasolą z laską cynamonu oraz sałatka z gruszką i serem lazur.






Musze przyznać, że bardzo lubię gotować dla bliskich, ale wtedy kiedy mam na to czas, spokojną głowę i mogę się w pełni temu oddać.

A potem prezenty! Postanowiliśmy złożyć się z dziadkami na jeden prezent (tematycznie) złożony z kilku akcesoriów. O prezentach w drugiej części posta.


Oczywiście młodsza siostra i babcia Jola pomagały rozpakowywać prezenty.



I jest tort! Dmuchany na zmianę. ;) (U nas wszystkie dzieci, które chcą zdmuchnąć tort mają do tego prawo, oczywiście tuż po jubilatce).





Siostrzana miłość. :)


To był naprawdę wyjątkowy, taki kameralnie rodzinny wieczór!

Dwa dni później wszystkie zaprzyjaźnione dzieci i z rodziny i z przedszkola i takie, które Marysia zna od pierwszych swoich dni spędziły czas w parku rozrywki. Ja według zamówienia Marysi przygotowałam tort z motywem kotka.





Z wiadomych przyczyn nie mogę pokazać wszystkich zdjęć z przyjęcia z dzieciakami, ale to było intensywne popołudnie. ;)
Marysia mimo swoich pięciu lat, nadal jest dziewczyną, która zupełnie omija temat sukienek i nie dała się namówić na żadną, na żadnym z 2 przyjęć. Co więcej ponieważ tu była bardzo aktywna i było jej gorąco, zdjęła swoją ładną koszulkę i wystąpiła...w białym podkoszulku! (to nie jest nawet biały T-shirt, tylko taki typowy podkoszulek już szarawy od prania, który się zakłada pod coś) ;)



I czas na urodzinową chwalipiętę! Nie udało mi się zrobić wszystkich zdjęć prezentów, a to dlatego, że część z nich była już w użyciu. Marysia dostała sporo prezentów od dzieci i masę drobiazgów jak kolorowanki, ciastolina itp. które zabrała do Babci Joli w weekend, kiedy my byliśmy na targach. Oraz masę słodyczy, które teraz ja w większości wyjadam z szafki. ;) Ale całą resztę wrzucam dla Was, bo wiem, że lubicie takie inspiracje. Każde dziecko jest inne i co innego je interesuje, ale czasami naprawdę nie wiadomo co kupić i takie wpisy są bardzo pomocne. A jeśli Wasze dzieci dostały ostatnio jakiś piękny prezent, to napiszcie nam też w komentarzu - zbliżają się święta i może też się zainspirujemy.

A oto co dostała Marysia na swoje 5 urodziny:

Różne ciekawe gry i zabawy!


Zestaw do robienia biżuterii (chyba ten jest najlepszy jaki mieliśmy, bo bardzo łatwo się elementy nawleka a dodatkowo są w zestawie bransoletki i pierścionki na które można nawlekać koraliki).


Kilka zestawów do opieki nad lalą. Zestaw do przewijania z pieluszkami, zestaw do karmienia oraz kąpieli.



Oraz lalka Corolle, która pije i siusia na nocnik. (taką zażyczyła sobie Marysia, a ja wyszukałam taką jedną z ładniejszych. Lalki Corolle ładnie pachną wanillą a ta malutka również tej marki (którą kiedyś dostała Gabrysia, jest jedną z ulubionych dziewczyn).


A do tego wózek spacerówka. Świetnie wykonany, w stonowanych barwach a do tego nie jakiś szalenie drogi!


I chociaż dziewczyny mają drewniany wózek oraz wiklinowy, które przepięknie się prezentują, to jednak nie są aż tak wygodne w użytkowaniu. Bardzo ciężko się je prowadzi, trudno się nimi skręca i niezbyt sobie radzą w np. ogrodowych warunkach. Z takim lekkim nie będzie najmniejszego problemu.


Marysia dostał też cudny zestaw suszarkę do prania i żelazko. Niektórzy wujkowie śmiali się, że to bardzo antyfeministyczny prezent ;), ale ja uważam, że pewne rzeczy domowe trzeba zrobić i już (więc trzeba się ich uczyć od małego) niezależnie od płci. A u nas zdecydowanie po żelazko częściej sięga Pan Poślubiony.



Uroczy zestaw!


Lego od kolegów w przedszkola! :)


Wujek zapytał Marysię co chciałaby dostać na urodziny a ona powiedziała od razu: "Papugę, która mówi!" - no i ma! (Odpowiedź może i jest zaskakująca, ale Marysia lubi papugi i lubi...bawić się w piratów w naszym ogrodowym domku) więc chyba stąd ten pomysł. :)


A na koniec prze-milusi miś do przytulania!.


I tak minęły nam cudowne 5 urodziny naszej Marysi. A tu jedne z pierwszych zdjęć Marysi...



Pamiętam każdy nasz moment z ostatnich 5 lat!

Do napisania kochani. Szykuje dla Was parę nowych wpisów. Oby czas pozwolił na pisanie!

Miłego dnia lub wieczoru! :*

SHARE:

poniedziałek, 16 września 2019

Jesienna Kolekcja Layette i Sprzątanie Świata

Kochani, dziękuje Wam najmocniej za ciepłe słowa pod ostatnim postem. Cieszę się, że spotkałam się ze zrozumieniem, ale nie martwcie się, to absolutnie nie oznacza, że się z Wami żegnam i nie będziemy się tu w ogóle pojawiali. Dowód na to znajdziecie nawet w dzisiejszym poście. ;) 

Ale wracając do tematu, szkoda, z wiadomych powodów, że nie zawsze mogę pokazać to nad czym obecnie pracuję, ale z wielką przyjemnością dzielę się tym, co już jest namacalnie gotowe. :)
W miniony weekend pojawiła się nowa, jesienna kolekcja Layette. To już nasz trzeci sezon i jesteśmy niezmiernie szczęśliwi, że nasza marka tak dobrze przyjęła się na rynku i dalej możemy tworzyć i inwestować w nowe kolekcje oraz pomysły! Czuje, że jesteśmy we właściwym czasie i miejscu. A najważniejsze, że mogę swoje wizje i marzenia namacalnie wdrażać w życie. Życie setek maluszków - to cudowne uczucie. :)
I chociaż, gdy ostatnio dzieliłam się z Wami poprzednią letnią kolekcją pojawił się głos, że teraz to będzie tylko reklama, to od razu podkreślę, że byłoby to nienaturalne, gdybym w ogóle nie pisała o tym, co jest wielką częścią naszego rodzinnego życia. Drugą sprawą jest to, że moi czytelnicy są bardzo zróżnicowani (pod względem wieku oraz etapu życia, w którym się znajdują) i myślę, że takich mam, czy kobiet w ciąży jest stosunkowo niewielki procent. Tym bardziej nie piszę o kolekcjach w celach reklamowych, bo całościowo czytelnicy bloga nie jest naszą  konkretną grupą docelową. 
Ważniejsze jest to, żeby każdy znalazł swoje miejsce na ziemi, coś co może robić z pasją i całym sercem, a do tego chociaż troszeczkę zmieniał świat na lepsze. I tym warto się dzielić. Bez przedłużania i zbędnych wywodów, zobaczcie jak cudownie jesienne klimaty zagościły w ilustracjach Layette.



Malowanie ilustracji, to jedna z tych przyjemniejszych części pracy. Bardzo lubię ten czas, gdy w skupieniu otwieram swoje farby i świat na chwile zamiera. To idealny przykład robienia czegoś tu i teraz. Moje magiczne chwile.


Tym razem nie będę wrzucała Wam całości. Tych, którzy są ciekawi całej kolekcji zapraszam do naszego LOOKBOOKA na stronie. A pozostałym nakreślę tylko klimat kolekcji pachnącej cynamonem. :) Tym bardziej, że jeszcze przed nami sesja plenerowa, ale czekamy na jesienne liście w parku. :)





To jedna z moich najukochańszych kolekcji, właśnie ze względu na kolory.




Całą kolekcję można obejrzeć tu - PARK.

Naszym głównym założeniem marki, obok oczywiście spójnego, artystycznego designu, jest tworzenie produktów w zgodzie z naturą. Sięgamy tylko po naturalne tkaniny i dbamy o ekologiczne opakowania. Ale chcemy, w miarę możliwości, brać udział w różnych szczytnych akcjach, które choć trochę zmieniają świat na lepsze.

Ponieważ we wrześniu przypada Dzień Sprzątania Świata (21-22 września) postanowiliśmy zorganizować nietypowy konkurs. Na naszym Instagramie zachęcamy rodziny z dziećmi do sprzątania lasów, parków czy innych zanieczyszczonych miejsc w okolicy. Watro zorganizować sobie taką przygodę z dzieciakami dla lepszego samopoczucia, ale można przy okazji wziąć udział w konkursie i wygrać bon na zakupy Layette o wartości 200 zł. :)

Jeśli ktoś jest zainteresowany konkursem to zapraszam na nasz Instagram, by zapoznać się ze szczegółami.

Zachęcam jednak do takiej akcji niezależnie od tego czy chcemy wziąć udział w konkursie. My w gronie rodziny i znajomych również zorganizowaliśmy taki dzień sprzątania świata (podmiejskiego lasu) i muszę Wam przyznać, że to był jeden z fajniejszych dni i świetny pomysł na zamknięcie lata i wakacji.
Zebraliśmy sporą ekipę, wzięliśmy worki i rękawiczki i ruszyliśmy w las (taką bardziej uczęszczaną zaśmieconą trasą). Całe spotkanie zorganizowaliśmy w leśniczówce. Sympatyczny Pan Leśniczy oprowadził nas, wygłosił ciekawy wykład pod pomnikiem przyrody, a potem użyczył nam terenu, by na tyłach leśniczówki zorganizować posiłek oraz ognisko po całym sprzątaniu. 3 pokolenia ruszyły na sprzątanie świata. To był naprawdę wyjątkowy dzień!


Mały krasnoludek, czeka na całą ekipę.


No to ruszamy!




Pomnik przyrody - drzewo, które pamięta ostatnie 200 lat...



Zebraliśmy kilka worków śmieci, podczas ponad godzinnego spaceru. Dzieciaki były niesamowicie zaangażowane i najlepsze w odnajdywaniu śmieci! :)


A potem ognisko w leśniczówce i jeden z tych cudownych, ciepłych jeszcze letnich wieczorów.





Tego dnia czuliśmy się wyjątkowo. Tych chwil nie wyobrażam sobie nie wkleić do blogowego pamiętnika. Pierwszy Dzień Sprzątania Świata obchodzony w Polsce odbył się we wrześniu w 1994 roku i brałam w nim udział razem z moją klasą z podstawówki. Do tej pory mam zachowane zdjęcia jak maszerujemy przez las (a ja na sobie mam świetne zamszowe botki z Jurasic Park! :)) Takie wspomnienia pielęgnuje się całe życie, bo fajnie być częścią czegoś ważnego, nawet jeśli to tylko lokalna inicjatywa. Myślę, że dzieciaki takie chwile docenią, a pewne zachowania ukształtują je na przyszłość.

Będzie mi bardzo miło jak dołączycie do tegorocznej akcji.
Trzymajcie się ciepło!

Wasza G.
SHARE:
© Magiczny Domek. All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig