niedziela, 19 marca 2017

Torba i Wyprawka Do Szpitala

Będąc w ciąży z Marysią planowałam napisać wpis o naszej torbie do szpitala i bardzo żałuję, że ostatecznie tego nie zrobiłam. Zachowały się jednak zdjęcia i gdy je ostatnio zobaczyłam zrobiło mi się niezmiernie ciepło na sercu, dlatego tym razem z chęcią napiszę w blogowym pamiętniku co skrywa nasza spakowana już torba, którą weźmiemy do szpitala. :)
Pakowanie torby do szpitala może być dość stresujące, bo każda mama chciałaby zabrać ze sobą wszystko co potrzebne i o niczym nie zapomnieć. Warto spakować się wcześniej i spokojnie w paru etapach przemyśleć sobie zakupy. Dla mnie czekająca i spakowana torba daje niesamowite poczucie bezpieczeństwa i jest mi jakoś lepiej z myślą, że w tych pierwszych emocjonujących dniach niczego nam nie zabraknie.
Każda mama ma jednak inne preferencje, jak i wymagania samego szpitala są różne, więc warto taką wyprawkę do szpitala mocno przemyśleć i dostosować do własnych potrzeb. Ja po raz drugi wybrałam szpital państwowy, do którego mam duży sentyment. Urodziłam się tam ja, mój brat oraz oczywiście Marysia. Jest to niewielki, kameralny szpital, w którym znajdują się tylko oddział ginekologiczny i położniczy. Szpital był niedawno wyremontowany i co najważniejsze należy do bazy szpitali "Rodzić po ludzku". Oczywiście jak to bywa, niektóre miejskie szpitale mają swoje minusy, np. do torby szpitalnej trzeba zapakować rzeczy, które powinny być dla rodzącej i dzidziusia zapewnione, ale ja zawsze staram się patrzeć pozytywnie i cóż mogę poradzić na to, że mamy taką, a nie inną służbę zdrowia w Polsce. 
Tak więc nasza torba (a właściwie dwie mniejsze) to zlepek - mojego poprzedniego doświadczenia, osobistych preferencji oraz wymogów szpitala, w którym będę rodzić.

TORBA MAMY

Jest naprawdę niewielka, ale za to pojemna. To moja weekendowa torba, bo naprawdę nie potrzeba zabierać dużej ilości rzeczy w wielkiej walizce czy torbie podróżnej.

Co znalazło się w środku?

1. Ręcznik 
(Najlepiej taki, który nie będzie zabierał dużo miejsca. Ja wybrałam ręcznik z Ikei, który jest cienki, ale wystarczająco duży by wytrzeć całe ciało)

2. Ręczniki do podcierania
(By nie zabrudzić całego ręcznika, warto mieć osobne ręczniki do podcierania. A najlepiej takie, które po każdym użyciu będzie można wyrzucić i nie przejmować się praniem i suszeniem w szpitalnych progach. Polecam do tego celu tanie ręczniczki z Ikei (klik). Za 10 sztuk zapłacimy 13 zł!)

3. Podkłady poporodowe 
(Najlepiej zabrać ze sobą jedno opakowanie, bo jeśli będzie potrzeba więcej sztuk w kolejnych dniach, to wystarczy, że osoba z bliskiego otoczenia nam dowiezie kolejne opakowanie)

4. Podkłady Higieniczne
(Jeśli szpital tego wymaga. Lepiej sprawdzą się takie większe. Są dostępne w każdej aptece)

5. Papier toaletowy
(przyda się w różnych sytuacjach, również do ewentualnego wycierania nosa lub w przypadku gdy coś się wyleje itp.)

6. Majtki siateczkowe

7. Koszule nocne
(Jedna na poród, druga lub dwie po porodzie. Najlepiej specjalna do karmienia piersią lub rozpinana na przodzie. Nie namawiam Was na zabranie najgorszej koszuli jaką macie do porodu, z myślą, że można ją potem wyrzucić. Ja byłam mocno zdziwiona tym, że po Marysiowym porodzie naturalnym koszula była niemalże czysta! W tej wyjątkowej chwili też warto wyglądać przyzwoicie. :) )

8. Biustonosz do karmienia piersią

9. Lekki szlafrok
(Niezależnie, w którym miesiącu rodzicie, musicie się nastawić, że po porodzie będzie Wam bardzo gorąco! Szpitale często mocno grzeją w sezonie zimowym, w letnim bojąc się przeciągów, panuje zaduch, bo są rzadko otwierane okna, a poza tym burza hormonów po porodzie obfituje w nieustanne napady gorąca. Lekki szlafrok jednak pozwoli na trochę intymności w trakcie odwiedzin, czy chodzenia po korytarzu)

10. Skarpetki
(Niektórym kobietom jest bardzo zimno w stopy np. w trakcie porodu)

11. Pas Poporodowy
(Pas sprawdził się u mnie poprzednim razem, bo pomógł mi w obkurczaniu się macicy, jak i skóry po porodzie. Używałam go przez dobre kilka tygodni. Kupiłam nowy na stronie z akcesoriami ortopedycznymi - klik)

12.Klapki
(Najlepiej gumowe, które przydadzą się też przy kąpieli, a nie trzeba będzie zabierać dwóch par)

13. Sztućce i kubek 
(Tak, dobrze czytacie. Pozdrawiamy służbę zdrowia. ;) )

14. Suszarka
(Najlepiej mała podróżna, tak by nie zajmowała dużo miejsca)



15. Jedzenie "porodowe"
(Pamiętajmy, że poród to niezwykły wysiłek fizyczny, na który musimy mieć siłę. Polecane są lekkie przekąski, które nas wzmocnią w trakcie jego przebiegu. Poprzednim razem, w naszym przypadku, niezwykle pomocne okazały się musy owocowe dla dzieci, które mają sporo witamin, dostarczyły mi energii i można było je raz dwa wyssać bez marnowania czasu i sił na gryzienie. :) Można też zaopatrzyć się w czekoladę, która da nam kopa w przypadku braku sił. Ja wybrałam taką malutką podzieloną na kosteczki, by łatwiej się ją użytkowało. Mentolowe cukierki bez cukru nas trochę odświeżą i pobudzą. Warto pamiętać, że towarzyszący Tata przy porodzie, też będzie potrzebował wzmocnienia. ;) 

16. Woda Mineralna
(lepiej zaopatrzyć się w kilka mniejszych buteleczek)


17. Torba/reklamówka na brudne rzeczy

18. Kosmetyczka Pielęgnacyjna
(Warto zabrać ze sobą naprawdę to, bez czego nie będziemy mogły się obejść przez te ok. 3-4 dni. Świetnie sprawdzają się produkty miniaturowe i próbki oraz produkty, które mogą pełnić podwójną funkcję)

Wybór kosmetyków jest oczywiście sprawą indywidualną. Do mojej niewielkiego rozmiaru kosmetyczki trafią:

a) wkładki laktacyjne
(wystarczą ok. 3 pary, gdyż w szpitalu laktacja dopiero się rozkręca i raczej nie będą nam potrzebne)

b) maść na bolące brodawki
(warto smarować się bardzo często i regularnie, co pomoże nam w pierwszych dobach karmienia)

c) waciki i patyczki do uszu

d) chusteczki do demakijażu i oczyszczania twarzy

e) antyperspirant

f) delikatny żel do higieny intymnej
(konieczny w pierwszych dobach po porodzie, a z powodzeniem może nam również służyć jako żel do mycia ciała i twarzy!)

g) szampon i odżywka 
(ja zabiorę ze sobą próbkę)

h) tonik i krem do twarzy

i) szczotka do włosów

j) mini krem do rąk 

k) olejek na rozstępy
(uwierzcie, że skoro na rosnącym 9 miesięcy brzuchu mogą pojawić się rozstępy, to na malejącym w ciągu kilku dni/tygodni tym bardziej!)

l) szczoteczka i pasta do zębów

m) balsam do ust 

n) gumki do włosów

19. Kosmetyczka z kosmetykami do makijażu
(Jest to oczywiście opcja alternatywna, bo nie każda kobieta będzie miała chęć robienia sobie makijażu. Ja wzięłam maleńką kosmetyczkę za pierwszym razem, w celu raczej "podmalowania się" i miało to ogromny wpływ na moje dobre samopoczucie po porodzie)

Do swojej kosmetyczki zabieram dosłownie minimum, które nie wymaga nawet użycia pędzli czy wielkiego lusterka.

a) podkład typu BB czy CC
(Delikatny, lekki i nawilżający. Idealny do nakładania palcami. Ma raczej wyrównać koloryt i odświeżyć wygląd cery.)

b) korektor pod oczy

c) tusz do rzęs

d) róż do policzków
(w sztyfcie, niewymagający. Jedno muśnięcie i nie widać tak bardzo zmęczenia po porodzie. :) )

e) balsam do ust

f) ewentualnie kredka do brwi 



Torbę podzieliłam na dwie kieszenie. W dużej znajdują się rzeczy, które będą niezbędne już w szpitalu. W mniejszej, bocznej znajdują się rzeczy, które przydadzą się przy samym porodzie (jak koszula, przekąski itp.)


Warto przy zapakowanej torbie napisać sobie zawczasu karteczkę z rzeczami, które będziemy chcieli zabrać ze sobą w ostatniej chwili:

1. Telefon
2. Ładowarka do telefonu + słuchawki
3. Dokumenty (dowód osobisty + książeczka ciąży + badania)
4. Pieniądze (drobne)
5. Plus (i tu wpisać indywidualnie) jakieś rzeczy, których jeszcze używamy, a chcemy zabrać ze sobą

Jeśli jesteśmy w stanie mniej więcej przewidzieć pogodę, można też przygotować sobie strój, który założymy jadąc, jak również wychodząc ze szpitala. Pamiętajmy, żeby zabrać ze sobą wygodne (ciążowe) rzeczy np. leginsy, ponieważ może Was to trochę zdziwić, ale zazwyczaj przy wyjściu ze szpitala, macica nie jest jeszcze w pełni obkurczona i nasz brzuszek może wyglądać jak w 5-6 miesiącu ciąży!

W domu warto zgromadzić w jednym miejscu rzeczy, które chcemy, by ewentualnie były dowiezione w trakcie naszego pobytu w szpitalu np. podkłady poporodowe, pieluszki czy ewentualne dodatkowe ubranka lub zapasowa koszula nocna. O tym miejscu musi wiedzieć najbliższa osoba (mąż, mama itp.), by dowiozła Wam daną rzecz tylko na hasło. :)

TORBA MALUSZKA

Ja osobiście wolę spakować się osobno, bo łatwiej manewrować dwiema mniejszymi torbami, niż jedną większą. Poza tym łatwiej znaleźć daną rzecz, gdy nie są ze sobą pomieszane.
Również uważam, że nie ma sensu zabierać zbyt wielu rzeczy, zawsze ktoś bliski może spokojnie dowieźć np. ubranka, zabierając już użyte do prania, by czekały czyste po powrocie w domu.

Do torby Gabrysi spakowałam:

1. Pieluszki

2. Chusteczki nawilżane
(Przy wyprawce zapomniałam Wam o nich wspomnieć. Huggies Pure mają dobry skład i jestem nim wierna odkąd jest z nami Marysia. ;) )

3. Linomag 
(W pierwszych dniach, noworodek pokryty jest taką warstewką ochronną, którą nie warto zmywać masą kosmetyków. Na początku zaleca się dbanie przede wszystkim o pupę i pępuszek)

4. Octenisept
(Na całą, kilkudniową pielęgnację wystarczy malutkie opakowanie)

5. Nauralna szczotka do włosów
(Wiele noworodków ma całkiem długie włoski po porodzie, dopiero potem wypadają i pojawiają się nowe. Regularna pielęgnacja główki od pierwszych dni zapobiega powstawaniu ciemieniuchy.)

6. Krem dla niemowląt
(Na wypadek, gdyby skóra noworodka bardzo się łuszczyła. Zdarza się to często, gdy dzieci są przenoszone)

7. Pieluszki tetrowe (ok. 5 szt)
(Wiadomo, że pieluszki tetrowe mają wszelakie zastosowanie. Będąc w szpitalu pierwszy raz, przydały się do wycierania Marysi po kąpieli! W szpitalu zazwyczaj myją dzieciaszki położne i to one zalecały chłonne pieluszki z tetry, które zajmują niewiele miejsca. Użytą tetrę można wrzucić do worka na brudy, bo w szpitalu naprawdę nie ma warunków i miejsca na suszenie ręczników)

8. Małe ręczniczki (ok. 2-4 sztuki)
(te z ikeowskiego zestawu)

9. Worek/reklamówka na brudne rzeczy



10. Otulacze
(to taka nieodłączna część "ubrania" noworodka. Jestem wielką zwolenniczką metody otulania noworodków - klik (w linku jest nawet tutorial jak to robić)

11. Ubranka
(tak jak już wcześniej wspominałam nie ma sensu zabierać zbyt wielu rzeczy. Wystarczy kilka kompletów na pierwsze dni)

a) body 5 szt.
b) śpioszki 5 szt.
c) czapeczki 2 szt.
d) skarpetki 5 szt.
e) rękawiczki niedrapki 2 szt.
f) strój na wyjście ze szpitala 


Warto też przygotować sobie w osobnej reklamówce (do takich rzeczy świetnie sprawdzają się te z Ikea - klik) pełen strój, z otulaczem, pieluszką, czapeczką itp. Komplet damy położnej, by ubrała naszego nowo narodzonego maluszka na sali porodowej.


Pomimo, iż jest to mój drugi poród, nie czuję się absolutnie żadnym ekspertem w sprawach okołoporodowych. Każdy poród bowiem jest inny i nigdy nie wiadomo w 100% czego można się spodziewać i co tak naprawdę będzie potrzebne. Nie wiem jak to jest po porodzie przez cesarskie cięcie, i mam tylko cichą nadzieję, że nie będę musiała takiego porodu przeżywać, bo się go strasznie boję. Podziwiam kobiety, które samowolnie się na taki godzą (bez wskazań medycznych), bo chociaż sam poród trwa znacznie szybciej, to jednak dochodzenie do siebie po, jest nieporównywalnie cięższe. Po naturalnym  porodzie możemy od razu dostawić maluszka do piersi i po zaledwie paru godzinach odpoczynku, podczas gdy noworodek zazwyczaj śpi, normalnie się nim zajmować i budować bliskość. Np. sporo mam zabiera ze sobą np. poduszkę do karmienia, jednak ja w pierwszych dobach najlepiej czułam się karmiąc na leżąco. Być może w przypadku CC jest większe prawdopodobieństwo, że przyda się przyszłej mamie np. laktator. Jednak jestem zdania, że takie rzeczy można kupić w każdej chwili, gdy naprawdę będą potrzebne. Warto porozmawiać o takich ewentualnościach z przyszłym tatą i ustalić, gdzie i co można dokupić.

Jestem bardzo ciekawa, co Wy zapakujecie do torby do szpitala, lub co się Wam przydało w pierwszych dniach po porodzie. Wiadomo, że każda mama ma swoje spojrzenie na różne sprawy, więc chociażby to determinuje co się znajdzie w zasobach. :)

Nie ukrywam, że jestem bardzo podekscytowana, chociaż wciąż do nas nie dociera, że zbliża się czas, kiedy będzie nas więcej! Czy to się naprawdę dzieje? :)

Pozdrawiamy mocno!
Całą załoga Magicznego Domku!

BONUS

Przydatne rady czytelniczek, do których warto się też odnieść. :)

a) suchy szampon
b) golarka (zapomniałabym!)
c) mała poduszeczka/jasiek
d) rolka ręczników papierowych
e) Tantum Rosa w zraszaczu do kwiatów
f) ulubiony olejek eteryczny do wąchania w trakcie porodu (zwłaszcza odświeżające zapachy)

czekam na dalsze podpowiedzi! :*
SHARE:

piątek, 17 marca 2017

Magia Inspiracji

Inspiracja to natchnienie, zapał twórczy oraz sposób na rozwój własnego talentu i poszukiwania własnej drogi. To bardzo pozytywne zjawisko, jeśli coś czym się inspirujemy pokrywa się z naszymi wartościami i naszą osobowością. Często pytacie skąd czerpię inspirację, a ja po prostu uważnie rozglądam się dookoła siebie. Bardzo często inspirują mnie napotkani na mojej drodze życia ludzie, miejsca czy też zdarzenia.
Jeśli chodzi o wnętrzarskie motywy znaczący wpływ miały na mnie domy, które mogłam obejrzeć w rzeczywistości. Pomieszkać, delektować się pysznymi posiłkami, poczuć zapach domu i klimat domowników. Często wracając z podróży mam głowę pełną pomysłów na zmiany w naszym domku. Jednak domem, który wyjątkowo wpłynął na moje spostrzeganie własnej przestrzeni jest niewątpliwie uroczy dom we Francji położony niedaleko Nicei, należący do mojej cioci Żaneci (pisałam o nim tu - klik i tu - klik lub widać go w cyklu Francuskie życie klik klik - chociaż te stare zdjęcia nie oddają nawet połowy uroku!). 
Często kupowałam też swoje ulubione pisma wnętrzarskie (Art & Decoration, Elle Decoration i Weranda), bo uwielbiam jak i Wy podglądać mieszkania innych. Gdy uzbierał się stosik makulatury, przeglądałam je na nowo, tworząc swój zeszyt z wycinkami (klik). Do tej pory mam taki swój osobisty album z wycinkami, które mnie inspirują, od których czuję pozytywną energię. To już nie tylko wycinki wnętrz, ale różne zdjęcia i moje notatki i spostrzeżenia jak chciałabym by wyglądało moje życie w przyszłości. Jaki styl chciałabym zachować, jak spędzać wolny czas. Jest to moja swoista samosprawdzająca się wizualizacja. :)


Ostatnio robiąc zakupy wiosenne, zauważyłam, że wybieram takie rzeczy, które zgodne są ze stylem, który lubię od lat. Czuję się w nim najlepiej i jestem osobą zupełnie odporną na panującą obecnie modę. Oczywiście cieszę się jak w danym sezonie są dostępne rzeczy, które do niego pasują, bo moda na szczęście wciąż powraca i zatacza koło, a pewne klasyki były i będą zawsze w basicowych kolekcjach. 
Taką marką, która miała chyba największy wpływ na mój kształtujący się styl od czasów liceum jest marka Jackpot (bardzo żałuję, że od 2014 roku nie ma już żadnych sklepów w Polsce). Marka poza świetnymi jakościowo ubraniami, pasowała mi całą swoją filozofią i chyba dlatego zrobiła mi się taka bliska. Kolekcje były bardzo kobiece, a kolorystyka odpowiadała danym porom roku. Kroje były tak uniwersalne, że można było je nosić latami. I chyba to w modzie lubię najbardziej. Ja się przywiązuję do niektórych ubrań i one w jakiś sposób mnie odzwierciedlają. Nie chciałabym zmieniać całej garderoby co sezon. Często jest tak, że osoby, które wybierają same najmodniejsze trendy są do tego zmuszone, bo fasony są tak oryginalne, że stają się passe niemalże już w następnym sezonie. Zmiana garderoby co sezon pozbawia nas też własnego stylu i osobowości. Jesteśmy tylko chodzącą reklamą panującego sezonu. 
Firma Jakcpot była dla mnie pewną filozofią życia, która tak bardzo pokrywała się z moimi wartościami. Życie w zgodzie z naturą, z szacunkiem dla ludzi i środowiska. Skąd to wszystko wiem? Czerpałam całymi garściami inspiracje i panujący wokół Jackpotu klimat za sprawą sezonowych czasopism, które uzbierałam dawno temu i mają dla mnie ogromną wartość sentymentalną. Mam je do dziś i pomimo, iż pierwszy numer był wydany w 2006 roku, to oglądając je co jakiś czas, są wciąż tak nieprawdopodobnie aktualne. 


To nie tylko katalog ubrań, ale również piękne przedmioty, zapadające w pamięć cytaty, ciekawe wywiady, inspiracje wyjazdów czy celebrowanie wolnego czasu w gronie rodzinnym. Cała ta artystyczna otoczka, przepiękne zdjęcia i kompozycja inspirowały jeszcze zanim pojawiła się idea takich aplikacji jak Instagram czy Printerest. Pięć katalogów, które trzymam w nienagannym stanie od 11 (!) lat, nieustannie mnie inspirują na różnych etapach mojego życia. :)



Może zawsze skrycie marzyłam o dziewczynce...dziewczynkach! :)



Obecnie panuje totalny przesyt jeśli chodzi o dostępność do kolorowych pism, informacji i reklam w internecie oraz otaczającym nas świecie. Jest tyle koncepcji (najlepszych!) na życie, sposobów na modne spędzanie czasu i to reklamy zdają się nam wmawiać co nam się właściwie ma podobać. A inspirować powinno nas to co pokrywa się z naszym stylem i wartościami, nie to co jest w obecnej chwili popularne i modne. 
Ostatnio czułam duży deficyt jeśli chodzi o pisma dostępne na rynku. W czasopismach o celebrytach grono jest bardzo ograniczone, w tych o modzie same trendy i tylko wskazówki gdzie co kupić, w kobiecych, nawet tych na poziomie, mam wrażenie, że wciąż piszą o tym samym. Wnętrzarskie, kiedyś ukochane, zapełniają się coraz to bardziej reklamami i zauważyłam, że coraz mniej rzeczy chciałabym z nich wyciąć do mojego zeszytu. A ja potrzebuję kompletnego produktu, który dostarczy mi artystycznych doznań. Liczy się dla mnie sposób wydania, zdjęcia i tematyka, gdzie po przeczytaniu kilku stron będę w pewien sposób natchniona. I tak to już jest, że gdy jesteś w potrzebie, magia inspiracji po prostu pojawia się w Twoim życiu. I tak trafiłam na magazyn Usta.


Kwartalnik Usta nie jest pismem dla każdego. Nie ma tu jest wywiadów z osobami pierwszych stron gazet, za to niezwykle inspirujący ludzie opowiadają o swoich osiągnięciach i pasjach. Delektuję się kolejnymi numerami nieśpiesznie (zamówiłam wszystkie, które były do tej pory wydane), a już dwa wywiady zrobiły na mnie ogromne wrażenie. 


To co ujmuje mnie w tym piśmie, to tematy, do których z pewnością sama bym nie zajrzała. Nawet kulinaria opisane są w sposób mistyczny. Bałam się, że pismo będzie w totalnie hipsterskim klimacie, jednak na szczęście okazało się, że jest dla ludzi, którzy tęsknią za życiem w zgodzie z naturą i poszukują w życiu prostoty. Nawet nieliczne reklamy są inne, nietypowe i niszowe. 
W Ustach odnajduję bogactwo świata jakby z innej perspektywy. To wciąż przyroda, ludzie, zdarzenia, które są wokół nas, ale wyłonione z alternatywnej rzeczywistości, nie oblepionej tym o czym współcześnie mówi się najczęściej. Tak, jak mówię, nie namawiam Was od razu do czytania, bo nie każdemu ta tematyka może odpowiadać. Ja jestem po po prostu zmęczona polityką, konsumpcjonizmem, wylewem opinii "ekspertów" na każdy temat. Poszukuję inspiracji, takich, które nie będą mi narzucane, a raczej pojawią się w odpowiednim czasie, gdy będę ich potrzebowała. Tak było np. z herbatą typu Matcha, o której oczywiście już wcześniej słyszałam, ale nigdy nie było wystarczającego impulsu by ją spróbować. :)


O magi inspiracji nie piszę Wam po to byście teraz pili Matche poczytując magazyn Usta. Raczej chcę Was przekonać, że to czym się inspirujemy ma ogromny wpływ na nasze życie. Jeśli wybieramy to co pasuje do naszej duszy, wzbogacamy się i czujemy się szczęśliwsi móc doświadczyć nowych rzeczy (nawet w zaciszu swojego domu). Otaczajmy się inspirującymi osobami, od których możemy wiele się nauczyć. Trzeba jednak pamiętać, żeby nie czerpać z nich dosłownie. Nie musimy prowadzić takiego samego życia jak oni, by być szczęśliwym. Każdy z nas ma swoją własną drogę. Możemy od nich zaczerpnąć siłę determinacji czy też pozytywne myślenie lub też zauważyć jak wiele w życiu daje im posiadanie jakiejś pasji. 
Pisząc bloga chcąc nie chcąc poruszam się w tym wirtualnym świecie i trwam z przyjemnością przy osobach, które są wyjątkowe bo widać w nich autentyczność. Na Instagramie robię co jakiś czas porządki w niektórych profilach, gdy zaczynają być takie same. Te same białe domy i wciąż zdjęcia różnych kompozycji robionych telefonem z góry. I chociaż to wszystko jest na swój sposób ładne, to brakuje tam motywu, który mógłby zainspirować, zmienić nasze dotychczasowe myślenie. Bo powielanie nie ma już takiej siły jak inspiracja, dzięki której możemy stworzyć coś na swój sposób nowego.

Często jest tak, że poszukujemy czegoś przed długi czas i magia inspiracji zjawia się nawet z gotowym "produktem" czy linkiem jak wybawienie. To przecież bardzo fajne, że ludzie dzielą się ciekawymi książkami, muzyką, filmem, czy przepysznym przepisem (miedzy innymi dlatego pojawia się w Magiczny Domku cykl "Wszystko co lubię"). Jednak wiem, że weźmiecie z każdego wpisu tyle ile będzie Wam potrzebne. Czasami więcej, a czasami nic. Bo wątpię, by czytały mnie osoby, które robiłyby coś wbrew sobie. A jeśli nawet jest grono ludzi, którzy cenią sobie podobną stylistykę, to jest to normalne, że podobne osobowości się do siebie przyciągają. :)
Otaczająca rzeczywistość (również ta wirtualna) wywiera na nas ogromny wpływ, więc warto podążać takimi ścieżkami, bywać w takich miejscach, czytać i oglądać takie rzeczy, które wydobędą z nas ukryty potencjał, a nie zamaskują nas w gotowy i modny schemat. 

A życie jest pełne magicznych, inspirujących rzeczy, które w pozytywny sposób nas kształtują. :)

Jestem bardzo ciekawa, z czego Wy czerpiecie inspiracje?

Pozdrawiam mocno i życzę cudownego weekendu!

Wasza G.
SHARE:

sobota, 11 marca 2017

Wszystko Co Lubię Vol. 5

Co jakiś czas na blogu pojawia się cykl o ulubionych rzeczach w Magicznym Domku. Miesięczni ulubieńcy są bardzo popularni w blogosferze i na Youtube. Ja zmieniłam troszeczkę konwencję i pokazuje Wam to co cieszy mnie dokładnie w tej chwili. Są to ulubione smaki, zapachy towarzyszące każdego dnia lub książka, którą obecnie czytam. Po prostu nachodzi mnie taka chwila, gdy zbieram wszystko to co mnie cieszy w jednym miejscu i pragnę Wam o tym trochę opowiedzieć. :)
Okazuje się, że moja podświadomość chce mi coś ważnego przekazać. Tak, potrzebuję już wiosny oraz zieleni i automatycznie otaczam się takimi przedmiotami. Zwariowałam na punkcie tego koloru! Na wiosnę planuję kilka zielonych dodatków, a nasz domek od jakiegoś czasu wypełnia się nowymi roślinami. 

Ale wróćmy do kilku rzeczy, które umilają mi ostatnio każdy dzień.


Ostatnio jestem bardzo wyczulona na zapachy. Nie tyle, że mnie drażnią, jak na początku ciąży, a raczej "poszukuję" w swoim otoczeniu specyficznych, świeżych aromatów, które dosłownie mnie czarują. 
Jednym z takich zapachów, od którego jestem dosłownie uzależniona jest mgiełka - eliksir piękności marki Caudalie.


Już parokrotnie o niej pisałam. Działanie mgiełki przypomina sole trzeźwiące dla zmysłów oraz naszej cery. Działa pobudzająco, doskonale sprawdza się też do utrwalenia makijażu. Jest bardzo intensywna i wydajna, bo ma doskonałe rozproszenie (dosłownie najdelikatniejsza mgiełka). Cera jest promienna i świeża. Oczywiście nie jest to rzecz niezbędna w naszej kosmetyczce, ale naprawdę dawno kosmetyk nie dostarczył mi tylu zmysłowych przyjemności. :)

A jeśli pozostajemy przy szaleństwie zmysłów, to kolejnym moim uzależnieniem jest używanie gąbki konjac z naturalnym mydłem z olejkiem kamforowym do twarzy marki Manna. Ten zestaw mam ochotę dosłownie zjeść i naprawdę trudno mi wytłumaczyć, jak mydło i gąbka może wywoływać u mnie taki ślinotok (zrzućmy to na stan, w którym jestem).


Przyjemna struktura gąbki delikatnie masuje skórę, stymulując przepływ krwi, wspomagając odnowę komórek i pozostawiając skórę czystą i odświeżoną. Po zamoczeniu gąbka jest jędrna i mięciutka, a używanie jej jest wciągające. Dosłownie czekam na wieczór i ten delikatny masaż twarzy. Gąbeczkę konjac można stosować beż używania produktów do oczyszczania twarzy, ale ja lubię stosować ją z mydłem w kostce z olejkiem kamforowym, które przecudnie pachnie (to kolejny specyficzny zapach, w którym się zakochałam) i doskonale oczyszcza zanieczyszczoną skórę. Absolutnie nie wysusza, a wręcz nawilża, jednocześnie redukując niedoskonałości.

Przez bardzo długi czas, właściwie prawie 3 lata odkąd byłam w ciąży z Marysią, nie mogłam używać żadnych mocnych perfum. Dlatego niezmiernie się cieszę, że ponownie odnalazłam dla siebie zapach. Już dawno temu byłam w nim zakochana, a teraz za sprawą Mikołaja ponownie zagościł na mojej toaletce. Mowa o perfumach Chanel Chance w wersji zielonej. 


Chyba tak już jest, że pasują mi raczej świeże i delikatne zapachy, w takich czuję się najlepiej. Zapach jest przepiękny, jak powiew wiosennego wiatru i przede wszystkim nie dusi, dlatego mogę używać go codziennie. 

A jeśli o zmysł smaku chodzi, to otworzyłam się na ziołowe herbaty za sprawą pyszności od marki Pukka. Zwykła herbata jest teraz dla mnie zbyt mocna i.. nudna, a te kompozycje ziół są po prostu niesamowite. Herbaty Pukka mają to do siebie, że odsłaniają cały wachlarz smaku w trakcie picia. Najpierw czujemy nutę ziołową, a następnie różne specyficzne smaki. Nie ma mowy o szybkim piciu herbaty w biegu. Dzięki tym ziołowym herbatom celebruję każdą filiżankę. :)


Książką, którą obecnie czytam jest "Sekretne Życie Drzew". Książka chodziła za mną kilka dobrych miesięcy, ale dopiero pewne spotkanie skłoniło mnie do jej zakupu. To książka dla ludzi wrażliwych na przyrodę, otwartych na inne perspektywy spostrzegania świata. Poza tym bardzo wygodnie się ją czyta (książka podzielona jest na kilka krótkich treściwych rozdziałów), zwłaszcza dla tych, którzy na czytanie nie mają ostatnio dużo czasu (czytaj Mamy w ciąży, które padają wieczorami na twarz). Uwaga, teraz książka jeszcze mocniej oddziałuje na czytelnika, odkąd trwają masowe wycinki drzew...


Pozostając w sferze czytania polecam pismo "Usta". Jest niezwykle inspirujące i przepięknie wydane. Poruszane tematy są przedstawiane z niezwykłą wrażliwością. 


Ponieważ to mój pierwszy i jednyny numer, który dostarcza mi utęsknionych artystycznych doznań, zamówiłam sobie wszystkie pozostałe pisma wydane do tej pory! :)
Nie kupuję obecnie żadnych pism kobiecych, ani nawet wnętrzarskich (kiedyś kupowałam regularnie), więc kwartalnik "Usta" jest dla mnie świetną alternatywą, bo znajduje w nim wszystko czego mi potrzeba.

Z estetycznych przyjemności, zachwyca mnie nieustanie moja kosmetyczka z grubego materiału w naturalnych barwach, którą wyłapałam w TKMaxx.


Kosmetyczka jest przepiękna i oryginalna. Która dziewczyna nie lubi takich kobiecych akcentów? :)

A jeśli miałabym wrzucić do niej ulubiony ostatnio kosmetyk do makijażu, byłby to podkład mineralny marki Annabelle Minerals. Uwielbiam uczucie gołej skóry, bo po nałożeniu produktu nie czuć absolutnie nic na twarzy. Skóra oddycha, jest promienna, a koloryt wyrównany. Na dodatek zawarte w pudrze minerały pielęgnują cerę. Bardzo lubię tą naturalną formę makijażu.


Gdybym mogła miałabym nieskończoną ilość zegarków na rękę. Muszę przyznać, że mam nawet swoją małą kolekcję zegarków z różnych półek cenowych. Problem polega na tym, że ich nie noszę! Zegarki są piękne, ale nie ubierają mnie i źle się w nich czuję. Szalone prawda? 
Całkiem niedawno, w grudniu, dostałam zegarek na naszą rocznicę (nie ślubu, ale pierwszego pocałunku i początku bycia ze sobą - tak, taką też obchodzimy). :) Kształtem, stylem pasuje do mnie jak żaden inny i dlatego stał się moim ulubieńcem, którego w końcu regularnie noszę! :)


Nie mogę doczekać się wiosny i małych/dużych zmian w Magicznym Domku (o których z pewnością wspomnę na blogu). Bardzo często korzystamy z tego co mamy, ale moją słabością są nowe poszewki na ozdobne poduszki. Bardzo lubię zmieniające się u nas tekstylia. Zielone poduchy z H&M Home już czekają.


Pozdrawiam Was serdecznie i życzę wspaniałego weekendu! :*
SHARE:

sobota, 4 marca 2017

Love Wyprawkowe cz. 6

Przyznam, że posty wyprawkowe, są dla mnie bardzo przyjemne, bo pisząc je, wiem na ile kompletna jest moja wyprawka. Szykując rzeczy do zdjęć porządkuje je, na bieżąco piorę i chowam do komody. Czuję się bezpieczniej i spokojniej, gdy są już na swoim miejscu. :) 
Dziś kolejna odsłona przygotowań do przywitania nowego członka naszej rodziny i nie wiem czy nie ostatnia, gdyż mamy już naprawdę wszystko czego maluszkowi na sam początek potrzeba. Na wcześniejsze wyprawkowe wpisy również zapraszam (znajdziecie je w zakładce "Dzieci").

Przyznaję, że tym razem mam znacznie łatwiej, bo wiele, naprawdę świetnych rzeczy mamy po Marysi (tak potwierdzam, że dobre jakościowo rzeczy służą po prostu dłużej). Czeka na Gabrysię całe pudełko cudownych, absolutnie nie zniszczonych zabawek na pierwszy rok życia niemowlaka. Jednak wiedząc czym dzieci lubią się bawić w pierwszych miesiącach życia, skusiłam się i kupiłam kilka zabawek, które mam nadzieję umilą nam wspólnie spędzony czas.
Marysia dostała od cudownej Agnieszki (pozdrawiam Cię ogromnie!) kultową żyrafkę Sophie, która od tego czasu przeszła prawdziwy boom! I mogę potwierdzić, że ta na pierwszy rzut oka niewinna żyrafka, sprawdziła się u nas w 100%! Gabrysi postanowiłam sprawić kotka z tej samej serii. Dziewczyny będą maiły (Marysia już ma) swoje sentymentalne pudełka, o których myślę, że napiszę kiedyś osobnego posta. To do nich min. trafią te kultowe zabawki. Kiedyś pisałam Wam o rzeczach, które Marysia odziedziczyła po mnie i między innymi była to gumowa krówka (koniecznie zajrzyjcie - klik) która służyła i mojemu bratu i mnie. Marysia ją uwielbiała w pierwszych miesiącach życia! I na takiej samej zasadzie zachowam żyrafkę i kotka. Są po prostu urocze!


Kolejną zabawką jest pluszowa zawieszka do wózka/fotelika/łóżeczka. Urzekła mnie prostota i cudowne kolory (kupiona w TKMaxx).


Klasyczną kostkę do zabawy również kupiłam w TKMaxx jeszcze zanim planowaliśmy drugiego dzidziusia (a już Marysia wyrosła z takich zabawek). Ja po prostu wiedziałam, że kiedyś będzie potrzebna. :) 


A teraz zabawka dla Mamusi, którą dostałam przy okazji Gabrysiowego Babyshower. Jako maniaczka zdjęć i Instagrama, uważam prezent za w 100% trafiony. :) Literki można układać w różne napisy np. pierwszych miesięcy maluszka. Klocki są firmy Hallmark i przyjechały ze stanów.


Gadżetem, którego nie miałam w wyprawce Marysi jest pojemnik na mokre chusteczki. W torebce często opakowania chusteczek są zmasakrowane i myślę, że taki pojemnik uchroni je przed wysychaniem. Zdecydowałam się na firmę Skip Hop, z której mam również torbę z przewijakiem.


W poprzednich częściach cyklu pisałam Wam o fajnej kosmetyczce z akcesoriami do pielęgnacji maluszka. Bardzo mi się podoba (ma wszelkie niezbędne elementy) ale miałam zastrzeżenia co do szczotki do włosów. Dokupiłam szczotkę z naturalnego włosia marki Lullalove. 
Cudownie patrzy się na to jak polskie marki rozwijają się w branży dziecięcej. Światowa jakość i niebanalne opakowania.


Kolejnym przykładem jest marka Sleepee, z której wybrałam otulacz. Jakość fenomenalna. Cudowna tkanina i wykonanie. Uwielbiam takie neutralne kolory. 
Już zapomniałam, że noworodki są takie malusie! :)


Otulaczy, kocyków nigdy nie za wiele! Dzięki Marysi mamy kolekcję cieplejszych kocyków (urodziła się jesienią), ale Gabrysi potrzebne są też lżejsze, oddychające tkaniny. 
Wybrałam dla niej duży otulacz bambusowo-muśliniowy marki Color Stories. Kolejny raz polska marka zaskakuje cudowną jakością, a ja wprost zakochałam się we wzorze na tkaninie. To jedna z moich ulubionych rzeczy w naszej wyprawce!


W wyprawce przydadzą się też Ikeowskie klasyki jak np. nieprzemakalny przewijak, który idealnie się sprawdzi przy przewijaniu na łóżku/kanapie/stole itp. Minusem piętrowego domu jest to, że przewijak przy łóżeczku i w łazience to zdecydowanie za mało. ;)


Smoczki, którym jestem wierna od czasów Marysi są z firmy Lovi. Po prostu nie wyobrażam sobie innych, nawet nie zamieniłabym ich na eko kauczukowe. Po pierwsze podoba mi się to, że smoczki są dostosowane do odpowiedniego miesiąca życia maluszka, po drugie, że smoczki Lovi mają symetryczny, inspirowany brodawką kształt. Marysia uwielbia kręcić smoczkiem na wszystkie strony, a smoczek zawsze pasuje. :) No i te designerskie grafiki! :)
Wiem, że są dwa obozy osób, które są za smoczkami i tymi co są przeciwni. Myślę, że decyzję o podawaniu smoczka lub nie, należy pozostawić rodzicom.
U nas smoczek nie zaburzył odruchu ssania (karmiłam piersią Marysię równo 2 lata!) a pomógł przy wielkiej potrzebie ssania i wielu stresujących sytuacjach, dzięki czemu Marysia nie jest znerwicowanym dzieckiem. Co więcej, chociaż oczywiście już znacznie w mniejszym stopniu, Marysia do tej pory korzysta ze smoczka w razie potrzeby. Szykują się w jej życiu duże zmiany, wiec nie oduczam na siłę w tej chwili. Ja osobiście smoczków w dzieciństwie nie lubiłam, za to ssałam palec bardzo długo (aż wstyd się przyznać do kiedy! ;) ). I żyję i mam się dobrze! ;)
I tu dodam trochę prywaty, bo wiem, że są takie tematy, które wzbudzają u różnych (zwłaszcza internetowych) mam skrajne emocje. Między innymi smoczki. :) Mnie naprawdę jest obojętne, czy ktoś podaje smoczek czy nie, to kompletnie nie moja sprawa i każdy rodzic ma swoje podejście, rozum i uzasadnienie. Dlatego jeśli mogę, to proszę o nie pisanie złotych rad, bo ja swoją decyzję mam przemyślaną i jej nie zmienię przez anonimowe komentarze. Naprawdę, nie opieram decyzji rodzicielskich na takich opiniach w internecie. ;) Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie. 


A na sam koniec pielęgnacja maluszka. 

Jestem ogromnie zadowolona, że dostępność i wybór eko kosmetyków dla dzieci jest tak ogromny. Z Marysią testowałyśmy do jej pory wiele cudownych naturalnych firm. Jednak na sam początek nie szaleje tak z nowościami, a raczej wybieram sprawdzone produkty. Pierwsze dni maluszka są bardzo specyficzne, dlatego miedzy innymi sięgnęłam po klasyki, które poleciła mi moja...Mama. 
W naszej wyprawce nie może zabraknąć między innymi kultowego zielonego Linomagu.


Do tego wybrałam parę produktów z serii Linomag (puder, maść z cynkiem i krem ochronny, który z Marysią miałyśmy i bardzo lubiłyśmy). Przyznam, że podobają mi się ich delikatne, ładne opakowania. Oraz inne apteczne akcesoria przydatne na sam początek jak sól fizjologiczna i jałowe gaziki do przemywania oczu. Na samym początku do pielęgnacji przydają się również waciki i po prostu przegotowana woda. Sprawdzą się też patyczki oraz Octenisept do przemywania pępuszka.


W pierwszych tygodniach życia nie warto z ilością mydła w kąpieli. Fajnym rozwiązaniem jest dolewanie niewielkiej ilości naturalnej oliwki do kąpieli (na samym początki stoswana bezpośdrednio na skóre mozna być zbyt treściwa). Uwielbiam produkty marki Hipp, bo są ekologiczne, mają świetny skład, są łatwo dostępne i mają piękne zapachy i opakowania.


Do torebki z naturalnych kosmetyków wybrałam serię dla dzieci marki Lavera.


Nie jestem jakąś zagorzałą fanką pieluszek Pampers, są inne tańsze, równie dobrej jakości pieluszki (np. Dada czy Tourjours), które z powodzeniem można stosować w późniejszym okresie. Jednak na sam początek, gdy skórka dziecka jest ultra delikatna, wybrałam opakowanie pieluszek z firmy Eco by Naty (dostępne również w niektórych większych Rossmmanach).


W wyprawce nie może zabraknąć rzeczy pielęgnacyjnych dla Mamy. Ale o tym napiszę Wam w innym poście, przy okazji pakowania torby szpitalnej. Co Wy na to? :)


To wszystko na dziś, życzę Wam cudownego weekendu! :* 
SHARE:

Domowa Harmonia

Są takie dni wytęsknione, o których marzysz tygodniami. Niektórzy po spokojnym okresie, pragną doświadczyć czegoś szalonego. Inni, jak ja, po dniach pełnych pracy i pośpiechu, marzą o tym, by zaszyć się w domu i w swoim tempie celebrować proste chwile. Lubię, gdy taki dzień nie zalicza się do weekendów. W weekendy można (a nawet trzeba!) oczywiście odpocząć, ale z racji, że statystycznie wypadają tylko cztery w miesiącu, zazwyczaj również są zaplanowane po brzegi. A mnie potrzeba takiego dnia, gdy ten plan w głowie, miesza się z swobodą i luzem. Gdy nic nie musi być na godzinę, a ja mogę pozamykać swoje drobne sprawy. Załatwienie ich często daje mi wewnętrzną lekkości i ogromną satysfakcję oraz poczucie, że teraz mogę góry przenosić i zająć się większymi sprawami. Ale właśnie takie drobnostki nadają życiu sens. Nauczyłam się je celebrować i czerpać z nich pozytywną energię. 
I właśnie dziś spędziłam najwspanialszy, bo najzwyklejszy dzień w domu, za którym bardzo tęskniłam przez ostatnie tygodnie. To takie chwile, gdy zamykasz się w swojej kapsule, a czas płynie zupełnie inaczej. I chociaż naprawdę nie działo się nic, to to "nic" dało mi dziś tak wiele. Głowa odpoczęła, myśli zredukowały do najważniejszych, a to wszystko działo się podczas najprostszych czynności. Czasami taka prostota jest kluczem do wewnętrznej harmonii, której doświadczałam dziś, w pewien marcowy piątek.

Bo dziś nie obudził mnie żaden budzik i mogłam popatrzeć na te długie rzęsy, do czasu gdy zastąpią je żywe oczęta. 


Mogłam pozwolić sobie na dłuższe przygotowanie śniadania, bo przecież nigdzie się nie spieszymy, a Marysi podarować prezent*, by umilić jej czekanie.


* Biedronka za 19,99 zł


Śniadanie warte 35 min czekania, to przecudowna kasza jaglana z miodem, gruszką i suszonymi śliwkami. 


W taki zwykły dzień w domu zabieram się nieśpiesznie za wszystkie te drobne czynności, na które zazwyczaj brakuje czasu.

Oprawiam nowy plakat do pokoju Marysi w ramę, który czeka na to od 2 tygodni.



Za sprawą nowej dostawy, układam książeczki na półce. 



Potem w swoim tempie porobię zdjęcia do następnych wpisów na blogu, a gdy Marysia pięknie zaśnie na drzemkę, porozmawiam z przyjaciółką przez telefon.

Gdy się obudzi zmienię baterię w projektorze gwiazdek i przykleję obrazki nad łóżeczkiem.



I pomiędzy wygłupami i zabawami z Marysią, umyje z laboratoryjną dokładnością pędzle do makijażu.


Przejdę po całym domu i pochowam wszystkie rzeczy na wierzchu i z przyjemnością spojrzę na panujący porządek, gdy będziemy jadły z Marysią podwieczorek.


Dziś tak wiele innych drobnych spraw przeszło do działu "zrobione", a ona tak dzielnie mi towarzyszyła i pomagała. 

Nie wiem jak to wytłumaczyć, ale są dni gdy nadmiar spraw nas przytłacza i nawet będąc w domu czujemy, że bierzemy udział w jakimś szalonym wyścigu. A potem nadchodzi taki dzień, zwyczajny, może lekko podkręcony pozytywną wibracją za sprawą słońca za oknem, że każda czynność, nawet najprostsza i błaha, ma swój ukryty sens, w którym odnajdujemy szczęście.
I może z boku, to po prostu zwyczajny dzień w domu, ja w tym dniu odnalazłam wewnętrzną harmonię.

Nachodzi mnie wtedy taka refleksja, dla której spontanicznie postanowiłam napisać dzisiejszego posta, że szczęście naprawdę jest na wyciągnięcie ręki, w codzienności każdego z nas. Bądźmy zatem na nie otwarci i gotowi, bo może się okazać, że przyjdzie niespodziewanie, w taki zwyczajny dzień. Życzę ich Wam jak najwięcej.

Wasza G.
SHARE:
© Magiczny Domek. All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig