To był bardzo intensywny i wymagający miesiąc. Przyznam, że to jest jedyny okres w roku, którego jakoś za każdym razem się obawiam. Mieszanka nostalgii, kiepskiej pogody z brakiem słońca, sinusoida nastrojów. Jednak w tym roku jedno trzeba przyznać, choć nie wiem czy to akurat plus - zazwyczaj ciągnący się listopad minął jak oka mgnienie!
Bez dłuższych wstępów zapraszam Was na migawki miesiąca w Magicznym Domku.
Naszą tradycją są przepyszne kołduny u Babci Joli, które kosztujemy na święto zmarłych. W tym roku było ich prawie tysiąc! Nawet nie chcecie wiedzieć ile jadłam dokładek. Czekam na nie cały rok!
Jesienne smaki, którymi nie mogliśmy się najeść.
(Dla mnie górne światła mogłyby nie istnieć)
Czy pokazywałam Wam ten zakątek? Cudną półeczkę (kupiona na allegro) zabrałam podczas przeprowadzki z pracy i tu wpisała się idealnie.
Miałam w tym miesiącu przypływ weny i stworzyłam mnóstwo ilustracji w domowym zaciszu.
Marysia też dba o porządek w pokoju dziewczynek. Ciągle coś układa, porządkuje i nie mogę powiedzieć - panuje tam naprawdę przyjemna atmosfera. Gabrysia już nie ma aż takich ciągot do porządków, ale stara się chociaż nie bałaganić. 😋
Uwielbiam w Miłoszku to, że on naprawdę cieszy się z małych rzeczy, jest kreatywny podczas zabawy, wiec nie ograniczają go typowe zabawki. Tu stworzyliśmy domek-szklarnie z... odpadków po grze planszowej (w tych okienkach były żetony)

Jeszcze nie wróciłam do regularnej jazdy, ale z wielką przyjemnością oglądam postępy Marysi. Na tych zajęciach zawsze towarzyszy mi w myślach Tata... kiedyś to on towarzyszył mi w mojej końskiej przygodzie.
Zmiany pociągają za sobą zmiany. Komoda, która kiedyś służyła Gabrysi (potem Miłoszkowi) przy łóżeczku niemowlęcym, potem stała w mojej pracowni, teraz trafiła do łazienki na dole, tworząc przez to jeszcze mocniej klimat pokoju kąpielowego. Nie mówiąc o tym, że wreszcie piżamy i ręczniki mam pod ręką.
Lubię te nasze wieczorne pogaduchy z dziewczynami. Wtedy dowiaduję się najwięcej o ich przemyśleniach, marzeniach i drobnych rozterkach. Zamiast technologii wybierają książki (Marysia w tym miesiącu pobiła swój czytelniczy rekord), a Gabrysia zapisuje codzienność w pamiętniku.
Ja tymczasem w ostatnich tygodniach łapałam się na tym, że częściej sięgam po telefon. Strasznie tego nie lubię, mimo świadomości, jak działają te wszystkie mechanizmy i dopaminowe haczyki, czasem łatwiej wybrać tę prostą, zawsze dostępną rozrywkę. Im więcej jej było, tym gorzej się czułam, więc znów mocniej dbam o swoją cyfrową higienę.
I choć to my z mężem dawaliśmy dzieciom dobry przykład - wieczorami z książką w ręku - w chwilach mojej słabości role nagle się odwróciły. To one zaczęły mnie motywować i przypominać, jak dobrze kończyć dzień w spokojniejszy sposób. I muszę przyznać: to bardzo miłe uczucie.
Wypieki na kiermasz w szkole. Muffinki, które w pełni zrobiła sama Marysia zrobiły ponoć furorę.
Nie kupuję już żadnych ozdób świątecznych, ale nie mogłam się powstrzymać by nie kupić 4 piesków na naszą choinkę. Oprócz jamniczków również ten oto uroczy dalmatyńczyk.
I ostatnio naszła mnie taka myśl czy ktoś w ogóle miewa psy tej rasy? Ja nie widziałam dalmatyńczyka na ulicy od wieków! Czy ktoś jest jego szczęśliwym posiadaczem?
Korzystając z przedłużonego weekendu i braku zajęć w szkole wyruszyliśmy (pierwszy raz całą rodziną) do Wisły. Było cudownie!
Naszego kudłaczka też zabraliśmy.
Po powrocie miałam nie lada wyzwanie, bo zgodziłam się namalować orła na apel do szkoły dziewczynek. Namalowałam go akwarelami, następnie zeskanowałam w dużej rozdzielczości i wydrukowałam w drukarni wielkoformatowej, by miał ponad metr wysokości.
A w gospodarstwie domowym zawsze jest coś do zrobienia. Wzięłam się za dogłębne porządki w kuchni. Sprzątanie szuflad, mycie lodówki i piekarnika, przeorganizowanie zapasów. Chcę zmienić trochę plan gotowania dla całej rodziny w tygodniu, więc postanowiliśmy kupić osobną zamrażarkę. Dużo rzeczy zredukowałam, ale zakupy, które pomogą w tej zmianie też się przydadzą.
Często pytacie jak ja robię, że u nas jest taki porządek. Są takie pomieszczenia jak kuchnia, gdzie trzeba cały czas trzymać rękę na pulsie, w salonie eliminuje dodatkowe przedmioty, wszystko ma swoje miejsce, więc naprawdę, gdy się poprawi poduszki i utrzymuje ten stan, to jest zawsze harmonijnie, ale i ja mam takie pomieszczenia wstydu - w garderobie robi się szybko bałagan, mam też szufladę wstydu w kuchni, gdzie panuje chaos nawet w sprzątniętej kuchni...
Dzieciaki rosną, ale z tych wybłaganych nocy z Mamą mam nadzieję nie wyrosną nigdy. Wtedy mogłabym się patrzeć na te śpiące twarzyczki bez końca.
Gdy wypuszczasz jedną kolekcję po drugiej to stresy w pracy masz murowane. Ilość komplikacji, goniących terminów, zawirowań była zawrotna, ale ostatecznie mocno zrównoważona twórczą pracą czy chociażby spokojnym pakowaniem zamówień.
Przez to, że mam niewymiarowy czas pracy, czasami zastanawiam się, czy robię wystarczająco. Siłą rzeczy wciąż przeskakuję między życiem rodzinnym, domowym a zawodowym. A jednak, kiedy spojrzę z perspektywy na te wszystkie lata na ogrom pracy, którą już wykonałam, na rzeczy, które udało mi się usprawnić i przyspieszyć, myślę sobie, że naprawdę doceniam i kocham to, co robię.
W listopadzie miałam wrażenie, że świat staną na głowie. 😊
Końcówka miesiąca była trudna. Nie działo się nic strasznego, nie zamieniłabym się na listopad sprzed dwóch lat, ani tym bardziej na ten sprzed roku, kiedy byliśmy pogrążeni w żałobie, skrajnie wyczerpani minionym czasem i nieustanną opieką nad chorym Tatą. Tyle że trudne momenty często napędza adrenalina, a w zwykłej codzienności… czasem wystarczy przeziębienie, żeby całkowicie odebrało siły do działania.
Kiedy do tego dołoży się pęd życia, masę spraw do ogarnięcia, oczekiwania innych, stres związany z operacją psa i to ciągłe poczucie, że coś powinno iść naprzód a Ty nie masz nawet siły, by to porządnie zaplanować, jedyne, o czym marzysz, to w końcu po prostu odpocząć. I może właśnie wtedy ciało daje znać, że już czas. Tylko że człowiek nie może tak po prostu wyleżeć tygodnia w łóżku. Więc gdy tylko zaczynało się poprawiać, po chwili znów musiałam gdzieś biec… i robiło się jeszcze gorzej.
Biedny był ten nasz Vincencik. Musiał mieć usuwane jąderka (jedno utknęło w brzuszku, więc w przyszłości mogłoby się przerodzić w nowotwór) i nosić przez ponad tydzień kołnierz.
Nutka nowości w kuchni. Piękna lampa (TKMaxx) i coś pomiędzy obrusem a ceratą (Leroy).
Marysia wybłagała wcześniejsze udekorowanie ich pokoju. A niech tam sobie ten klimat pomalutku dojrzewa.
I choć trudno w to uwierzyć wybraliśmy się na randkę!
Seanse domowe trochę skracają nam zapędy na kino, ale dobrze jest wybrać się tam tylko we dwoje. Choć to komedia romantyczna nie była...
Przygotowałam dla Was nowy wpis, ale oczywiście nie zdążyłam opublikować. Najpierw migawki, a w grudniu wrzucę post o kosmetykach kolorowych.
A jednak, kiedy dziś patrzę na ten listopad z lekkiego dystansu, myślę sobie, że mimo wszystkich zawirowań wcale nie był taki zły. Były trudniejsze momenty, trochę zwolnienia, trochę bezsilności, ale też dużo ciepła, rozmów, małych codziennych gestów, które przywracają równowagę. I może właśnie o to chodzi: żeby w tym wszystkim umieć dostrzec drobne rzeczy, które niosą nas dalej.
Z ciepłem w sercu czekam na nadchodzący grudzień magiczny czas. Do napisania kochani niebawem!

























































Brak komentarzy
Prześlij komentarz