17 stycznia 2024

Myśli przeplecione książką i przepisem: Gulasz z kopytkami z batatów, Łakome i Wybór

Kochani, na wstępie ogromnie dziękuję Wam za tak ciepłe przyjęcie nowego cyklu na blogu. Oczywiście będą pojawiały się też inne wpisy, ale póki co trwam w klimacie zimowania i radzenia sobie z wszelkimi problemami odreagowując i wyciszając się w naszym domku. Mój odruch obronny i chęć życia w zgodzie z porami roku podpowiadają mi, by starać się w pełni korzystać z zimowej aury. To dobry czas na wyciszenie, domowe porządki, czytanie książek, przemyślenia i kreatywne aktywności w zaciszu domowym, na które będzie znacznie mniej czasu w sezonie wiosenno-letnim. Wtedy mam inne plany, które będą wymagały czasu, dlatego staram się nie narzekać na zimową aurę za oknem, a wręcz się z niej cieszyć. Obecnie brakuje mi trochę więcej czasu spędzonego na świeżym powietrzu, więc może w nadchodzący weekend wybierzemy się z dziećmi na sanki i ulepimy bałwana. Powinniśmy zadbać o regularny kontakt z naturą niezależnie od panującej pogody na zewnątrz.

Lubię zmienność pogody. Cała paleta nastrojów i barw. Dziś biała pierzynka w całej okolicy, a jeszcze parę dni temu siarczysty mróz i oszroniona roślinność w ogrodzie.

Doceniam wtedy fakt, że mamy ciepło w domku i... prąd na poddaszu. Kto pamięta jak dwie zimy nie działały u nas żadne boczne kontakty? Uważam bowiem, że boczne lampki to jeden z ważniejszych atrybutów pozwalających przetrwać jesienne szarugi oraz zimowe wieczory. 

W naszym domu praktycznie nie używamy górnych świateł - służą nam tylko do chwilowego zapalenia, gdy coś szybko musimy odnaleźć w danym pomieszczeniu. Wieczorami palimy po 2-3 lampki boczne w pokoju, w którym przebywamy. Jeśli dzień jest wyjątkowo ciemny i ponury oraz przeważają zimne tony przedzierające się do wewnątrz, wówczas ciepłe światło lampek umilają nam nastrój. To przyjemne uczucie czuje wewnątrz siebie. To kolejny dowód na to, że wystarczą drobne rzeczy, by pozytywnie wpływać na swoje samopoczucie.

Czytam, dużo czytam i jestem tym faktem zachwycona. Zaczęłam jeszcze świadomiej rezygnować z pewnych rzeczy. Niestety lub stety, nie jesteśmy w stanie w życiu robić wszystkiego na raz. Wybieram wiec to co mi bardziej służy. Ograniczam media społecznościowe i korzystanie z telefonu, jestem też bardzo w tyle jeśli chodzi o filmy i seriale. Nawet nie nadrobiłam ostatniego sezonu "The Crown", na który tak czekałam. Jeszcze znajdę na niego chwilkę, ale póki co cieszę się dobrą passą jeśli chodzi o czytanie. W połowie stycznia mam już 3 dobre książki za sobą. O pierwszej już pisałam, więc czas na dwie kolejne, które ostatnio przeczytałam.

W zeszłym wpisie pokazałam książkę balsam, dzisiejsze to będą małe trzęsienia ziemi.

Mam swoją "playlistę" książek do przeczytania (mam wiele kupionych, które czekają w kolejce), lecz wciąż pewne pozycje same mnie odnajdują wołając o przeczytanie. Gdy trafiłam na listę najlepszych książek z 2023 roku mocno zaintrygowała mnie pozycja "Łakome" Małgorzaty Lebda. Przyciągnęła mnie wiejska sceneria i wątek choroby, który w naszej rodzinie jest nam bliski i nie staram się od niego uciekać. Zastałam jednak coś głębszego. Książka bardzo mnie zaskoczyła kontrastami. Fabuła bardzo prosta, jednak tak wiele się dzieje w sferze uczuć. Słowa niesamowicie oszczędne, czasami wręcz zimne ordynarne, ale zarazem pełne przekazu, wewnętrznego ciepła i poetyckości. Książka pełna skrajności, które tworzą całość. Prosta, ale niezwykle głęboka w przekazie. Nie jestem pewna czy to książka dla każdego, mnie jednak zachwyciła.

To co lubię w książkach to spontaniczny impuls, który powoduje, że do mnie trafiają. Z pewnością przyciąga je tematyka, która mnie interesuje, ale lubię myśleć, że po prostu podsuwa mi je jakaś wyższa siła. Tak też było z książką "Wybór. Przetrwać niewyobrażalne i żyć" Edith Eger.

To nie jest tak, że tematyka wojenna mnie szalenie interesuje. Przyznam, że w pierwszym odruchu historia holokaustu wręcz mnie odstrasza i narusza mój wewnętrzny spokój. Jednak jednocześnie czuje głębokie przyciąganie, by się z tą historią na nowo zmierzać. To nie jest moja pierwsza pozycja tego typu. Głęboko polecam "Człowiek w poszukiwaniu sensu" Viktora Emila Frankla - książkę  opartą na przeżyciach autora, która opowiada o straszliwych doświadczeniach wojennych, a później łączy przemyślenia z ogromną wiedzą psychologiczną. Autor próbuje odkryć, jak powstaje w człowieku niesamowita chęć przetrwania w skrajnie okrutnych okolicznościach. Nawiązując do doświadczeń z obozów koncentracyjnych, autor zastanawia się, co sprawia, że ludzie nawet w takich miejscach mogą zachować wolę życia i zakłada, że najważniejszą potrzebą każdej osoby to poszukiwanie sensu. Książka "Wybór" jest bliźniaczą pozycją, jednak opowiedzianą przez kobietę, która trafiła do obozu mając 16 lat, by później na bazie swoich doświadczeń móc prowadzić własną praktykę (zostaje psychologiem) i dochodzi do cudownych wniosków na temat życia człowieka.

I chociaż tematyka wydawać się może okrutna, to ma ogromny pierwiastek ludzkiej siły i nadziei. Myślę, że książki mogą nas koić jak i brutalnie oczyszczać. Oba sposoby są nam potrzebne i po oba rodzaje literackich uczt staram się sięgać naprzemiennie. W trakcie czytania tej książki miałam pewien incydent. Zgasiłam światło o 24 i nie mogłam zasnąć. Problemy dnia codziennego jednocześnie mieszały się z naruszoną wrażliwością przez czytaną historię. Zeszłam na dół, by zrobić sobie herbatę i przez bite 40 min płakałam. Wyszły wszystkie moje stłumione emocje, na które w ostatnich tygodniach nie było "czasu". Paradoksalnie ta książka mnie uwolniła. Czy odważę się w końcu przeczytać "Wybór Zofii" lub chociaż obejrzeć kultowy film z Meryl Streep? Chociaż jestem orędowniczką spokoju i dbania o swój dobrostan, to jednocześnie jestem mocno za tym, by w życiu wychodzić ze strefy komfortu, zwłaszcza, gdy pewne doświadczenia czy przeczytane książki mogą dotknąć głębszych zakamarków naszej duszy i człowieczeństwa.

Ale każde trzęsienie ziemi mogą uspokoić zapachy z kuchni...

Dziś kolejny przepis z Magicznego Domku. Gulasz z piwem i kopytkami z batatów. 

To nie jest typowy przepis na szybko, ale z pewnością taki, który pomaga w kuchni się trochę zatracić (a to też jest całkiem dobry sposób na radzenie sobie ze stresem i problemami). :)


Do gulaszu użyłam 400g wołowiny i 400g wieprzowiny i obtoczyłam pokrojone kawałki w 4 łyżkach mąki.


Na kuchence stawiam kociołek (może być też normalny, głębszy garnek), do którego będę wrzucała po kolei podsmażone produkty.
Na osobną, dobrze rozgrzaną patelnię z oliwą oliwek wrzucam w 2 turach mięso otoczone mąką. Często mieszam i czekam aż zbrązowieje. Podsmażone mięso przekładam do rondelka.
Następnie podsmażam 100g pokrojonego boczku, a następnie dodaję 3 czerwone cebule pokrojone w półplasterki (dodaje szczyptę cukru brązowego). Duszę aż zeszkli się cebula i następnie ją również przekładam do kociołka.


Już bezpośrednio do kociołka dodaję pokrojone warzywa: 3 łodygi selera naciowego, 2 pietruszki i 2 marchewki pokrojone w kostkę, 4 ziemniaki oraz świeże zioła (rozmaryn lub tymianek). Ja w tym przypadku dodałam nasz tymianek z ogrodu, który pomimo zimy, pięknie się trzyma. :)


Następnie wszystko zalewamy 2 puszkami piwa (1 litr). Gdyby piwo nie zakryło wszystkich składników, można dolać trochę wody (nie więcej niż szklankę). Piwo spowoduje, że wołowina skruszeje i będzie miękka, natomiast 2,5 godzinna obróbka termiczna pozbawi go zawartości alkoholu.


Doprowadź do wrzenia i zmniejsz ogień i gotuj przez 2,5 godziny. W tym czasie przygotujemy kopytka.
 

Kopytka z batatów i z ziemniaków (ok. 1kg razem - proporcie pół na pół). Bataty kroimy, polewamy oliwą i solą i pieczemy ok. 25 min w piekarniku nagrzanym do 190 stopni. W tym czasie w garnku gotujemy do miękkości ziemniaki z solą.


Gdy warzywa są ciepłe, rozgniatamy je w jednym garnku.


Zostawiamy chwilę do ostudzenia.


Na stolnice (trochę żałuję, ze swojej nie wyciągnęłam, bo ciasto na kopytka jest przecież bardziej lepkie ;) ) wysypujemy 250g mąki, łyżeczkę soli, rozgniecione bataty i ziemniaki, 1 jajko oraz zioła (ja dodałam tymianek, ale może być też rozmaryn czy posiekana bazylia).


Zagarniając mąkę do środka zagnieść składniki w luźne i lepiące się ciasto. Podczas formowania dosypywać w razie potrzeby mąką. Następnie ciasto podzielić na 2 części a następnie połówki na 3 części. Z każdej z 6 części będziemy formować wałeczek.


Następnie pokroić na kopytka i posypać mąką. 


Uwaga, mogą się posklejać i nie będą idealne, ale to nic nie szkodzi - lubię jak dania wyglądają domowo.


Kopytka wrzucamy w 2 partiach na zagotowaną i posoloną wodę w dużym garnku. Gotujemy do wypłynięcia na powierzchnię (ok. 3 minuty) i wyjmujemy łyżką cedzakową.


Warto kluseczki przygotować tuż przed podaniem. Gulasz po 2,5 godziny powinien być już gotowy, ale warto sprawdzić czy mięso (zwłaszcza wołowe - to ciemniejsze będzie miękkie). Oczywiście mieszając na sam koniec, doprawiamy dodatkowo gulasz solą i pieprzem. 

Pycha! Danie idealne nie tylko na obiad ale też rodzinne przyjęcie (gulaszu spokojnie starczy ale wtedy zrobiłabym więcej kopytek).

Zimowe dni i różne przemyślenia mogą też trochę osłabić. Czasami ta słabość potrzebna nam jest by paradoksalnie nabrać siły. Ważne jest też wsparcie najbliższych, którzy pozwalają Ci odpocząć i jeszcze przyniosą przepyszne śniadanko do łóżka. Kochane skarby!

Druga cześć stycznia zapowiada się bardziej towarzysko, więc póki co korzystam z chwil na porządki w domu. Ponieważ nie mam aż tyle czasu, by zrobić generalne oczyszczanie, to trzymam się zasady małych kroczków. I tak sprzątnęłam ostatnio szufladę w łazience, sprawdzając daty ważności i porządkując zapasy. To dobry sposób również na zaplanowanie zakupów na nadchodzący rok. Ja już wiem, że nic nie kupuję, bo mam jeszcze sporo kremów w kolejce, a raczej dążę do minimalizowania pielęgnacji. Paradoksalnie to założenie daje mi spokój ducha i wiem czego unikać (np. mojego algorytmu na Instagramie, który podpowiada mi wszelkie kosmetyczne nowości ;) )


A jeśli jeszcze jesteśmy w temacie samorozwoju oraz doskonalenia komunikacji miedzy bliskimi nam ludźmi (oba aspekty mocno wpływają na jakość naszego życia), to polecę Wam serię na HBO Brene Brown: Atlas serca. 

Jest to mini serial dokumentalny, który zgłębia ludzkie emocje na podstawie zebranej wiedzy z zakresu psychologii na przykładach najważniejszych cytatów oraz scen z całej kinematografii. Wszystkie najważniejsze emocje omawiane są z aktywnym udziałem publiczności. Gdy bliska osoba chciała ten dokument ze mną obejrzeć od razu pomyślałam, że chętnie obejrzę, bo lubię tą tematykę, ale jako osoba dość dobrze odczytująca wszelkie emocje, będzie to dla mnie typowo ugruntowaniem wiedzy. Jak się okazało wiele poruszanych aspektów mnie bardzo zaskoczyło, jak również niesamowicie spodobała mi się sama koncepcja, że trafne nazwanie danej emocji przez sobą, jak również w trakcie rozmowy z drugim człowiekiem ma realny wpływ na jakość komunikacji. Człowiek bardzo często spłyca emocje do trzech kategorii: wściekły (angry), smutny (sad), szcześliwy (happy) - a prawda jest taka, że emocje, które odczuwamy w danych momentach życia mają wiele odcieni a ich dosłowne nazwanie pomaga nam je zrozumieć i się z nimi zmierzyć. Zawiera też masę ciekawostek jak języki różnią się w nazywaniu uczuć (okazuje się, że te europejskie mają jeszcze szerszy zakres). Jeśli interesuje Was ta tematyka to gorąco polecam Atlas serca, który w przystępny sposób może odmienić spojrzenie na siebie i drugiego człowieka. Warto dawkować sobie 40 minutowe seanse, by zostawić sobie przestrzeń na przemyślenie poruszanych tematów.

Najlepszego kochani i do napisania już niebawem! Mam nadzieję, że druga część cyklu również przypadła Wam do gustu. :)

SHARE:

07 stycznia 2024

Myśli przeplecione książką i przepisem: Kurczak w ziołach z ziemniakami i Kamieliowy Sklep Papierniczy

Witajcie w Nowym Roku! 

Mam nadzieję, że weszliście w niego z nową energią i pełni nadziei. Ja osobiście bardzo cieszę się na powiew styczniowej świeżości, bo chociaż wiem, że z dnia na dzień świat się nie zmienia, a problemy dnia codziennego nie znikają, to jednak można starać się każdego dnia budować swoje otoczenie od nowa. Tak wiele rzeczy jest od nas niezależnych, ale wciąż pozostaje mnóstwo tych, na które mamy wpływ. Warto nad tymi sprawami się pochylić. 

Nowy Rok zaczynamy z nowym cyklem na blogu. Myśli przeplecione książką i przepisem. Zdjęcia z codzienności połączę ze spontanicznymi przepisami z dań, które będą królowały u nas na talerzu oraz z książką i innymi polecajkami, które w danym okresie są dla mnie ważne. O przepisy prosiliście mnie nie raz, więc postanowiłam trochę się do nich przyłożyć (kuchnia będzie prosta, ale bardzo aromatyczna) a temat książek uważam za bardzo interesujący, zwłaszcza w dzisiejszym świecie pełnym medialnych pokus. Zawsze lubiłam książki, ale miewałam między nimi większe przerwy. Od ponad roku, czytam książkę za książką i widzę niesamowity wpływ na mój dobrostan. Książki prowadzą mnie do kolejnych odkryć i pozycji, co pozwala mi w moją codzienność wpleść różne życiowe smaki.

Dziś podzielę się z Wami nastrojem, który panuje u nas na początku roku. Chociaż końcówka zeszłego roku nie była łatwa (9 tygodniowy pobyt Taty w szpitalu) i dodatkowe obowiązki związane z opieką nad nim (obecnie jest zupełnie leżący w domu) nie należą do najłatwiejszych, jednak kolejny raz przekonuje się o tym, by z pokorą przyjmować to co nas spotyka i robić swoje, a o całą resztę, czyli kreowanie swojego szczęśliwego życia, trzeba zatroszczyć się samemu. Wymaga to elastyczności, ale przede wszystkim pogody ducha i zrozumienia swoich potrzeb. Na początku roku lubię się wyciszyć, trochę wycofać, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Spędzam więcej czasu na domowych, oczyszczających (również myśli) porządkach, więcej piszę i zagłębiam się w różne zagadnienia spisując je codziennie przed pójściem spać w kalendarzu i poszukuje inspiracji, które mnie ukoją od wewnątrz.

Być może tak już jest, że gdy mamy bardzo aktywne życie z masą spraw na głowie: opieką i wychowaniem dzieci, dokonywaniem nieskończenie wiele decyzji w życiu zawodowym, próbą pogodzenia życia towarzyskiego z dbaniem o dom i bieżące sprawy oraz z całą logistyką by te światy ze sobą pogodzić, owocuje tęsknotą za spokojniejszymi chwilami. Dla mnie te chwile zwolnienia są moją deską ratunku, momentami, które powodują, że słyszę i rozumiem samą siebie. Tyle się dzieje na co dzień, pęd bywa niewyobrażalny a przebodźcowanie nieodłączną częścią codzienności, że "nuda", spokój i cisza zdaje się być czymś o co trzeba świadomie zawalczyć. Znajduję na to przeróżne sposoby, które będę chciała Wam w ramach tego cyklu przemycić. 

Jedną z pierwszych wewnętrznych potrzeb wraz z nadejściem stycznia jest ogarnięcie przestrzeni i zminimalizowanie ilości przedmiotów w otoczeniu. Schowałam już choinkę oraz wszelkie świąteczne ozdoby i wyprałam wszystkie zasłony oraz wymieniłam poszewki poduszek w naszym salonie. Dosłownie zapachniało świeżością. 



Jako wielka miłośniczka dekoracji wnętrz rozmyślam często nad zmianami w domu. Z pewnością jakieś w tym roku się pojawią, ale to pomieszczenie przez ostatnie lata nabrało swój swoisty charakter, którego nie czuję potrzeby zmieniać. Większość przedmiotów dosłownie osiadła i zespoiła się ze sobą powodując, że nie zamieniłabym ich na żadne inne. Uwielbiam ten stolik kawowy (Retrowoods), lniane zasłony z malowanym wzorem (dawna Zara Home) czy kolekcję poduszek, które zmieniam w zależności od nastroju wraz z nadejściem pór roku. Oczywiście klimat nadają też meble, które choć prezentują całą paletę odcieni drewna, tworzą spójną całość. Nie da się ukryć, że lubię styl eklektyczny w kierunku retro. Jesteśmy już w takim wieku, że już nie muszę się z tego tłumaczyć. ;) Jednak ta stylistyka była we mnie od samego początku, od najmłodszych lat.


Zanim przejdę do książki, chcę nakreślić magię, która spowodowała, że po nią sięgnęłam. 

Jestem wielką pasjonatką papierniczych wyrobów, uwielbiam kalendarze notatniki czy też różne rodzaje papierów, które służą mi do malowania. Te wszystkie przybory, farby, ołówki i ich piękne opakowania wprawiają mnie w zachwyt od najmłodszych lat. To chyba kompletowanie nowej "wyprawki" do następnej klasy było moim głównym motorem w edukacji. :) Pamiętam doskonale słynny sklep "99 Smoków" w Łodzi, w którym można było znaleźć nietuzinkowe wyroby papiernicze, jak również wszelkie akcesoria z marki NICI. 
Gdy jestem w sklepie TKMaxx nigdy nie oglądam się za ubraniami, ale przy regale z papierniczymi akcesoriami zatrzymam się zawsze. Bardzo lubię pisać ręcznie i nie chcę zaniedbać tej umiejętności w dobie cyfrowej rzeczywistości. Gdy moje wieloletnie pióro odmówiło posłuszeństwa, zażyczyłam sobie pióro na Gwiazdkę. Polecam z całego serca te od marki Kaweco. Nowinkami i ciekawostkami z papierniczego świata mogę podzielić się z moją serdeczną Agatką (również ilustratorką) oraz moim bratem, który podziela moją pasję.

Do faktu, że sięgnęłam po książkę "Kamieliowy sklep papierniczy" przyczynił się też urokliwy kanał na Youtube, który odkryłam przypadkiem już jakiś czas temu. Zaznaczę, że lata świetności w oglądaniu przeróżnych kanałów na Youtube mam już dawno za sobą, ale do tego wracam raz na jakiś czas, gdy chcę coś obejrzeć luźnego, ale jednocześnie nieogłupiającego. Staram się ze wszystkich sił mieć względną kontrolę nad skrolowaniem i unikać zapadnięcia się w dopaminowe filmiki, które mnie przebodźcowują, dlatego wybieram świadomie treści, które mnie budują. 
I tak trafiłam na kanał Koreanki Hamimommy, który jest dla mnie rodzajem filmu w stylu ASMR czyli w przeciwieństwie do większości materiałów rozrywkowych powoduje zrelaksowanie obserwatora poprzez powolny, zamierzony ruch w kadrze oraz cichy i delikatny dźwięk otoczenia, połączony z ciekawymi przepisami kulinarnymi oraz pokazaniem ciekawej (ale bardzo kojącej) codzienności. Można włączyć napisy tłumaczące oszczędną treść i podpisy pod filmem co ułatwia zanurzenie się w świat zwykłej-niezwykłej żony i mamy z drugiego końca świata. Mnie zauroczyła pokora, czystość i staranność i dbałość o piękne kadry autorki, które ukazuje na swoim kanale.



Gdy mignęła mi gdzieś w Internecie książka "Kameliowy Sklep Papierniczy" od razu poczułam, że to jest dobry czas, by ją przeczytać. Książka opowiada o dziewczynie, która dziedziczy sklep papierniczy a wraz z nim fach, który jej rodzina uprawia od pokoleń - pisanie listów na zlecenie. Cała historia napisana jest nieśpiesznie, dryfując w spokoju po kolejnych porach roku, dotykając w niezwykły sposób najważniejszych wartości w życiu. Brak tu szybkiego tempa i zawrotnego temp akcji, bo zdecydowanie nie o to w tej książce chodzi. Ujmuje czułością, spokojem i pokorą. Uwielbiam opisane tu rytuały, smakowanie potraw, czy też logikę w wyborze narzędzi do pisania czy papieru w celu oddania istoty listu, który został jej powierzony.

Ostatnio rozmawiałam z bliską mi osobą o czytaniu książek, która nie może się ostatnio przemóc do żadnej, bo czuje znużenie. Jedynie po co sięga od czasu do czasu, to kryminały, które utrzymują ją w napięciu. I chociaż wierzę w fakt, że wybór i kolejność czytania książek powinien w jakiś sposób wypływać z potrzeb i miejsca, w której obecnie przyszły czytelnik się znajduje, to myślę, że przez szufladkowanie pomijamy wiele pozycji, które mogą nam coś zaoferować. Bliska mi osoba jest bardzo zabiegana i zmęczona, jednak jednocześnie trochę uzależniona od wysokich wibracji przez co nie znajduje miejsca na zwolnienie i ukojenie (a właśnie tego zdaje się potrzebować). Ta książka z pewnością w tym pomaga, ale trzeba być otwartym na wolniejsze tempo i widzieć sens w prostych czynnościach dnia codziennego. Mnie książka ukoiła i cieszę się, że była pierwszą, którą przeczytałam w tym roku. Z pewnością do jej smakowania przyczynił się po części wspomniany kanał na Youtube oraz moja słabość do przyborów i sklepów papierniczych. :)


Czas na obiecany przepis, który stworzyłam spontanicznie inspirując się... zimowym spacerem po naszym ogrodzie.

Uwielbiam gotować, ale nie raz Wam wspominałam, że muszę mieć do tego spokojną głowę. W tygodniu czuję presję, zwłaszcza po powrocie szalonej dwójki z przedszkola, gdy chcą coś zjeść od razu po wejściu do domu, ale nie na tyle dużego, by był to duży posiłek typu kolacja. Miotam się jak oszalała w kuchni jak tylko przekroczę próg domu i umyje ręce, by tylko nie zaczęli czegoś podjadać, gdy nie daj boże wynajdą coś słodkiego w szafkach. Zdecydowanie szukam inspiracji na szybki podwieczorek (wszelkie pomysły w komentarzach mile widziane). 

Jestem zupełnie inną osobą, jeśli na gotowanie mam przestrzeń. Czasami może pojawić się nutka adrenaliny, która pojawia się w czasie przygotowań do przyjęć lub gdy mamy kogoś w domu gościć, ale chodzi tu bardziej o spokojną głowę i czas na powolne przygotowywanie dania. Zaznaczę jednocześnie, że bardzo lubię proste przepisy, które nie wymagają stania przy kuchence, ale jednocześnie mają to coś w sobie. Nauczyła mnie tego ciocia Żanetka, która nonszalancko przygotowywała śródziemnomorską kuchnie, podczas moich odwiedzin we Francji czy też Jamie Olivier, który tworzył proste przepisy w swoich kulinarnych programach. Prostota jest naprawdę pyszna! Czasami wystarczy kupić dobre oliwki w marynacie, oliwę i dobry chleb czy bagietkę w lokalnej piekarni by celebrować bogactwo smaków. 

Spacerując ostatnio po naszym ogrodzie zauważyłam, że pomimo niskich temperatur nasz tymianek posadzony w donicy przy tarasie nadal ma apetyczne gałązki. Pomyślałam o zapiekanych ziemniakach i aromatycznej piersi z kurczaka.


Do przepisu przyda się świeży tymianek (z ogródka lub z doniczki ze sklepu), gdzie świeże zioła podkręcą prostą potrawę.


Pierś z kurczaka (ja z racji, że przed wolnym weekendem w sklepach były już pustki, sięgnęłam po polędwiczki z kurczaka).


Do szklanego naczynia włożyłam mięso, nalałam sporo oliwy z oliwek, dodałam (opcjonalnie) 2 łyżki dżinu, sól, pieprz wieloziarnisty oraz całą garść ziół i odstawiłam do lodówki na parę godzin. (Podszykowałam mięso po śniadaniu, tak, by było gotowe w porze obiadowej)


Obrałam i wypukałam ze skrobi ziemniaki a następnie je podgotowałam. Po wylaniu wody i odcedzeniu półtwardych ziemniaków dodałam do nich masę przypraw i oliwę z oliwek. Zamieszałam w tym samym garnku, którym je gotowałam, by nie brudzić dodatkowych naczyń.


Gdy zbliżała się pora obiadowa rozłożyłam mięso wraz całą marynatą z ziołami do żaroodpornego naczynia.


Po bokach rozłożyłam ziemniaki a całość posypałam czerwoną cebulą i pokrojonym ząbkiem czosnku.



Włożyłam naczynie do rozgrzanego piekarnika (180°) na ok. 30-40 min z funkcją termoobiegu. 


Uwielbiam aromat unoszący się podczas przygotowywania tego typu potraw!

Podałam z prostą sałatką (pokrojony pomidor i kiszony ogórek z dodatkiem śmietany). Proste i pyszne!


Lektura książki uświadomiła mi jeszcze mocniej moje przemyślenia, które nosze w sobie już od jakiegoś czasu. Mam grono serdecznych koleżanek, z którymi niejednokrotnie omawiamy różne nowinki gospodarstwa domowego. Na tapecie są: suszarka do prania, odkurzacz pionowy, termomix czy nowe ekspresy do kawy. O ile bardzo mnie ten temat interesuje, to jednocześnie mam wewnętrzne przekonanie, że całkowite ułatwienie sobie życia nie jest dobre. Od razu przypomina mi się bajka WALL.E, gdzie ludzkość ma samych pomagaczy i wyręczycieli i porusza się za pomocą wygodnego leżaczka unoszącego otyłych ludzi (którym praktycznie zaniknął układ kostny). Bajka z 2008 roku a jak dosadnie przedstawia jaki wpływ mają również wszelakie komunikatory i media społecznościowe. Oczywiście nie jestem za tym, by żyć teraz w szałasie i nie korzystać z pralki czy zmywarki, jednak nie odmawiajmy sobie celebracji codziennych czynności własnymi rękami w każdym aspekcie. Ja lubię przelecieć rano kuchnię, salon i przedpokój miotełką (taką ręczną!) bez wyciągania odkurzacza czy raz na jakiś czas poddać się ceremonii zaparzania herbaty czy kawy. Ostatnio tak zatęskniłam za tą procedurą, że poświęciłam się i poszłam w najzimniejszy dzień i najbrzydszą pogodę do przyczepy, by wyjąć schowaną tam kawiarkę. Zdecydowanie lubię zrobić coś własnymi rękami, bo chociaż wiem, że można sobie wiele ułatwić, to przez to odbieramy niektórym czynnościom cząstkę magii. 



Bo chociaż nie wyobrażam sobie życia bez zmywarki, to chętnie napije się kawy czy herbaty z pięknej porcelany z pełną świadomością faktu, że potem będzie trzeba ją umyć ręcznie. :)


To może na koniec bonus i szybki przepis na kolację?

Skorzystaliśmy z dnia, w którym nasza trójeczka wyruszyła do Babci Joli, więc korzystając ze spokojnego wieczoru przygotowałam lekkostrawną kolację. 
Nie dorosłam jeszcze do zupełnej rezygnacji z mięsa, ale jak najbardziej jestem za tym, by je w codziennej kuchni ograniczyć. Jeśli na obiad królowało mięso, nie ma potrzeby na kolację sięgać po np. wędlinę. Bardzo lubimy mozzarellę, więc jeśli szukacie alternatywy do wersji z pomidorem to może przepis Wam również przypaść do gustu.

Kroimy gotowanego buraka (ja kupuje już takie ugotowane w supermarkecie) wraz z mozzarellą. Polewamy oliwą z oliwek, miodem i posypujemy natką pietruszki i orzechami włoskimi. Prosto, zdrowo i pyyysznie!


A na koniec jeszcze dodam, że nie zawsze jest czas na robienie wielkich rzeczy. Czasami nie ma na to spokojnej głowy czy dłuższej chwili na realizację. Ważne by korzystać z tych małych chwil przerwy w codzienności. Nie marnuj ich na przeglądanie telefonu a popchnij kolejną rzecz do przodu. Czekając na poranną kawę sprzątnęłam szafkę z herbatami. Wyrzuciłam te upchnięte na samym końcu (Ups - data ważności 2017 rok!) i szybko i sprawnie ułożyłam to co pozostało. Zajęło mi to max. 10 minut.



Właśnie te pełne świadomości "przerwy" powodują, że udaje mi się zachować spokój i porządek, by lepiej celebrować zwykłą-niezwykłą codzienność.


Mam nadzieję, że nowy cykl na blogu przypadnie Wam do gustu!

Życzę Wam spokoju i wytchnienia, a sobie odnajdywaniu w codzienności chwil na pisanie wpisów na bloga. :)

Do napisania!
SHARE:
© Magiczny Domek. All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig