29 września 2024

Jesienny, rodzinny weekend w domu i ogrodzie

Tak nas rozpieściło tegoroczne lato (mnóstwo słonecznych dni, a nie było tak skrajnie upalnie), że wcale nie czekałam na nadchodzącą jesień jak co roku. Jednak paradoksalnie nie mając żadnych wymagań i oczekiwań weszłam w jesienne klimaty naturalnie oraz z wielką przyjemnością. 

Mnóstwo cudownej energii dostarczył nam nowy czworonożny mieszkaniec Magicznego Domku, który jesienną aurę ma wręcz wpisaną w oczach. To jego spojrzenie rozmiękcza nasze serca i wybaczamy mu każdą psotę, którą zdarza mu się wyrządzić, z drugiej strony starając się wprowadzać różne psie zasady pękamy z dumy, że tak łatwo je przyswaja. 

W drugiej połowie września w końcu lekko zwolniłam (niebawem migawki miesiąca, wiec zobaczycie, że początek był trochę szalony) i zaczęłam czerpać garściami z dbania o domowe ognisko. Ocieplam wnętrza kolorami tekstyliów, świecami i zapachami z kuchni. Oboje z mężem ciągle coś pichcimy w jesiennym klimacie. Były już bułeczki cynamonowe, zupa dyniowa, knedle ze śliwkami, kasza z duszonym mięsem, kociołek warzywny z domowymi bułeczkami. Mogę śmiało powiedzieć, że jesienne aromaty w kuchni zaliczam do swoich ulubionych, wiec moje ambitne plany by w końcu zrzucić nadprogramowe kilogramy, mogę odłożyć na bardziej sprzyjające czasy. :)




Wraz z latem kończą się wyjazdy oraz aktywności na świeżym powietrzu (nie licząc ogrodowych jesiennych porządków i grabienia liści), wiec automatycznie staję się typową domatorką cieszącą się ze wspólnego rodzinnego czasu. Chociaż coraz chłodniejsze dni na zewnątrz, u nas robi się coraz cieplej, gdy spędzamy ten czas wspólnie w domu. Jak miło usiąść razem w salonie, posłuchać jazzowej muzyczki z gramofonu, cieszyć się chwilą z książką i herbatą przy ciepłym świetle bocznych lampek.



Ogrodowe porządki to też coś na co czekam cały rok. Chociaż przyroda przygotowuje się do zimowego snu, przed zaśnięciem obdarowuje nas przepięknymi kolorami i owocami. 

Staram się regularnie zamiatać liście przed wejściem do Magicznego Domku a na stoliku do starej maszyny do szycia przygotowałam klimatyczny kącik.



Trzeba przyznać, że jesień jest naprawdę przepiękna i staramy się jak najwięcej spędzać czas na świeżym powietrzu. Ogrodowe spacery z Vincentem (jesteśmy jeszcze przez ostatnim szczepieniem) czy niedzielne ognisko z kociołkiem na obiad.



Czekając na obiadowe pyszności, czytamy sobie książki przy ognisku. Ostatnio przypomniała mi się książka dla dzieci, którą bardzo lubimy, ale dawno do niej nie zaglądaliśmy. Zamówiłam ją do na nas do sklepu by mieć piękne pozycje na jesień. "Jabłonka Eli" to przepięknie ilustrowana książka z prostą historią pełną ciepła i uroku. Dopiero po czasie dopatrzyłam się, że przecież występuje w niej nasz długowłosy jamniczek! :)



Gra świateł, ciepłe koce, przytulne wnętrza i aromaty zapowiadające pyszny domowy posiłek.


Jesień zapowiada się ciekawie, będzie to jednak ukłon w stronę świata wewnętrznego niż zewnętrznego. Myślę, że naturalną potrzebą jest zwolnienie i dostosowanie się do panującej pory roku. Rok temu pisałam o sposobach na jesienne wyciszenie - w tym roku plany mam bardzo podobne. Dużo kreatywnych działań takich malowanie akwarelami nowych kolekcji (uwielbiam ten proces), prace plastyczne z dziećmi czy nawet drobne robótki: stworzenie jesiennego wieńca przed domem czy wyhaftowanie imienia Vinenta na posłaniu. Mam również w planach dwa filmowe wieczory w tygodniu, gdzie będę nadrabiała stare filmy z lat 80 i 90 tych, które chcę odświeżyć. Mam już kilka za sobą i z racji nabytych latami doświadczeń oglądam je jakby na nowo. To było zupełnie inne kino niż teraz, gdzie nie tyle akcja była najważniejsza, ale przemyślenia, które pojawiały się w nas po seansie. Z pewnością pojawi się o tym jakiś wpis, ale póki co zapisuje w notatniku powiększającą się listę filmowych perełek. W pozostałe wieczory obowiązkowo książka! 

Kochani, cudownej niedzieli i nadchodzącego tygodnia Wam życzę i lecę na pyszne bułeczki i leczo z kociołka. Aż ślinka mi cieknie. ;)

Do napisania!

SHARE:

03 lutego 2024

Myśli przeplecione książką i przepisem: Sycąca sałatka na obiad i Dom Duchów

Ostatnie tygodnie nie były dla nas łaskawe, ale mam wrażenie, że małymi kroczkami zaczyna się wszystko stabilizować. Byłam niesamowicie zmęczona końcówką roku, gdy połowę października i cały listopad i grudzień codziennie witała mnie szpitalna rzeczywistość. W styczniu znów powróciła. Niepewność, strach, chroniczny brak czasu wyszły na powierzchnie w postaci mojej choroby (coś wirusowego przerodziło się w ropne zapalenie zatok) i skończyło się antybiotykiem. Do tego mocno siadła psychika, zaczęłam się nawet o siebie martwić, czy z tego wszystkiego nie wpadnę w ciemną stronę mocy. Ciężko było mi prosić o pomoc, gdy najbliżsi wokół mnie również jej potrzebowali. Dalsze osoby dawno wpadły w wir pędu życia i własnych trosk, że obawiam się nawet by mnie nie usłyszeli.

I wtedy zdałam sobie sprawę, że sama musze zadbać o swój dobrostan i zacząć się wsłuchiwać się w samą siebie. Nie jest to łatwe, gdy ciąży na Tobie odpowiedzialność, gdy dbasz o rodzinę, masz sporo pracy, codziennych obowiązków. Ale czasami warto zacząć od małych kroków. 

Jesteś zmęczony? - wysypiaj się i przez jakiś czas chodź spać nawet o 21. Nie masz energii? Zacznij ćwiczyć, czasami wystarczy porobić najprostsze ćwiczenia przez 10 minut dziennie lub wyjść na spacer. 

To tylko przykłady, ale w dzisiejszych czasach zwykliśmy sądzić, że tylko wielkie rewolucje zmienią nasze życie. Gdy jesteśmy w dołku, mamy naprawdę mało sił na wielkie zmiany, przez takie właśnie myślenie poddajemy się już na samym początku. Właściwie te małe zmiany skazujemy na porażkę. 

I tak małymi kroczkami wygrzebuje się z szarej rzeczywistości, dużo planuję, spisuję, określam cele w głowie. Dużo odpoczywam, choroba dała mi pstryczka w nos i uziemiła mnie w domu na parę dni, dając do zrozumienia, że trochę przeceniłam swoje możliwości. Chcę być zdrowa, więc w tym miesiącu mam zaplanowane kilka wizyt u lekarzy, by rozwiać parę drobnych problemów, które wpływają na moją codzienność. To są na prawdę drobne sprawy, ale tam, gdzie moje działanie przekłada się na rzeczywistość, staram się po kolei działać. Czasami trzeba zwolnić, czasami zmienić zupełnie schemat działania, ale zawsze jest jakieś rozwiązanie. Jest mnóstwo spraw na które nie mamy wpływu, ale wszystkie inne warto zauważyć i się nimi zająć. 

Zimowa aura już trochę ciąży nam na duchu, ale możemy się przed nią schować (i to też jest dobre, by oddać się różnym kreatywnym aktywnościom w zimowe wieczory - pisałam o nich tu.) lub wyjść na przeciw. Po śniegu nie ma już śladu, ale jakiś czas temu zdążyliśmy ulepić bałwana i porzucać się śnieżkami. :)




Cudownie wrócić po takiej zabawie na ciepłą herbatę do domu i zrobić coś dobrego na obiadek. Tym razem nietypowy przepis na przepyszną sałatkę, która z powodzeniem zastąpi cały posiłek. Moje dzieci ją uwielbiają, więc cieszę się na tą porcję witamin w zimowe dni.

Pierwszym krokiem jest upieczenie pokrojonych w kostkę batatów (ok. 30 min w temperaturze 180 stopni).


Tak na prawdę sałatka jest kolejną wariacją, ponieważ zazwyczaj robię ją z jarmużem. Wówczas liście jarmużu gniotę w naczyniu z oliwą z oliwek i całym awokado - dzięki czemu kruszeje i robi się delikatny. Gdy nie było jarmużu w sklepach, sięgnęłam po liście szpinaku (rukola też się nada jeśli chcecie podkręcić smak).


Do liści szpinaku dodałam upieczone bataty, ser feta, czerwoną cebulkę.



Następnie dodałam gotowaną ciecierzycę (kupiłam już taką w paczce) ale może to być też soczewica czy też pełnoziarnisty makaron al dente lub komosa ryżowa. Coś zdrowego, co sprawi, że sałatka będzie bardziej pożywna.


Następnie dodaję dodatki - coś słodkiego czyli żurawinę, coś chrupkiego czyli orzechy (tutaj włoskie) coś mdłego czyli awokado:) i coś odświeżającego tym razem jest to granat.


Dolewam oliwy, octu balsamicznego, pieprz i sól. Następnie mieszam całą zawartość sałatki.


Sałatka wychodzi niesamowicie pożywna i przewagą słodkiego smaku. Można się nią naprawdę najeść i z powodzeniem zastępuje nawet rodzinny obiad bo wychodzi jej sporo! My podaliśmy ja z garstką nachosów by zrównoważyć słodkość.

Bardzo polecam różne wariacje tej sałatki również na wszelakie domowe przyjęcia. 

W styczniu sięgnęłam po niesamowitą książkę, która mnie pochłonęła. "Dom duchów" Isabel Allende czekała na mnie 3 lata, gdyż w poprzednich latach zdarzało mi się kupować więcej książek, niż zdołałam przeczytać. Teraz ten schemat przełamuje, pochłaniając coraz to nowe pozycje znacznie szybciej.


Staram się też nie popadać w konkretny typ książek i każda następna pozycja daje mi inne przeżycia i przemyślenia. Poniższą opowieść tworzą trzy pokolenia wplecione w dynamiczną historię Chile. To, że książka napisana jest w stylu realizmu magicznego, gdzie łączy czynniki zewnętrzne (wydarzenia) z psychologią i wewnętrznym dialogiem, powodują, że czyta się ją w wyjątkowy sposób, gdy niektóre zawiłe, wręcz nierealne zdarzenia wydają się tworem rzeczywistości a nie wyobraźni. Dla mnie realizm magiczny często podkreśla małostkowość życia, jego kruchość, gdy w trakcie czytania przestaje zadziwiać mnie magiczna otoczka, a właśnie ludzkie zachowania, które wydarzają się na całym świecie każdego dnia. 

Nie jest to książka dla każdego, ale jeśli ciągnie Cię do takiej literatury jak "Sto lat samotności" Marqueza czy "Gra w klasy" Cortázara* to z pewnością i ta prawie 500 stronicowa powieść przypadnie Ci do gustu. 
(Pierwszego autora uwielbiam i wraz z książką "Miłość w czasach zarazy" to moje ukochane książki mojego dorastania, natomiast mam wydanie "Gry w klasy" z 2004 roku (!) i coś czuję, że dopiero teraz może nadejdzie na nią pora, bo jest mocno intrygująca, nawet przez sam fakt jak się ją czyta - ale cały czas czuje się na nią za malutka).

"Dom Duchów" czytało mi się cudownie.
 

Choroba ograniczyła moje zapędy do ogarniania przestrzeni, ale jestem dumna, że przez ten czas dom nie popadł w ruinę. :) Czasami to, że pościelimy łóżko, wstawimy zmywarkę i poodkładamy rzeczy na miejsce to już naprawdę dużo. Na większe porządki przyjdzie czas - tym razem planuję ogromnie zmiany w szafie. Wrócę jeszcze do Was z tym tematem.

A tu urocze śniadanko do łóżka od moich milusińskich po praktycznie nieprzespanej nocy. Było różnie ale wiem, że trzeba cieszyć się z małych rzeczy, bo każda z tych chwil ma znaczenie. To małe podmuchy, które w końcu rozwieją chmury i pozwolą wyjść słońcu.




A czasami trzeba pomagać sobie witaminkami. Idealny koktajl: 2 jabłka, 2 pomarańcze, 2 kiwi, 250 ml wody i mód.


Zdrowa przekąska.

Nie nie chcę pisać "byle do wiosny", bo każdy okres ma swój urok, ale chyba mogę lekko wspomnieć, że brakuje mi już trochę słońca (ostatnio było wiele pochmurnych dni), śpiewu ptaków i oddychania pełną piersią na świeżym powietrzu. Do wielu moich planów w nadchodzących miesiącach będzie potrzebna masa energii, a tego w panującej aurze mi trochę brakuje. 

Ale z każdym dniem będzie tylko lepiej!

Do napisania niebawem. :*

SHARE:

17 stycznia 2024

Myśli przeplecione książką i przepisem: Gulasz z kopytkami z batatów, Łakome i Wybór

Kochani, na wstępie ogromnie dziękuję Wam za tak ciepłe przyjęcie nowego cyklu na blogu. Oczywiście będą pojawiały się też inne wpisy, ale póki co trwam w klimacie zimowania i radzenia sobie z wszelkimi problemami odreagowując i wyciszając się w naszym domku. Mój odruch obronny i chęć życia w zgodzie z porami roku podpowiadają mi, by starać się w pełni korzystać z zimowej aury. To dobry czas na wyciszenie, domowe porządki, czytanie książek, przemyślenia i kreatywne aktywności w zaciszu domowym, na które będzie znacznie mniej czasu w sezonie wiosenno-letnim. Wtedy mam inne plany, które będą wymagały czasu, dlatego staram się nie narzekać na zimową aurę za oknem, a wręcz się z niej cieszyć. Obecnie brakuje mi trochę więcej czasu spędzonego na świeżym powietrzu, więc może w nadchodzący weekend wybierzemy się z dziećmi na sanki i ulepimy bałwana. Powinniśmy zadbać o regularny kontakt z naturą niezależnie od panującej pogody na zewnątrz.

Lubię zmienność pogody. Cała paleta nastrojów i barw. Dziś biała pierzynka w całej okolicy, a jeszcze parę dni temu siarczysty mróz i oszroniona roślinność w ogrodzie.

Doceniam wtedy fakt, że mamy ciepło w domku i... prąd na poddaszu. Kto pamięta jak dwie zimy nie działały u nas żadne boczne kontakty? Uważam bowiem, że boczne lampki to jeden z ważniejszych atrybutów pozwalających przetrwać jesienne szarugi oraz zimowe wieczory. 

W naszym domu praktycznie nie używamy górnych świateł - służą nam tylko do chwilowego zapalenia, gdy coś szybko musimy odnaleźć w danym pomieszczeniu. Wieczorami palimy po 2-3 lampki boczne w pokoju, w którym przebywamy. Jeśli dzień jest wyjątkowo ciemny i ponury oraz przeważają zimne tony przedzierające się do wewnątrz, wówczas ciepłe światło lampek umilają nam nastrój. To przyjemne uczucie czuje wewnątrz siebie. To kolejny dowód na to, że wystarczą drobne rzeczy, by pozytywnie wpływać na swoje samopoczucie.

Czytam, dużo czytam i jestem tym faktem zachwycona. Zaczęłam jeszcze świadomiej rezygnować z pewnych rzeczy. Niestety lub stety, nie jesteśmy w stanie w życiu robić wszystkiego na raz. Wybieram wiec to co mi bardziej służy. Ograniczam media społecznościowe i korzystanie z telefonu, jestem też bardzo w tyle jeśli chodzi o filmy i seriale. Nawet nie nadrobiłam ostatniego sezonu "The Crown", na który tak czekałam. Jeszcze znajdę na niego chwilkę, ale póki co cieszę się dobrą passą jeśli chodzi o czytanie. W połowie stycznia mam już 3 dobre książki za sobą. O pierwszej już pisałam, więc czas na dwie kolejne, które ostatnio przeczytałam.

W zeszłym wpisie pokazałam książkę balsam, dzisiejsze to będą małe trzęsienia ziemi.

Mam swoją "playlistę" książek do przeczytania (mam wiele kupionych, które czekają w kolejce), lecz wciąż pewne pozycje same mnie odnajdują wołając o przeczytanie. Gdy trafiłam na listę najlepszych książek z 2023 roku mocno zaintrygowała mnie pozycja "Łakome" Małgorzaty Lebda. Przyciągnęła mnie wiejska sceneria i wątek choroby, który w naszej rodzinie jest nam bliski i nie staram się od niego uciekać. Zastałam jednak coś głębszego. Książka bardzo mnie zaskoczyła kontrastami. Fabuła bardzo prosta, jednak tak wiele się dzieje w sferze uczuć. Słowa niesamowicie oszczędne, czasami wręcz zimne ordynarne, ale zarazem pełne przekazu, wewnętrznego ciepła i poetyckości. Książka pełna skrajności, które tworzą całość. Prosta, ale niezwykle głęboka w przekazie. Nie jestem pewna czy to książka dla każdego, mnie jednak zachwyciła.

To co lubię w książkach to spontaniczny impuls, który powoduje, że do mnie trafiają. Z pewnością przyciąga je tematyka, która mnie interesuje, ale lubię myśleć, że po prostu podsuwa mi je jakaś wyższa siła. Tak też było z książką "Wybór. Przetrwać niewyobrażalne i żyć" Edith Eger.

To nie jest tak, że tematyka wojenna mnie szalenie interesuje. Przyznam, że w pierwszym odruchu historia holokaustu wręcz mnie odstrasza i narusza mój wewnętrzny spokój. Jednak jednocześnie czuje głębokie przyciąganie, by się z tą historią na nowo zmierzać. To nie jest moja pierwsza pozycja tego typu. Głęboko polecam "Człowiek w poszukiwaniu sensu" Viktora Emila Frankla - książkę  opartą na przeżyciach autora, która opowiada o straszliwych doświadczeniach wojennych, a później łączy przemyślenia z ogromną wiedzą psychologiczną. Autor próbuje odkryć, jak powstaje w człowieku niesamowita chęć przetrwania w skrajnie okrutnych okolicznościach. Nawiązując do doświadczeń z obozów koncentracyjnych, autor zastanawia się, co sprawia, że ludzie nawet w takich miejscach mogą zachować wolę życia i zakłada, że najważniejszą potrzebą każdej osoby to poszukiwanie sensu. Książka "Wybór" jest bliźniaczą pozycją, jednak opowiedzianą przez kobietę, która trafiła do obozu mając 16 lat, by później na bazie swoich doświadczeń móc prowadzić własną praktykę (zostaje psychologiem) i dochodzi do cudownych wniosków na temat życia człowieka.

I chociaż tematyka wydawać się może okrutna, to ma ogromny pierwiastek ludzkiej siły i nadziei. Myślę, że książki mogą nas koić jak i brutalnie oczyszczać. Oba sposoby są nam potrzebne i po oba rodzaje literackich uczt staram się sięgać naprzemiennie. W trakcie czytania tej książki miałam pewien incydent. Zgasiłam światło o 24 i nie mogłam zasnąć. Problemy dnia codziennego jednocześnie mieszały się z naruszoną wrażliwością przez czytaną historię. Zeszłam na dół, by zrobić sobie herbatę i przez bite 40 min płakałam. Wyszły wszystkie moje stłumione emocje, na które w ostatnich tygodniach nie było "czasu". Paradoksalnie ta książka mnie uwolniła. Czy odważę się w końcu przeczytać "Wybór Zofii" lub chociaż obejrzeć kultowy film z Meryl Streep? Chociaż jestem orędowniczką spokoju i dbania o swój dobrostan, to jednocześnie jestem mocno za tym, by w życiu wychodzić ze strefy komfortu, zwłaszcza, gdy pewne doświadczenia czy przeczytane książki mogą dotknąć głębszych zakamarków naszej duszy i człowieczeństwa.

Ale każde trzęsienie ziemi mogą uspokoić zapachy z kuchni...

Dziś kolejny przepis z Magicznego Domku. Gulasz z piwem i kopytkami z batatów. 

To nie jest typowy przepis na szybko, ale z pewnością taki, który pomaga w kuchni się trochę zatracić (a to też jest całkiem dobry sposób na radzenie sobie ze stresem i problemami). :)


Do gulaszu użyłam 400g wołowiny i 400g wieprzowiny i obtoczyłam pokrojone kawałki w 4 łyżkach mąki.


Na kuchence stawiam kociołek (może być też normalny, głębszy garnek), do którego będę wrzucała po kolei podsmażone produkty.
Na osobną, dobrze rozgrzaną patelnię z oliwą oliwek wrzucam w 2 turach mięso otoczone mąką. Często mieszam i czekam aż zbrązowieje. Podsmażone mięso przekładam do rondelka.
Następnie podsmażam 100g pokrojonego boczku, a następnie dodaję 3 czerwone cebule pokrojone w półplasterki (dodaje szczyptę cukru brązowego). Duszę aż zeszkli się cebula i następnie ją również przekładam do kociołka.


Już bezpośrednio do kociołka dodaję pokrojone warzywa: 3 łodygi selera naciowego, 2 pietruszki i 2 marchewki pokrojone w kostkę, 4 ziemniaki oraz świeże zioła (rozmaryn lub tymianek). Ja w tym przypadku dodałam nasz tymianek z ogrodu, który pomimo zimy, pięknie się trzyma. :)


Następnie wszystko zalewamy 2 puszkami piwa (1 litr). Gdyby piwo nie zakryło wszystkich składników, można dolać trochę wody (nie więcej niż szklankę). Piwo spowoduje, że wołowina skruszeje i będzie miękka, natomiast 2,5 godzinna obróbka termiczna pozbawi go zawartości alkoholu.


Doprowadź do wrzenia i zmniejsz ogień i gotuj przez 2,5 godziny. W tym czasie przygotujemy kopytka.
 

Kopytka z batatów i z ziemniaków (ok. 1kg razem - proporcie pół na pół). Bataty kroimy, polewamy oliwą i solą i pieczemy ok. 25 min w piekarniku nagrzanym do 190 stopni. W tym czasie w garnku gotujemy do miękkości ziemniaki z solą.


Gdy warzywa są ciepłe, rozgniatamy je w jednym garnku.


Zostawiamy chwilę do ostudzenia.


Na stolnice (trochę żałuję, ze swojej nie wyciągnęłam, bo ciasto na kopytka jest przecież bardziej lepkie ;) ) wysypujemy 250g mąki, łyżeczkę soli, rozgniecione bataty i ziemniaki, 1 jajko oraz zioła (ja dodałam tymianek, ale może być też rozmaryn czy posiekana bazylia).


Zagarniając mąkę do środka zagnieść składniki w luźne i lepiące się ciasto. Podczas formowania dosypywać w razie potrzeby mąką. Następnie ciasto podzielić na 2 części a następnie połówki na 3 części. Z każdej z 6 części będziemy formować wałeczek.


Następnie pokroić na kopytka i posypać mąką. 


Uwaga, mogą się posklejać i nie będą idealne, ale to nic nie szkodzi - lubię jak dania wyglądają domowo.


Kopytka wrzucamy w 2 partiach na zagotowaną i posoloną wodę w dużym garnku. Gotujemy do wypłynięcia na powierzchnię (ok. 3 minuty) i wyjmujemy łyżką cedzakową.


Warto kluseczki przygotować tuż przed podaniem. Gulasz po 2,5 godziny powinien być już gotowy, ale warto sprawdzić czy mięso (zwłaszcza wołowe - to ciemniejsze będzie miękkie). Oczywiście mieszając na sam koniec, doprawiamy dodatkowo gulasz solą i pieprzem. 

Pycha! Danie idealne nie tylko na obiad ale też rodzinne przyjęcie (gulaszu spokojnie starczy ale wtedy zrobiłabym więcej kopytek).

Zimowe dni i różne przemyślenia mogą też trochę osłabić. Czasami ta słabość potrzebna nam jest by paradoksalnie nabrać siły. Ważne jest też wsparcie najbliższych, którzy pozwalają Ci odpocząć i jeszcze przyniosą przepyszne śniadanko do łóżka. Kochane skarby!

Druga cześć stycznia zapowiada się bardziej towarzysko, więc póki co korzystam z chwil na porządki w domu. Ponieważ nie mam aż tyle czasu, by zrobić generalne oczyszczanie, to trzymam się zasady małych kroczków. I tak sprzątnęłam ostatnio szufladę w łazience, sprawdzając daty ważności i porządkując zapasy. To dobry sposób również na zaplanowanie zakupów na nadchodzący rok. Ja już wiem, że nic nie kupuję, bo mam jeszcze sporo kremów w kolejce, a raczej dążę do minimalizowania pielęgnacji. Paradoksalnie to założenie daje mi spokój ducha i wiem czego unikać (np. mojego algorytmu na Instagramie, który podpowiada mi wszelkie kosmetyczne nowości ;) )


A jeśli jeszcze jesteśmy w temacie samorozwoju oraz doskonalenia komunikacji miedzy bliskimi nam ludźmi (oba aspekty mocno wpływają na jakość naszego życia), to polecę Wam serię na HBO Brene Brown: Atlas serca. 

Jest to mini serial dokumentalny, który zgłębia ludzkie emocje na podstawie zebranej wiedzy z zakresu psychologii na przykładach najważniejszych cytatów oraz scen z całej kinematografii. Wszystkie najważniejsze emocje omawiane są z aktywnym udziałem publiczności. Gdy bliska osoba chciała ten dokument ze mną obejrzeć od razu pomyślałam, że chętnie obejrzę, bo lubię tą tematykę, ale jako osoba dość dobrze odczytująca wszelkie emocje, będzie to dla mnie typowo ugruntowaniem wiedzy. Jak się okazało wiele poruszanych aspektów mnie bardzo zaskoczyło, jak również niesamowicie spodobała mi się sama koncepcja, że trafne nazwanie danej emocji przez sobą, jak również w trakcie rozmowy z drugim człowiekiem ma realny wpływ na jakość komunikacji. Człowiek bardzo często spłyca emocje do trzech kategorii: wściekły (angry), smutny (sad), szcześliwy (happy) - a prawda jest taka, że emocje, które odczuwamy w danych momentach życia mają wiele odcieni a ich dosłowne nazwanie pomaga nam je zrozumieć i się z nimi zmierzyć. Zawiera też masę ciekawostek jak języki różnią się w nazywaniu uczuć (okazuje się, że te europejskie mają jeszcze szerszy zakres). Jeśli interesuje Was ta tematyka to gorąco polecam Atlas serca, który w przystępny sposób może odmienić spojrzenie na siebie i drugiego człowieka. Warto dawkować sobie 40 minutowe seanse, by zostawić sobie przestrzeń na przemyślenie poruszanych tematów.

Najlepszego kochani i do napisania już niebawem! Mam nadzieję, że druga część cyklu również przypadła Wam do gustu. :)

SHARE:
© Magiczny Domek. All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig