26 marca 2023

Kolor w naszym otoczeniu

Bywa, że w środku robienia zakupów w galerii handlowej, siadam sobie spokojnie w kawiarence sklepu Ikea tuż przy regale z książkami i zamiast patrzeć w telefon, sięgam po jedną z proponowanych na półkach pozycji i czytam. Pewnego dnia w moje ręce trafiła książka "Joyful" Ingrid Fetell Lee o tym jak zaprojektować radość w swoim otoczeniu. Bardzo mocno zaintrygowała mnie ta pozycja, więc szybko zamówiłam ją w internetowym antykwariacie. Czytam ją obecnie z ciekawością i rozmyślam o roli koloru w moim otoczeniu. 

Kolor w moim życiu odgrywa niesamowitą rolę. Już na studiach uczyliśmy się jego mocy, bardziej od technicznej strony. Malując martwą naturę musieliśmy mocno analizować to co widzimy. Czy wiecie, że cień w pomieszczeniu jest ciepły, a w plenerze zimny? Każdy z nas starał się odnaleźć swój styl i sposób wyrażania siebie. Ja malując martwą naturę ustawiałam się do obiektów przodem. Malując martwą naturę nieco z boku można było namalować ją w perspektywie, która niewątpliwie nadawała całej kompozycji kształt i łatwiejszą drogę do oddania rzeczywistości. Ja stojąc tuż przed stołem z przedmiotami, perspektywę zaznaczałam właśnie kolorem. Obrus załamywał się na końcu stołu, gdzie tak na prawdę było to widoczne tylko za sprawą cienia, czyli ciemniejszego i cieplejszego odcienia materiału. Nauczyłam się też patrzeć na kolory na zasadzie proporcji. Nie ma na świecie koloru bez kolorów dodatkowych. Nic co widzisz nie jest w 100% niebieskie lub żółte. Jeśli widzisz czerwień, to ona ma w sobie albo więcej żółci, albo niebieskiego, a często właściwie różne barwy w innych proporcjach. 

Kolor to też bardzo ważny aspekt mojej pracy. Tworząc wzory dla dzieci nieustannie myślę nad jego rolą i staram się zachować balans. Sama nie przepadam za chaosem i przebodźcowaniem, ale szaro-beżowy świat dziecka wydaje mi się zbyt jałowy i smutny. O ile na samym początku mamy chcą stworzyć dla maleństwa błogi, bezpieczny świat sięgając często po stonowane, jasne kolory, o tyle obecność kolorów w otoczeniu dziecka jest niezwykle ważna w jego rozwoju. Problem wielu osób jest taki, że na siłę dążą do skrajności. Dotyczy to wielu aspektów życiowych, ale poruszając się w tematyce wnętrz i rodzicielstwa widzi się dwa skrajne nurty. Są to "smutne beżowe mamy" - termin, który określa pewnie rzucające się Wam często w oczy wnętrza dziecięcych pokoików (często w świecie Instagrama), gdzie absolutnie wszystkie elementy od ścian, pościeli, mebli oraz dodatków i zabawek nie wykraczają poza barwy beżowe i szare. Oczywiście mamy tworzące taką przestrzeń nie są absolutnie smutne, wręcz tryskają dumą i satysfakcją, bo często mają na celu podkreślanie, że wszystkie produkty, które oferują swojemu dziecku są najlepszej jakości z górnej półki. Druga, często widziana stylistyka w naszej polskiej społeczności, to świat koloru, nadmiaru i przesady w otoczeniu dzieci. To świat cekinów, świnki Pepy, Elsy i Spidermana oraz wszystkich kolorów tęczy na raz. I żebyście mnie dobrze zrozumieli, to wszystko jest dla dzieci, ale jak to we wszystkim, najodpowiedniejsze byłoby zachowanie umiaru. Dziewczynka uwielbiająca tiule i cekiny może mieć piękną spódniczkę w tym stylu, ale może warto wtedy dobrać do niej prostą, jednobarwną podkoszulkę. To samo dotyczy słodyczy. Jeśli ich zakażemy, dzieci mogą później się wręcz na nie rzucać (np. na urodzinowym przyjęciu innego dziecka), ale z drugiej strony przecież nie dajemy dzieciom do dyspozycji szwedzkiego stołu 24H z samymi słodkościami. Przepełniony pokój z masą krzyczących kolorów może wpływać na brak koncentracji oraz nerwowość. 

Myśląc o tym wszystkim, doszłam do wniosku, że w malowanych wzorach staram się również zachować harmonię. Lubię jasne, optymistyczne tło, sięgam po stonowane kolory, ale nadal pamiętam, że kolor dzieciom jest potrzebny do prawidłowego rozwoju. A jak jest we wnętrzach? 

Ostatnio wróciłam do starych wpisów z mojego poprzedniego mieszkania, które prezentowałam tu na blogu jakieś...12-13 lat temu. I wiecie co? Wiele rzeczy podoba mi się nawet teraz! Pomimo, iż trochę mój styl się zmienił (co jest całkiem normalne) to cenię sobie w tych wnętrzach właśnie odpowiednie dawkowanie koloru i z lekką nostalgią wróciłam do swojej kolorowej osobowości z przeszłości. Nigdy nie było to przesadzone w żadną stronę, i zawsze trzymałam się naturalnej bazy (sięgając po barwy ziemi, drewna i zieleni w postaci roślin) decydując się na jakieś mocniejsze akcenty kolorystyczne. Mocniejsze nie oznacza neonowe, krzykliwe. Kolor we wnętrzach Magicznego Domku, zawsze jest taki trochę przybrudzony a eklektyzm, który tu panuje pozwala na zastosowanie całej palety kolorów w zależności od pomieszczenia. 

Jednak ostatnio oszalałam i zapragnęłam jak nigdy koloru! Natchniona książką i różnymi przemyśleniami, zaczęłam poszukiwać możliwości odmiany naszych czterech ścian. Przestawiałam przedmioty, buszowałam w Internecie, oglądałam tysiące plakatów, kupiłam odważniejsze poduszki i próbowałam... i gdy trochę ochłonęłam z tej pozimowej obsesji i potrzeby koloru, zdałam sobie sprawę, że on przecież tu jest i był u nas wcześniej i nic tu nie trzeba zmieniać. :)

I dobrze mi jest w moim nastawieniu do wielu życiowych aspektów i refleksji płynącej z doświadczeń, że żadna skrajność nie jest dobra. I taki złoty środek odnajduje w Magicznym Domku w naszej codzienności.





Małe kolorowe zakupy (oprócz stroju - swetra i balerinek, które po prostu chętniej teraz nosze, ale też do stonowanej bazy). Piżama z kolorowymi spodniami, łososiowa doniczka, patera, dywanik do kuchni oraz świece z kryształami. 



To co lubię w naszych wnętrzach to fakt, że nie muszę ich aranżować do zdjęć. Po prostu chwytam chwile, gdy coś mnie zaintryguje. Często są to mieszkańcy Magicznego Domku, czy pięknie układające się światło, albo przedmiot, który cieszy oko.





Kolor przecież nie musi krzyczeć, może być częścią całości otoczenia. Najlepsze proporcje podpowiada natura.
 





W ubiorze też trzymam się zasady, że mam raczej stonowaną, pasującą do siebie bazę (uwielbiam biele, beże, błękity, granaty i brązy, ale dodaję jakiś odważniejszy akcent, zieloną bluzkę, sweter w czarne białe paski czy jakieś odlotowe buty.) Lubię taki styl.



I chociaż początkowo myślałam o tym wpisie trochę z innej perspektywy i chciałam zawrzeć inne przemyślenia, to moja konkluzja dla Was jest taka, że kolor w otoczeniu ma znaczenie, ale dopasujmy je do naszej osobowości. Nie zamykajmy się na kolor, tylko dlatego, że panuje taka moda. Chociaż i tu dodam mała dygresję, że jednak najwięksi architekci cenieni na świecie właśnie nie boją się koloru i go sprawnie przemycają do wnętrz.


Książkę polecam, bo jest naprawdę ciekawie napisana. To żaden poradnik (chociaż na końcu można znaleźć sporo ćwiczeń zwiększających świadomość o nas samych), a zbiór różnych spostrzeżeń i przykładów z życia codziennego na temat wpływu otoczenia na nasze poczucie szczęścia. Książka zaczyna się od kolorów, ale dotyka innych tematów jak zabawa, harmonia, magia czy poczucie wolności. Różne aspekty, które wpływają na nasze samopoczucie. Oczywiście możemy oddać je światowi, który nas otacza bez żadnego wysiłku, a możemy spróbować mieć realny wpływ na nasz otaczający świat za pomocą naszego nastawienia i uważności. Czasami wręcz nie zdajemy sobie sprawy ile tak na prawdę zależy od nas samych. 

Tak więc dziś taki trochę planowany, lecz w rezultacie spontaniczny wpis o moich ostatnich przemyśleniach okraszonych zdjęciami z Magicznego Domku większości z dziś lub minionego tygodnia. To co piszę na blogu, często tak na prawdę jest swoistą terapią, jakimś porządkowaniem zagadnień w mojej głowie. I miło mi niezmiernie, że mi w tym procesie towarzyszycie. :)

Pozdrawiam Was tęczowo i wracam jeszcze w tym tygodniu z migawkami miesiąca.

Do napisania!

SHARE:

28 lutego 2023

Migawki Lutego '23

Kolejny miesiąc za nami. Luty, chociaż krótki i zimowy, minął nam w naprawdę dobrej atmosferze, nie licząc mojego spadku formy i 2 tygodniowego przeziębienia. O dziwo tym razem wiedziałam, że nie zaatakowały mnie żadne panujące wirusy, a po prostu zmarzłam, zawiało mnie i wiedziałam, że to nie skończy się dobrze. Luty był też miesiącem miłego skupienia, miałam sporo pracy przy swoim biureczku podczas malowania i było mi niezwykle dobrze w zaciszu ciepłego domu. Zobaczmy co się wydarzyło w minionym miesiącu. Sama jestem ciekawa co się znalazło na zdjęciach. :) Zaczynamy!

Kolejne odwiedziny u Ani i jej malutkiej, trzytygodniowej córeczki oraz błogie rozmowy przy herbatce i śpiącym maluszku.


Tu randka sam na sam z Marysią, która takich wypadów, chociażby do Ikea na zakupy z mamą bardzo potrzebuje.


Tłoczno na nocnym stoliczku. :)


Keto omlet robiony przez Pana Poślubionego był moją małą obsesją w tym miesiącu. 


Przytulny salonik z krasnoludkiem na parapecie.


A tu wypad z księciem na kawę. W tym miesiącu bywałam często w sklepie Ikea. Do końca miesiąca miałam do wykorzystania dwa talony, które otrzymaliśmy przy okazji zakupu rzeczy do nowej kuchni.



Tak tęskno już do wiosny.


Nie ukrywam, że miałam trochę wyrzutów sumienia, że było sporo bajek tej zimy. Jednak bywa czasami trudno zrobić coś z nieustającymi orbitami wokół nogi.


Ale staraliśmy się to dobrze balansować i korzystaliśmy z przepięknej pogody.
 

To był cudowny dzień.



Wiem, że jestem już w tym temacie monotematyczna. Cóż poradzić, że na wiele moich małych stresów, to jest forma ukojenia i relaksu, którą mam na wyciągnięcie ręki.


Wiele Was pyta czy jest jakaś różnica w posiadaniu chłopca czy dziewczynki. Ogólnie mam raczej założenie, że wszyscy jesteśmy po prostu ludźmi z małymi różnicami i przywilejami. Wiadomo, że mężczyzna nie urodzi dziecka, a przeciętna kobieta nie dosięgnie czegoś wysokiego, ale te różnice są mniejsze między płciami niż między ogólnie ludźmi. Jednak jest coś wyjątkowego mieć dwie małe kobietki i dwóch kochających mnie mężczyzn. Ta miłość dodaje mi skrzydeł. W wydaniu Miłoszka jest taka czuła i delikatna. To mój wyjątkowy Walenty. 


Praca domowa i drzewo genealogiczne Marysi. Urocze!


Tak na prawdę w głębi duszy jesteśmy hipsterami. ;) 
W gabinecie Pana Poślubionego postawiliśmy nasz stary telewizor (ma może 13 lat?), który kurzył się na strychu. To na nim oglądamy filmy z mediów strumieniowych (telewizji nie mamy) i uważam, że ten telewizor jest na prawdę super i nie ma potrzeby go zmieniać! Może kiedyś damy go do muzeum. :P


Hermiona gotowa na ostatki.


W tym miesiącu zaczęłam skrupulatnie pisać kilka zdań każdego dnia w kalendarzu. Ten znalazłam w empiku i bardzo podobają mi się w nim dodatkowe materiały pomagające uporządkować swoje plany, wartości i przemyślenia. Widzę dużo korzyści w prowadzeniu takiego dziennika, jakbym jeszcze mocniej utwierdzała się w tym kim jestem.


Wyjście z dziewczynami. Chociaż bardzo lubię czasami pobyć sama (lubię swoje towarzystwo i nigdy nie czuję się samotna), jednak jak we wszystkim lubię równowagę i życie towarzyskie jest dla mnie równie ważne. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo ważne jest dla mnie, by zachować ten balans.


Jak zwykle uroczy wieczór z masą inspirujących rozmów.


Błękit nieba za oknem z podwójnymi chmurami. Jestem wrażliwa na takie piękne widoki i często się przy takich zatrzymuje będąc nawet w domu. Niebawem takie niebo będzie również częścią świata zewnętrznego. Nie mogę doczekać się chwil spędzonych w naszym ogrodzie.


Zwolnij - powiedział mój organizm, chociaż od listopada naprawdę widzę duże postępy i jeszcze mocniej dbam o to, by się w tym życiu nigdzie nie śpieszyć. Jednak jeszcze muszę popracować nad swoją odpornością i zdrowiem, bo przed dwa tygodnie miałam duży spadek formy.


Każdy promień słońca na wagę złota.


Czasami i mamie trójki dzieci uda się wypić kawę w ciszy i spokoju. Dzięki temu te chwile się jeszcze bardziej się celebruje i docenia.


Ach co to był za wieczór! Wybawiliśmy się na 40 urodzinach przyjaciela na 102! 
Ja już w lekkim spadku formy myślałam, że skończę jak Ben Affleck na rozdaniu nagród Grammy, a tu znów sama siebie zaskoczyłam i zaszalałam na parkiecie. :)


Czas na odświeżenie chłopięcej fryzurki.


I po! :)


Czytam obecnie.


A w Layette również nowości książkowe. Bardzo lubię nasz dział z pięknie ilustrowanymi książeczkami dla dzieci.


Lubię to inspirujące miejsce.


Uwielbiam cięte kwiaty w wazonie, a te jak w piosence Miley Cyrus kupiłam sobie sama. :)


Czytanki usypianki. :)


Gościliśmy koleżankę Marysi po szkole. 


A ja sukcesywnie robię wiosenne porządki i przy okazji wyprzedaże różności. Uwielbiam tą całą idee nie marnowania rzeczy i dawania im drugiego życia. Bardzo się cieszę, że tyle przedmiotów znalazło swój nowy domek, tym bardziej, że były w historii też większe przedmioty jak toaletka czy dziecięce łóżeczko. 

Zastanawiam się nad cyklem wpisów na temat jakości produktów, o ich dłuższym zastosowaniu, jak również o idei szukania skarbów z drugiej ręki. Czy takie tematy Was zainteresują?


A tu moje prawdziwe skarby, którym już tak trudno zrobić normalne zdjęcie.


Bo kończy się to zazwyczaj tak. :)


Marysia rozpoczęła przygodę z haftowaniem i byłam zaskoczona, że tak pięknie jej to wychodziło.


Taki zestaw z rysowanymi kształtami odnalazłam w TKMaxx (prezent na gwiazdkę) ale sama wcześniej tego typu zestaw startowy zamawiałam na allegro dla siebie.


Polski, pyszny niedzielny obiadek u Babci.


Filmowe wieczory z Hobbitem i popcornem.


Drugoklasistka, co raz lepiej wchodzi jej nawyk odrabiania lekcji od razu po szkole, by potem mieć to z głowy.


Mój promyczek, widzę w Gabrysi dużo z siebie z dzieciństwa.


Decyzja o pokoiku dla Miłoszka była świetnym posunięciem. Bardzo lubi swój kącik, lepiej tu śpi i muszę przyznać, że naprawdę dobrze idzie mu nauka utrzymywania porządku. To ten typ, który lubi, gdy rzeczy mają swoje miejsce. 


Z wielką chęcią wybrałam się na targi Kids Time w Kielcach, by zobaczyć co w trawie piszczy.


Zawsze dobrze przypatrzeć się jakie panują obecnie trendy, zainspirować się lub pomyśleć czego tu jeszcze brakuje. Na tych samych targach debiutowaliśmy 4 lata temu. Tym razem byłam w roli obserwatora.


A tu w drodze do spełnienia marzeń. Jeszcze chwilkę będę tajemnicza. :)


Czas na planowanie wakacji. Już w 80% mamy je rozplanowane, ale niczego nie przyspieszam, wręcz delektuje się tą ciszą przed burzą i jeszcze wieczory przeznaczam na książki, przedwiosenne weekendowe porządki i chociaż wiosna zapowiada się pracowicie i aktywnie, nie zgadzam się na ten pęd przez życie. Tak mi po prostu lepiej na duszy. 


Ostatnie dni lutego takie zimne, że zawsze potrzebuję chwilki, gdy wracam do domu, by się rozgrzać. Mam do tego dwa rozkoszne termoforki. I...tęsknie też za Gapcią. :(


Beże i błękity.


Ten uśmiech na pamiątkę, gdy zobaczyła naszą wyjątkową niespodziankę. 

W tym miesiącu bardzo dużo malowałam. Zimowe wieczory sprzyjają mojej kreatywności.


Najlepszy chleb na świecie - czyli domowej roboty mojej szwagierki, cioci Kasi. Muszę w końcu uszczknąć od niej trochę zakwasu i spróbować upiec chleb sama.

Ogólnie dieta keto nie szła w tym miesiącu mi najlepiej, ale doszłam do wniosku, że już nie chce stosować tak restrykcyjnej diety, ale jeść nadal świadomie (tym bardziej, że znalazłam odpowiedzi na wiele moich żywieniowych problemów). Reszta to tylko siła woli, by nie zbaczać na złą ścieżkę, bo mam niestety ku temu predyspozycje. Trzymajcie kciuki.


A jeśli o jedzeniu mowa, to nieskromnie przyznam, że do gotowania mam naprawdę smykałkę i lubię to robić, zwłaszcza, gdy mam czas i spokojną głowę na celebrowanie tej pasji. Jednak tak na co dzień, nie jestem Mamą, która przygotowuje dwu daniowe obiady każdego dnia. Ponieważ dziewczynki jedzą obiady w przedszkolu i szkole, to kolejne posiłki bywają raczej na zimno (sałatki, kanapeczki itp.). Często jednak nad tym ubolewam i ostatnio staram się zaskakiwać rodzinę również w środku tygodnia serwując na ciepło kolacje. Ponieważ często siedzę w pracy do ostatniej chwili, a potem jadę szybciutko po dziewczynki, to szukam raczej szybkich, zdrowych przepisów, które robi się raz dwa po ich powrocie (ewentualnie coś wcześniej pyrka na wolnym ogniu, gdy ja robię rundkę po okolicznych przedszkolach i szkołach). :)


Ostatnio zrobiłam zupę krem z kalafiora i białych warzyw (https://www.przepisy.pl/przepis/krem-z-kalafiora) z grzankami z parmezanem, która wyszła obłędnie! Idealna, by ogrzać się po powrocie do domu.


A na drugie danie podałam kaszę pęczak z warzywami i kurczakiem (jeśli macie ochotę również zostawiam link tu: www.przepisy.pl/przepis/jednogarnkowe-danie-z-kasza-peczak-warzywami-i-kurczakiem). Lubię intuicyjnie modyfikować przepisy, wiec dodałam jeszcze troszeczkę suszonych pomidorów, ale to połączenie warzyw z zielonym groszkiem wyszło naprawdę przepysznie. Lekko, ale za razem rozgrzewająco.


Mam zamiar częściej szukać nowych przepisów, bo nasze dzieciaczki są już w takim wieku, że warto je otwierać na nowości. Często jest tak, że dzieci mają swoje ulubione potrawy, które mogłyby jeść bez przerwy, ale taka otwartość na kulinarne nowości, jest dobrą nauką by...smakować życie! :)


I tym apetycznym akcentem kończymy migawki lutego. Jak zwykle dziękuję, że jesteście co miesiąc z nami. 

Mam plany, by w marcu znaleźć więcej czasu na pisanie. Mam nadzieję, że uda się je spełnić w natłoku wielu życiowych wątków. :)

Do napisania!
SHARE:
© Magiczny Domek. All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig