11 stycznia 2026

Moje Kosmetyki Kolorowe

Wpis zaczęłam pisać już w listopadzie, ale potem pochłonęły mnie rodzinne obowiązki i świąteczne przygotowania. Część z Was lubi tematykę kosmetyków (do pielęgnacji i kolorowych) więc często o nie pytacie. Ja, chociaż lubię podkreślić urodę makijażem (raczej delikatnie, tak by wydobyć tą "lepszą" wersję samej siebie 😏) to nie jest to temat, który jakoś przesadnie zaprząta mi głowę. Szczerze mówiąc poniższy zestaw, chcę w tym roku jeszcze mocniej zminimalizować. Oczywiście zużyję to co mam, nie będę nic dokupywać (chyba, że mi się skończy np. tusz do rzęs, który wymieniam tak co 4-5 miesięcy), ale w przyszłości chciałabym naprawdę minimalistyczną bazę. Już wiem czego potrzebuję i w czym najlepiej się czuję, a eksperymentowanie z kosmetykami kolorowymi mam już dawno za sobą. 

Na co dzień, ten delikatny makijaż daje mi poczucie, że dbam o siebie i daje sobie prawo do kilku chwil wytchnienia o poranku. Lubię te momenty, kiedy słońce wpada przez okno naszej łazienki, a ja rozkładam produkty do makijażu jak kompozycję z małymi, pięknymi przedmiotami. Każdy z nich ma swoją nietuzinkową fakturę, kolor i zapach tworząc razem coś na kształt prywatnej palety z kolorami. 

I chociaż nie maluje się codziennie, nie jestem wizażystką i kosmetyków kolorowych mam znaczniej mniej niż tych do pielęgnacji, to mam kilka produktów, które lubię i po które sięgam intuicyjnie, bo sprawiają, że wyglądam jak ja, tylko może trochę bardziej wypoczęta. W makijażu ważne jest dla mnie podkreślenie urody a nie kompletna odmiana i zmiana rysów. Czasem mam wrażenie, że makijaż stał się współcześnie czymś o zbytnim znaczeniu, o którym mówi się zbyt głośno: o trendach, konturowaniu, o idealnych brwiach, efektu glow czy mat. Makijaż dodaje kobietom świeżości i może trochę odwagi, ale z pewnością nie powinien zakrywać naszej prawdziwej twarzy i osobowości.

Obiecałam lekki wpis o kosmetykach, wiec dziś zostawiam trochę zdjęć oraz krótkie opisy, dlaczego akurat te produkty zostają ze mną na dłużej.

1. Podkład / krem tonujący

Lubię taką bazę, która nie tworzy maski, tylko wtapia się jak drugi krem do twarzy. Delikatne wyrównanie kolorytu wystarcza mi w większości dni. Nie musi być perfekcyjnie, ma być naturalnie i świeżo. Ponieważ mam skórę normalną w stronę suchej, lubię gdy podkład daje taki efekt soczystej skóry. Nie dla mnie wiec matowe fluidy, a raczej te, które delikatnie rozjaśniają cerę i wyrównują koloryt. Nie lubię też bardzo kryjących podkładów, ale te które za chwileczkę wymienię wcale nie są transparentne i pomimo lekkości naprawdę ładnie zakrywają delikatne niedoskonałości.

Mam tu jednak kilka zupełnie innych produktów, bo podkład musi współgrać z potrzebami mojej skóry, które się nieustannie zmieniają. Wolę bardziej nawilżające formuły typu BB cream, ale mam również podkład mineralny, który z kolei jest w 100% naturalny, ale jest w postaci prasowanego pudru i nakłada się go pędzlem. Przy użyciu pudru mineralnego Annabelle Minerals skóra oddycha, a naturalne minerały dosłownie pielęgnują skórę. Ma właściwości nawet nawilżające (chociaż jest to puder) jednak ja lubię go używać, gdy mam skórę dobrze nawilżoną lub chwilowo z niedoskonałościami, które lubią się wytłuszczać. Gdy czuję, że moja cera chce pić sięgam raczej po płynne podkłady i ostatnio moim ulubionym produktem pod każdym względem jest nowość Careup od Ministerstwa Dobrego Mydła. To hybryda makijażu i pielęgnacji: zapewnia budowalne krycie wyrównujące koloryt, jednocześnie nawilża i rozświetla, zawiera antyoksydanty i składniki wzmacniające barierę lipidową. Ma bardzo zaskakującą konsystencję takiego gęstego musu, który jednocześnie genialnie się rozprowadza. Nie miałam wcześniej aż tak dobrze nawilżającego podkładu, który nie dość, że pięknie wygląda na cerze, to dodatkowo ma cudowny, naturalny skład. I przepiękne opakowanie!

Gdy potrzebuję mocniejszego krycia, ale nadal które wygląda niesamowicie naturalnie sięgam od lat po koreański podkład typu cushion. Lubię fluidy koreańskich marek i parę lat temu trafiłam na ciekawy produkt Heimish. Jest to moje kolejne opakowanie i ciągle do niego wracam. Cenię sobie sposób aplikacji (najlepiej przez gąbeczkę dołączoną do zestawu lub w taką w typie beauty blender). Cudownie wyrównuje koloryt, ma naprawdę dobre krycie, cera oddycha i wygląda na promienną. Jest tak dobry, że często mogę pominąć korektor nawet pod oczy.

2. Korektor

Używam go jak małej, porannej pomocy. Odrobina pod oczami, czasem na skrzydełkach nosa. Lubię konsystencje kremowe, które nie wchodzą w zmarszczki i nie przesuszają okolicy oczu. W tej chwili mam pod oczy rozświetlający korektor Yves Roche a na drobne niedoskonałości (czy np. ogromne zimno na ustach) od lat najlepiej się sprawdza korektor It Cosmetics jest tak niesamowicie wydajny, że ja mam cały czas ten sam. Chyba powinnam go już wymienić!

Mam też super produkt do zadań specjalnych, który robi efekt całkowitego rozmycia i wygładzenia. Nie używam wiec go codziennie ale zawsze kiedy chcę utrwalić makijaż. To puder Adecco pod oczy, ale ja używam go również w miejscach, gdzie chcę zminimalizować pory np. wokół nosa czy zmarszczki mimiczne na czole. Ten produkt jest genialny!

3. Róż do policzków

Jeden ruch i twarz ma więcej życia, jak po spacerze w chłodny poranek. Róż jest dla mnie w makijażu niezwykle ważny To dla mnie kwintesencja makijażu i dość często pomijam bronzer i rozświetlacz w codziennym makijażu, bo sam róż daje bardzo ładny naturalny efekt. Przed długi czas stosowałam róże w kremie i nadal mam takie konsystencje (róż w kremie AA Wings oraz od Annabelle Minerals) ale przypadkowo natrafiłam na róż prasowany z minimalnymi drobinkami od NYX, które są zupełnie niewidoczne ale tworzą soczysty błysk.



4. Bronzer i rozświetlasz

Mam te produkty w swojej kosmetyczce, bo oczywiście są okazje, kiedy dopełniają i utrwalają makijaż. Jednak na codzien wystarczy mi w zupełności róż. Świetny bronzer w sztyfcie mam z Kiko Milano, a w kremie Annabelle Minerals. Nie mam obecnie typowego rozświetlacza - mam jedynie taki rozświetlający kremik Alterra oraz czasami używam jako rozświetlacza... kredki do oczu Bobby Brown.


5. Tusz do rzęs

Nie eksperymentuję z nim za bardzo, bo lubię tusze, które robią rzęsy ale naturalnie. Bez grudek, bez teatralności. Rzęsy mają wyglądać jak moje, tylko ciemniejsze i bardziej podkreślone. Testowałam mnóstwo marek, nawet tych z górnych półek, ale od kilku lat moim numerem jeden okazał się tusz o Pease . Jest idealny!


6. Cienie do powiek

Na co dzień w ogóle nie maluję powiek, ewentualnie nakładam beżową bazę i lekko podkreślam załamanie powieki (delikatnie powyżej, by optycznie podnieść powiekę). Mam dwie paletki w naturalnych kolorach ziemi i jestem z nich bardzo zadowolona. Sama stworzyłam zestaw kolorystyczny z Artdeco w przepięknym etui, a wykańczam też paletkę od AA Wings. 



7. Kredki do wszelkich zadań

Mam kilka kredek do zadań specjalnych, ale na co dzień używam tylko kredki do brwi. Chociaż mam dość ciemną oprawę oczu o wiele lepszy i naturalny efekt uzyskuje stosując kredkę w jasnym, mysim odcieniu brązu (Artdeco). Wtedy nie można przesadzić, bo jaśniejszy odcień kredki wypełnia przestrzeń między włosami, nie przyciemniają przesadnie brwi. 
A jeśli o brwiach mowa, to sama robię sobie co jakich czas hennę takim specjalnym pędzelkiem i gotowym produktem marki Delia.
Pozostałe kredki to: beżowa kredka do rozjaśniania linii wodnej Bell, kredka do ust (używam sporadycznie) bo nie przepadam za bardzo dokładnym obrysowywaniem ust a raczej naturalnym pokreśleniem koloru, brązowa kredka do oczu oraz czarny eyeliner, gdy wyjątkowo chcę podkreślić kocie oko. Kredki i eyeliner nie zajmuje wiele miejsca, ale używam tych produktów tylko od czasu do czasu.


8. Szminki i błyszczyki

A na koniec usta, gdzie mam kilka produktów by podkreślić ich kolor. I to dosłownie - wybieram zawsze kolory bardzo przybliżone do mojego naturalnego odcienia, zupełnie nie bawię się w jakieś różne kolory, które np. pasują do ubioru. Moja szminka musi mi pasować do twarzy i typu urody. :)
Do produktów do ust mam słabość, więc jest to kilka produktów, które mam w domu, ale również te które nosze ze sobą w torebce. Jak widać, lubię określoną kolorystykę zgaszonego różu, która pasuje do mojej cery.


Ze szminek lubię te nawilżające, delikatnie połyskujące - nigdy matowe (wyglądam wtedy o 10 lat starzej!). Dla mnie doskonała szminka, to taka która jednocześnie jest bardzo nawilżająca i soczysta. Przyznaję, że takie szminki są mniej trwałe, ale ja nie widzę problemu, by nałożyć ją kilka razy. To sama przyjemność i wręcz pielęgnacja. Jedną z ulubionych szminek tego typu od lat (wspominałam o niej w 2012 roku!) jest Miss Pupa (marka Pupa). Uwielbiam konsystencje, niezwykle przyjemny zapach i przepiękny naturalny kolor (202 lub lekko czerwieńszy odcień 500). Cudo, które zawsze mam w kosmetyczce.


Powiem Wam, że czuję pewną ulgę, gdy orientuję się, że naprawdę niczego mi nie brakuje kompletowaniu swojej makijażowej kosmetyczki. Nie muszę biec za nowościami z półek Sephory ani sprawdzać każdej kolejnej premiery. Mam swoje kosmetyki, swoje kolory, swoje faktury, które są przeze mnie sprawdzone, oswojone i wystarczające. Daje mi to spokój. A świadomość tego, co lubię i czego potrzebuję, okazuje się najlepszym filtrem na reklamy.

Wszystkie kosmetyki kolorowe oraz pędzle trzymam w jednym bambusowym pojemniku z przegródkami.


W tym roku, na spokojnie będę używać i powoli zużywać swoją kolekcję, natomiast docelowo zminimalizuję ją do swoich absolutnych faworytów. Ulubiony podkład, korektor, kredka do brwi, maskara, dobrze dobrana paletka (max. 4 cieni), róż i ulubiona pomadka. Im cera jest dojrzalsza, tym ważniejsza jest pielęgnacja i tylko lekkie podkreślenie urody, którą się nie postarza ciężkim makijażem. Ważna jest uważność na swoje potrzeby i wiedza na temat składów. Taki minimalizm i świadome wybory są dla mnie bardziej luksusowe niż zapełnione kosmetykami szuflady.

Całuje Was mocno i do napisania!
SHARE:

23 października 2025

Inspiracje Jesieni '25

Uwielbiam przedmioty dnia codziennego i chociaż nie lubię, gdy czyjeś życie ocenia się przez pryzmat rzeczy, które go otaczają (bardzo często są to pozory) to z drugiej strony naprawdę doceniam ich piękno i sposób jak wpływają na nasze samopoczucie. Podziwiam rękodzieło, design czy piękne wydane książki, bo czuć w nich artyzm i ogrom pracy, która za tymi przedmiotami stoi. Zdecydowanie mniej przywiązuje się do produktów masowej produkcji, chociaż oczywiście i tu mogą znaleźć się perełki o ile przedmioty pomagają nam w naszej codzienności. Ta pomoc może być wszelaka, począwszy od typowej funkcjonalności  kończąc na tym, że dany przedmiot w niewytłumaczalny sposób poprawia nam nastrój lub przyczynia się do naszego rozwoju. Jestem osobą, która pomimo zawirowań życiowych potrafi cieszyć się z małych rzeczy, więc mam nadzieję, że dzisiejszy, luźniejszy wpis pozwoli Wam trochę się zrelaksować. 

Jesień to jedna z moich czterech ulubionych pór roku. 😋

Brzmi przewrotnie, ale dokładnie tak jest. Za każdym razem, gdy przychodzi nowa pora roku, mam wrażenie, że to właśnie ta jest moją ukochaną. Gdy nadchodzi wiosna, zachwycam się pierwszymi listkami i tą niepozorną energią, która wszystko budzi do życia. Latem mam wrażenie, że nie ma nic lepszego niż ciepłe wieczory, gołe stopy i słońce na skórze. Jesienią zakochuję się w miękkich swetrach, herbacie z miodem i tym spokoju, który przychodzi po intensywnych miesiącach. A zimą? Zimą lubię to, że można się zatrzymać, zwolnić, schować pod kocem i nie mieć z tego powodu wyrzutów sumienia.

Lubię to, że każda pora roku ma swój rytm, kolor i zapach. Jesień kocham za to, że znowu udało jej się mnie oczarować: świat staje się cichszy, powietrze chłodniejsze, a życie jakby bardziej poukładane. I choć wiem, że za kilka miesięcy będę pisać o tym samym, ale w kontekście wiosny, niech tak zostanie. Bo piękne jest to, że można się zachwycać w kółko zmiennością pór roku i zawsze mieć ku temu powód.

A jeśli jesień to oczywiście koce! Zrobiłam ostatnio porządki, bo niestety część kocy w naszym domu było doszczętnie zniszczonych. Te kupione dawno temu, wątpliwej jakość bardzo się zmechaciły i wyblakły, część nie przeżyła szczenięcych miesięcy Vincenta i wielu były wygryzione ogromne dziury.

Coraz częściej można spotkać w sklepach koce, które na pierwszy rzut oka wyglądają pięknie - są miękkie, puszyste, przyjemne w dotyku. Ale gdy zajrzymy na metkę, okazuje się, że to 100% poliester. I tu warto się zatrzymać. Poliester to włókno syntetyczne, które nie oddycha. Oznacza to, że pod takim kocem skóra nie ma przepływu powietrza, ciało szybciej się przegrzewa, zaczyna się pocić, a zamiast przyjemnego ciepła mamy wrażenie duszności i wilgoci. Dla dorosłych to po prostu dyskomfort, ale dla dzieci (zwłaszcza maluszków) może to być wręcz niebezpieczne. Nie bez przyczyny w Layette produkcja dotyczy tylko naturalnych tkanin. Naturalne materiały, takie jak bawełna, bambus czy wełna, mają zupełnie inne właściwości. Oddychają, odprowadzają wilgoć, regulują temperaturę ciała. Dzięki temu pod takim kocem naprawdę odpoczywamy: jest ciepło, ale nie gorąco. Warto pamiętać, że nie wszystko, co miękkie w dotyku, jest dobre dla naszej skóry. Czasem to, co wydaje się luksusowe, w rzeczywistości jest po prostu sztuczne. Dlatego zanim kupimy kolejny „mięciutki” koc z sieciówki, warto zerknąć na skład i postawić na naturalność, nie tylko dla komfortu, ale też dla zdrowia. 

W dzisiejszych inspiracjach wełniany kocyk, który kupiłam w TKMaxx - gdzie naprawdę można odnaleźć perełki w super cenach. Ma przepiękny melanż w kolorach beżowo-bordowych.


Jesień to moment, kiedy trzeba zacząć na nowo planowanie rodzinnej rzeczywistości, a i w pracy nie brakuje nawarstwiających się tematów. Oczywiście dobry notatnik to podstawa, a ja akurat skorzystałam ze zniżki, którą miałam przy okazji zakupu nowego case (osłonki do telefonu) i kupiłam sobie świetnej jakości zestaw. (Burga)

Wspominałam Wam już parokrotnie, że stosuje metodę Zen to Done. I chociaż zawsze lubiłam notować i planować, teraz zapisuje nawet najmniejszą sprawę do załatwienia, dzieląc je na różne działy i etapy realizacji. Niesamowicie mi to pomaga ogarnąć otaczającą rzeczywistość nie tylko pod względem terminowego planowania, ale również w dokańczaniu spraw czy pamiętaniu o regeneraci. 


Ostatnio powróciłam do noszenia zegarka, który sprezentował mi mąż na Gwiazdkę. 
Zegarek typu Garmin to coś więcej niż gadżet sportowy. Dla mnie to codzienny towarzysz, który wygląda jak klasyczny zegarek, a jednocześnie dba o zdrowie i o sen. Wybrałam Garmin Lily 2 Classic, bo chciałam, żeby wyglądał elegancko, a nie jak typowy smartwatch z ogromnym ekranem. Lubię, gdy technologia wtapia się w codzienność, a nie ją dominuje. Doceniam, że zegarek nie wygląda jak urządzenie sportowe. Ma delikatną tarczę, subtelny design i cienki pasek więc bez problemu pasuje do codziennego stroju, a nawet do sukienki. 

Najbardziej zależało mi na monitorowaniu jakości snu. Zawsze ciekawiło mnie, dlaczego niektóre noce dają mi prawdziwy odpoczynek, a po innych budzę się zmęczona, mimo że przespałam osiem godzin. Garmin analizuje długość snu, fazy (lekki, głęboki, REM) i pokazuje, jak ciało regeneruje się w nocy. Dodatkowo funkcja Body Battery podpowiada, jak bardzo organizm jest „naładowany” co świetnie uzupełnia dane o śnie. Dzięki temu zaczęłam bardziej świadomie podchodzić do odpoczynku i łatwiej mi zauważyć, jak stres, późne siedzenie przy komputerze czy wieczorna kawa wpływają na mój sen. Wszystkie te dane zbierane są automatycznie, wystarczy, że zegarek mam na nadgarstku przez całą dobę. Jest lekki i wygodny, więc spanie z nim wcale nie przeszkadza. Rano wystarczy spojrzeć w aplikację, żeby zobaczyć, jak wyglądała noc i czy ciało rzeczywiście się zregenerowało. 

Bardzo często pytacie skąd ja na to wszystko czerpię siłę - ale ja naprawdę czasami jadę na ostatkach energii. Ponieważ pomysłów mi nie brakuje, muszę naprawdę dbać o dobre gospodarowanie swoją energią. Zegarek jest mi w tym pomocny, bo dzięki niemu uczę się swojego organizmu.



Prosiliście mnie o wpis o jesiennej szafie i nawet przymierzałam się do takiego wpisu, jednak by oddać w pełni koncepcję mojej szafy musiałabym poświęcić na to trochę więcej czasu niż obecnie dysponuję. Pamiętam podobny wpis lata świetlne temu, z różnymi kombinacjami stroju i było to szalone przedsięwzięcie. 
Bardzo lubię jesienną szafę, całą kolorystykę, która wówczas panuje i dlatego szczerze mówiąc jesienią i wiosną mam co na siebie włożyć, natomiast latem i zimą moja garderoba jest w sumie bardzo uboga. Z drugiej strony żadna ze mnie blogerka modowa, lubię ubierać się jak mi gra w duszy, ale nie podążam za żadną modą i doszłam do wniosku, że nie czuję się osobą, która mogłaby Was tu szalenie inspirować. Ja po prostu staram się dopasowywać ubrania przede wszystkim strój do swojej sylwetki, więc raczej sięgam po basicowe fasony. Moim charakterystycznym elementem własnego stylu jest podkreślenie stroju jakimś kolorem lub dodatkiem: apaszką, broszką (uwielbiam i kolekcjonuję!), butami czy torebką. Lubię porządne płaszcze, dobre buty i torebki. I nie chodzi o marki, ale o skład i dobre wykonanie. Czasami zakładam po prostu jeansy i T-shirt a nutkę artyzmu daje świetny ciemnozielony (wełniany) płaszcz z przypiętą broszką, torebka i buty. Jeśli chcecie mogę zrobić wpis nie tyle o jesiennej szafie a raczej o tych wszystkich dodatkach, które sprawiają, że czuję się dobrze i w zgodzie ze sobą.

A jeśli o torebki chodzi, to mam małą kolekcję (która mocno zmieniła się od ostatniego wpisu na ten temat). Od ponad roku chodzę właściwie z torebkami Daag, czyli świetnej jakości torebkami wyprodukowanymi w Polsce. Oczywiście znacznie tańsze są torebki z sieciówki, które przetrwają jeden sezon, a z kolei wiele znanych marek aspirujących do luksusowych tworzy średniej jakości torebki z poliuretanu za znacznie wyższe kwoty. Tu jest jakość idealnie wywarzona z ceną. Na jesień kupiłam sobie torebkę Harmony w przepięknym odcieniu brązu. A do niej dopasowałam przywieszkę z jamniczkiem, którą kupiłam w sklepie Wasalaa.

Mam też tak, że jak się wpakuję w daną torebkę, to noszę ją cały sezon. Dlatego mam swoje ulubione: na jesień (ciemnobrązowa Harmony) na zimę (czarna struś Maria), całą wiosnę chodziłam z karmelową (Mini Harmony) a na nadchodzące lato zamówiłam sobie ostatnio (Mini Emanuelę). Oczywiście sezony jesień-zima i wiosna-lato mogę stosować wymiennie. 


Skłamałabym, gdybym powiedziała, że otaczają mnie rzeczy tylko polskiej produkcji, jednak od lat jestem niezmiernie duma z tego co się u nas produkuje i sięgając po rodzime produkty czuję jakąś dodatkową satysfakcję. Ostatnio dosłownie zachwycił mnie kosmetyk polskiego producenta. Już od dawna stosuję kosmetyki Ministerstwa Dobrego Mydła, ale gdy tylko wprowadzili nowość - pielęgnacyjny podkład do twarzy CareUp nie mogłam się powstrzymać. To hybryda makijażu i pielęgnacji: zapewnia lekkie do średniego, budowalne krycie wyrównujące koloryt, jednocześnie nawilża i rozświetla. Formuła zawiera antyoksydanty (stabilna witamina C) i składniki wzmacniające barierę lipidową, a producent wskazuje według producenta wzrost nawilżenia o 9,6% i poprawę jędrności o 6,4%. Ma bardzo zaskakującą konsystencję takiego gęstego musu, który jednocześnie genialnie się rozprowadza. Nie miałam wcześniej aż tak dobrze nawilżającego podkładu, który nie dość, że pięknie wygląda na cerze, to dodatkowo ma cudowny, naturalny skład. (Ja mam w kolorze Rose Macaron) Do tego przepiękne, eleganckie opakowanie - chapeau bas! 


Jeśli jeszcze w kosmetykowych zachwytach jesteśmy, to od jakiegoś czasu rodzinnie zachwycamy się pianką do mycia od Rituals. Mamy różne zapachy i rodzaje i cała rodzina się od nich uzależniła. Bardzo często jest na nie promocja, a taka pianka, ponieważ wystarczy dosłownie jedna mała pompka do umycia całego ciała, starcza na bardzo długo.


Po wakacjach czułam ogromną potrzebę powrotu do regularnej praktyki jogi, ale jakoś natłok spraw, długo nie pozwolił mi się za to jakoś porządnie zabrać. Potrzebowałam jakiegoś powiewu świeżości i pomyślałam o zmianie mojej starej już maty. Znalazłam dosłownie cudeńko! Przepiękny design, który nawiązuje do natury (do tego malowanej akwarelą!) z uwaga 100% naturalnym składem czyli portugalskim korkiem i naturalnym kauczukiem. 
Cudownie się ją rozwija, pięknie przylega do podłoża i jest niezwykle miękka i miła w dotyku. Do tego przepięknie pachnie! W morzy dostępnych ofert ta mata tak mnie oczarowała, że od razu sprowadziłam rożne wzory do naszego sklepu Layette (gdzie możecie ją oczywiście kupić).




Zastanawiałam się długo, jaką książkę Wam dziś polecić. Bo czytam różne rzeczy i to bardzo różne. Ostatnio wróciłam do klasyki: „Władca much” Golding'a, trochę Bukowskiego, „Wilk stepowy” Hesse, „Czarodziejska góra” Mann'a. Lubię ten rodzaj lektur, które niekoniecznie są łatwe, ale zostają w człowieku na długo.
Z drugiej strony mam też słabość do książek popularnonaukowych. O zdrowiu, psychice, emocjach, o tym, jak funkcjonujemy i jak próbujemy się w tym świecie się odnaleźć. Ale tym razem chciałam zaproponować coś zupełnie innego. Coś, co oderwie nas od codzienności, nie przez ucieczkę w pustą rozrywkę, ale przez wejście w świat, w którym rzeczywistość i magia przeplatają się tak naturalnie, że przestajemy zauważać, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Mówię o pierwszej części trylogii "Florentyna od Kwiatów" książce, która przedstawia realizm magiczny w polskim wydaniu - pełen natury, symboli, dziwnych zbiegów okoliczności i ludzi, którzy niby są tacy jak my, a jednak noszą w sobie coś z innego świata. Autorka prowadzi czytelnika przez miasteczko, w którym czas płynie trochę inaczej, a rzeczy pozornie zwyczajne  lecz mają w sobie tajemnicę. Jest w tym coś z Marqueza, ale też coś bardzo naszego: swojskiego, melancholijnego, pachnącego polską wsią i dzieciństwem. To jedna z tych książek, które czyta się powoli, z poczuciem, że każda strona coś w nas otwiera. I że nie trzeba od razu wszystkiego rozumieć wystarczy pozwolić się prowadzić. Więc jeśli szukacie lektury na długie jesienne wieczory, czegoś, co nie tylko pozwoli zapomnieć o codzienności, ale też przypomni, że magia bywa bardzo blisko to polecam Wam tą pozycję. 


Mam nadzieję, że ten wpis będzie dla Was małą odskocznią od codzienności, rozluźni, nastroi jesiennie i pozwoli choć na chwilę zwolnić. 🍂

Dajcie znać, co Wy odkryliście (lub odkrywacie) tej jesieni - może odkryjemy razem coś, co jeszcze piękniej wpisze się w ten spokojny, złoty czas.

Ściskam mocno i do napisania już niebawem.
SHARE:

29 września 2025

Jesienna Pielęgnacja Cery

Jesień i zawirowania współczesnych czasów powodują, że chcemy trochę zwolnić i naturalnie przygodzą mi do głowy lekkie jesienne wpisy.

O post o pielęgnacji i kosmetykach kolorowych prosicie mnie bardzo często, a że ostatnio aktualizacja pielęgnacji była aż 4 lata temu, to myślę, że jest to dobry pretekst, by poruszyć ten temat na blogu zwłaszcza w trudnym dla cery okresie przejścia z jednej pory roku w drugą.

Jeśli chodzi o pielęgnację zaznaczę, że w tym wpisie nie do końca chodzi o to czego właściwie używam oraz jakich marek, ale jak doszłam do tego co tak na prawdę mojej skórze służy. Rzeczywiście od jakiego dłuższego czasu jestem ze stanu swojej cery zadowolona i w dużej mierze jest to efekt pielęgnacji, którą wreszcie, metodą prób i błędów, skroiłam na własne potrzeby. Z naszą skórą to trochę jak z ubiorem - wiele lat zajmuje nam odnalezienie własnego stylu, nauka (i akceptacja!) swoich kształtów, tak by ubierać się zgodnie z typem sylwetki. Z pielęgnacją jest to samo, trzeba poznać typ swojej skóry i podążać za jej potrzebami, które mogą się zmieniać w zależności od pory roku, a nawet kobiecego cyklu.

Chociaż mogłoby się wydawać, że po 40-tce zacznę stawiać na pielęgnację anti-aging, to zdecydowanie moim celem nie jest niwelowanie zmarszczek (które są naturalną częścią życia). Kremy napinające wysuszają mi skórę, a te mocno regenerujące zmarszczki zapychają cerę. Na przestrzeni lat doszłam do wniosku, że to co postarza tak naprawdę twarz to nie są same zmarszczki. Co więcej wiele dwudziestoparoletnich dziewczyn ma sporo zmarszczek mimicznych (od pięknego uśmiechu!) a absolutnie nie dodaje im to wieku. 

W kontekście dbania o skórę często pojawia się temat zabiegów z zakresu medycyny estetycznej czyli chociażby botoksu, wypełniaczy czy kwasu hialuronowego. Uważam, że każdy ma prawo decydować o swoim ciele, ale osobiście jestem raczej za naturalnym procesem starzenia się, a nie majsterkowaniu z rysami twarzy. Sama wybrałam inną drogę i wolę pielęgnację opartą na naturalnych metodach, zdrowym stylu życia i chociażby właśnie dobrze dobraną pielęgnacją. W moim odczuciu niestety efekty zabiegów iniekcyjnych bywają zauważalne, a przy dłuższym stosowaniu skóra może reagować w sposób trudny do przewidzenia - zmieniają się rysy, twarz jest opuchnięta i trzeba kontynuować zabiegi regularnie, ponieważ badania pokazują, że po zaprzestaniu ostrzykiwań może być potrzebny czas, by twarz wróciła do swojego pierwotnego wyglądu, a niekiedy zmiany i starzenie się skóry są wręcz bardziej widoczne niż wcześniej. Nie oznacza to oczywiście, że takie zabiegi są złe, ponieważ dla wielu osób są rozwiązaniem, które daje im poczucie komfortu i ja to szanuję, ale ja zdecydowanie czuję się lepiej, stawiając na mniej inwazyjne sposoby dbania o siebie i moim największym marzeniem nie jest udawanie, że jestem młodsza niż w rzeczywistości. Oczywiście jednocześnie dbając by sobie tych lat złą pielęgnacją czy stylem życia nie dodawać. 

Nie przeszkadza mi kreseczka między brwiami (lwia zmarszczka) czy zmarszczki mimiczne podczas uśmiechu. To co według mnie dodaje lat niezależnie od wieku jest szara, zmęczona i chropowata cera. Dlatego dla mnie najważniejsze jest dobre nawilżenie, unikanie przebarwień, gładka cera bez wyprysków oraz rozszerzonych porów. Zdecydowanie większym czynnikiem, który dodaje lat jest zaburzony owal twarzy czy opadająca powieka, ale tu zamiast drastycznych operacji, naprawdę regularne masaże np. kamieniem gua sha działaja cuda. Regularnie wykonywany masaż kamieniem poprawia mikrokrążenie i dotlenia skórę, wspiera drenaż limfatyczny, dzięki czemu zmniejszają się opuchnięcia oraz cienie pod oczami, a także pomaga rozluźnić napięcia mięśni twarzy, co sprawia, że rysy wyglądają łagodniej i młodziej. 

Ponieważ mam do kosmetyków słabość, był taki okres, gdy byłam bardzo niestała w uczuciach jeśli chodzi o kosmetyki. Lubię sięgać po różne produkty, testować a gdy mi się kończą zmieniać na nowe produkty. Wiem już doskonale czego moja cera potrzebuje (przede wszystkim nawilżenia i ukojenia) wiec tego się trzymam, ale testowałam przeróżne marki. Od lat staram się sięgać po naturalne kosmetyki, które niezmiernie sobie cenię, ale sięgam też po specjalistyczne kosmetyki z dobrym składem o silniejszym działaniu. No właśnie.. tych specyfików w pewnym momencie zrobiło się tak dużo, że moja cera zaczęła trochę wariować. W pewnym momencie poczułam potrzebę mocnego uproszczenia swojej pielęgnacji wręcz do minimum i od kilku tygodni używam kosmetyków, które wiem, że ratują i koją moją cerę za każdym razem, zwłaszcza po słonecznych miesiącach i podróżach.

PORANNA PIELĘGNACJA

By nie przesuszyć i nie zaburzyć bariery ochronnej mojej cery, rano przemywam twarz tylko zimną wodą i osuszam swoim specjalnym ręcznikiem (nie używajcie w tym celu ręcznika do całego ciała czy też do rąk, z którego korzystają wszyscy domownicy). Następnie nakładam serum i krem na dzień marki Avene. Bardzo lubię sera, ponieważ czuje, że mam takie głębsze, dwuetapowe nawilżenie skóry. Seria Citalfate jest dla mnie genialna, bo jest mocno regenerująca, redukuje zaczerwienienia (mam skłonności), odbudowuje barierę hydrolipidową, ale jednocześnie jest antybakteryjna, przez co nie powoduje (a wręcz leczy) ewentualne niedoskonałości cery. Bardzo ważne dla mnie jest również to, że chociaż marka Avene słynie z dermokosmetyków, to w swoim składach zawiera 91% składników pochodzenia naturalnego. Oczywiście ten post nie jest absolutnie żadną współpracą, a obecność tej marki możecie zauważyć od samego początku pojawiania się tu postów o kosmetykach (już naście lat!).

Po nałożeniu kremu, myję zęby a następnie nakładam warstwę kremu z filtrem. To konieczny element w profilaktyce przeciwstarzeniowej i gwarancja dobrej kondycji mojej cery pod względem widoczności zmarszczek oraz braku zaczerwień. Od paru dobrych lat po prostu nie wyobrażam sobie pielęgnacji bez kremu z filtrem SPF 50! Używam go praktycznie przez cały rok, może ciut mniej, gdy zaszywam się w domu zimą. Sięgam po takie kremy z wysokim filtrem, które nie tyle służą "do opalania", ale które dedykowane są dla osób po zabiegach lub z bardzo wrażliwą cerą. Takie kremy mają wtedy dodatkowo działanie kojące oraz antybakteryjne. Wówczas taki krem nie tylko chroni przed złym działaniem promieni słonecznych, ale również pielęgnuje. Jak niemalże na każdy temat w sieci jest wiele opinii na temat filtrów, dlatego sięgam po sprawdzone marki i po filtry mineralne a nie chemiczne, które są bezpieczniejsze dla skóry. Filtr mineralny marki Benton nie tylko chroni przed słońcem, ale doskonale pielęgnuje cerę.

Chociaż pielęgnacja na dzień, ma chronić i koić naszą cerę przez cały dzień, to bardzo ważne jest wieczorne oczyszczanie twarzy.

WIECZORNA PIELĘGNACJA

Niezależnie czy mam na sobie makijaż czy nie, wieczorem stawiam na dobre oczyszczanie twarzy. Najlepsze rezultaty są podczas dwuetapowego oczyszczania - najpierw olejkiem, a później delikatnym, niewysuszającym produktem do mycia twarzy. Obecnie mam różany olejek marki Ministerstwo Dobrego Mydła oraz żel-krem marki Avene. Dzięki nim mam doskonale oczyszczoną cerę z pozostałości makijażu i zanieczyszczeń z całego dnia, ale jednocześnie nie jest podrażniona ani wysuszona.


Zdarza mi się robić demakijaż płynem micelarnym przy pomocy wacików, ale pamiętam, by po aplikacji płynu micelarnego dodatkowo zmyć go mleczkiem lub tonikiem. Płyn micelarny działa jak magnes na zanieczyszczenia, ponieważ zawarte w nim micele przyciągają i rozpuszczają resztki makijażu, sebum oraz kurz. Jednak te same substancje powierzchniowo czynne, które skutecznie chwytają brud, mogą także wysuszać lub podrażniać naskórek, jeśli pozostaną na nim zbyt długo. Pozostawienie płynu micelarnego na skórze oznacza, że jego składniki dalej na niej działają, a wraz z nimi mikroskopijne resztki rozpuszczonych zanieczyszczeń. Może to prowadzić do uczucia ściągnięcia, zaczerwienień a nawet do osłabienia bariery hydrolipidowej. Dlatego warto po oczyszczeniu twarzy płynem micelarnym spłukać go wodą lub przetrzeć skórę tonikiem, hydrolatem czy mleczkiem.

Po oczyszczeniu twarzy na noc nakładam zmiennie dwa produkty. Jeden mój faworyt od lat - czyli krem regenerujący Avene Cicalfate+, który Tworzy film ochronny i efekt opatrunku, który chroni skórę. Przepięknie regeneruje skórę, czuć otulenie na twarzy, ale przez zawartość siarczanu miedzi i cynku ogranicza ryzyko rozmnażania się bakterii i działa oczyszczająco. Pomimo, że mocno nawilża i natłuszcza, nie ma obaw, że spowoduje jakiś wysyp niedoskonałości. Zdarza się, że tego kremu używam również na dzień w mroźne dni lub gdy czuje mocne przesuszenie.

Od jakiegoś czasu wprowadziłam nowy krem do zadań specjalnych, który stosuje co drugi dzień na noc (naprzemiennie z Avene Cicalfate) czyli farmaceutyczny krem Retinobaza 17000 z wysoką zawartością witaminy A (1% stabilnej pochodnej retinolu w postaci estru). Krem jest dostępny w aptece i jest przeznaczony do nawilżania, regeneracji i redukcji zmarszczek, przebarwień oraz zmian trądzikowych. 

Od dłuższego czasu byłam bardzo ostrożna wprowadzając retinol do swojej pielęgnacji. To składnik o udowodnionym działaniu, ale też wymagający gdzie łatwo przesadzić z częstotliwością stosowania i w efekcie podrażnić skórę. Dlatego sięgnęłam po krem Retinobaza ponieważ jest preparatem o łagodniejszym stężeniu, odpowiednim dla osób, które dopiero zaczynają swoją przygodę z retinoidami.

Takie kremy działają wielotorowo: pobudzają proces odnowy naskórka, przyspieszają złuszczanie martwych komórek, wyrównują koloryt skóry i poprawiają jej strukturę. Retinol oraz jego pochodne stymulują skórę do produkcji kolagenu, co w dłuższej perspektywie może zmniejszać widoczność drobnych zmarszczek i poprawiać jędrność skóry. Wspomagają także regulację pracy gruczołów łojowych, więc są cenione przy cerze skłonnej do niedoskonałości.

Przy retinolu kluczowe jest stopniowe wprowadzanie preparatu, obserwowanie reakcji skóry i obowiązkowe stosowanie wysokiej ochrony przeciwsłonecznej w ciągu dnia. Wtedy można korzystać z jego potencjału bez niepotrzebnych podrażnień.

Krem ma ultralekką, szybko wchłaniającą się formułę, która nie zatyka porów i jest skuteczna w leczeniu różnych problemów skórnych i póki co jestem ogromnie zadowolona z rezultatów bo są widoczne, bez skutków ubocznych, których się obawiałam.

Bardzo ważnym elementem pielęgnacji jest krem pod oczy. Kiedyś próbowałam nawet omijać ten etap, nakładając po prostu krem do twarzy w okolice oka, ale jednak moja skóra w tym rejonie jest bardzo newralgiczna. Po pierwsze mam głęboko osadzone oczy, więc mam tendencję do cieni pod oczami, a po drugie jest to obszar, gdzie najszybciej starzeje się skóra. Specyfika mojej twarzy jest taka, że póki co nie posiadam żadnych kurzych łapek w zewnętrznych kącikach oka (ostatnio Pani kosmetyczka, u której byłam była aż zdziwiona) ale za to podczas uśmiechania zagina mi się skóra właśnie pod oczami. Zmarszczki, które pojawiają się pod okiem podczas uśmiechu, to zmarszczki dynamiczne czyli takie, które powstają w wyniku pracy mięśni mimicznych. Skóra pod oczami jest bardzo cienka, niemal pozbawiona gruczołów łojowych, więc szybciej się ugina przy ruchu. Prawdopodobnie mam inny typ mimiki. Mniej intensywnie angażuje mięsień w bocznych częściach oka, a bardziej w dolnej. W efekcie przy uśmiechu pojawiają się linie właśnie pod okiem, a nie po bokach. Po rozluźnieniu twarzy stają się bardzo delikatne i nie utrwalone. Nie mniej jednak widzę, że na ich wygląd wpływa odpowiednia pielęgnacja i im bardziej jest ta sfera przesuszona, tym jest większa widoczność zmarszczek pod okiem. Dlatego jeśli chodzi o kremy pod oczy, to jestem bardzo wymagająca i nie lubię takich, które szybko się wchłaniają i napinają skórę wokół oka. Kremy pod oczy lubię wręcz treściwe, pomimo, że wymagają dłuższego czasu do wchłaniania. Obecnie mam dwa, które bardzo lubię. Krem marki Martina Gebhardt jest bardzo odżywczy i otulający.

I to byłaby cała codzienna pielęgnacja, ale w swojej kosmetyczne mam również produkty do zadań specjalnych. Zacznę od tych delikatnych preparatów, które używam dodatkowo, gdy np. robię sobie masaż twarzy.

Do masażu kamieniem gua sha stosuje różany olejek w połączeniu z kremem od Ministerstwa Dobrego Mydła. Mam od nich również hydrolat różany (zapomniałam dodać, że jest to dla mnie bardzo ważny etap pielęgnacji i zawsze spryskuję twarz hydrolatem rano i wieczorem przed nałożeniem kremu).


Mocniejsze kosmetyki do zadań specjalnych, które stosuje 2 razy w tygodniu, to są różne sera z kwasami, które mają za zadanie niwelowanie niedoskonałości. Miałam ostatnią takie tendencje w obrębie brody i regularne stosowanie takich preparatów bardzo mi pomogło. Zmiany skórne w okolicy brody są wyjątkowo częste  nawet u osób, które nie mają większych problemów z cerą. Wynika to z tego, że ta strefa jest mocno zależna od gospodarki hormonalnej. Bardzo polecam zwłaszcza serum Your Kaya, który jest moim przyjacielem, w newralgicznej fazie cyklu czy też kwas azelainowy, który pomaga regulować pracę gruczołów łojowych i zmniejszać ilość zaskórników oraz łagodzi zmiany trądzikowe. Jednocześnie hamuje nadmierną produkcję melaniny w skórze, co przekłada się na stopniowe rozjaśnianie przebarwień i wyrównanie kolorytu cery. Jest też dobrze tolerowany przez skórę wrażliwą i nie działa tak drażniąco jak niektóre kwasy AHA czy BHA. 


Takim miłym dodatkiem do pielęgnacji są wszelakie maseczki. Tu rzeczywiście pozwalam sobie na różne marki i trzymam je w koszyczku przy wannie (najczęściej nakładam je podczas kąpieli).
Lubię sięgać po te delikatnie oczyszczające z glinkami oraz silnie nawilżające. Od czasu do czasu używam maseczek w płachcie czy też nawilżających płatków pod oczy.



Podsumowując, w pielęgnacji naprawdę mniej znaczy więcej. Zamiast gonić za nowinkami i gęstą półką kosmetyków, warto zatrzymać się i spojrzeć uważnie na potrzeby własnej skóry. To one powinny decydować o tym, co nakładamy, w jakiej kolejności i jak często. Obserwując swoją skórę i reagując na jej sygnały, możemy dobierać produkty świadomie, bez nadmiaru i przesady. Taki minimalistyczny, przemyślany rytuał pozwala skórze oddychać, utrzymuje jej równowagę i sprawia, że pielęgnacja staje się nie tyle obowiązkiem, wielką przyjemnością. 


Uwielbiam ten moment wyciszenia w zaciszu swojej łazienki.


Minimalizm w pielęgnacji nie oznacza rezygnacji z rytuału pielęgnacyjnego i kosmetyków. To raczej świadome podejście i wybieranie produktów, które faktycznie służą naszej cerze, zamiast gromadzenia przypadkowych nowości. Chodzi o to, by dobrze poznać potrzeby własnej skóry, kupować to, co jest potrzebne i skuteczne, a potem zużywać kosmetyki do końca, zamiast odkładać kolejne słoiczki i tubki na półkę. Taki sposób nie tylko pozwala uniknąć przeciążania skóry zbyt dużą liczbą substancji aktywnych, ale też jest bardziej przyjazny portfelowi i środowisku.
Przyznam szczerze, że sama wciąż uczę się kosmetycznego minimalizmu, chociaż reklamy i nowości kuszą na każdym kroku, obiecując szybkie efekty i magiczne zmiany. Coraz bardziej jednak przekonuję się, że największą korzyść daje uważne obserwowanie własnej skóry, dobieranie kilku naprawdę potrzebnych kosmetyków i zużywanie ich do końca. Dzięki temu pielęgnacja staje się spokojniejsza, bardziej świadoma i naprawdę działa na korzyść cery.

Napiszcie w komentarzu jaki produkt zmienił całkowicie pielęgnacje Waszej cery, do czego nieustannie wracacie, co jest w Waszej kosmetyczce niezbędne (może właśnie jakiś nietypowy krem apteczny?).

Dziękuję Wam za obecność i niebawem wracam z migawkami września oraz kolejnym jesiennym postem, tym razem na temat kosmetyków kolorowych.

Do napisania!
SHARE:

27 marca 2025

Inspiracje Marca

Wracam do postu z inspiracjami z minionych tygodni. Ostatnio taki wpis pojawił się latem i myślałam, że będę zamieszczać podobne wpisy znacznie częściej, ale prawda jest taka, że moje ukochane odkrycia często przemycam gdzieś w różnych postach na blogu - począwszy od migawek, po bardziej tematyczne wpisy jak na przykład wpis o moich ukochanych przyborach papierniczych. 

W przedmiotach, które nas otaczają kryje się jakieś głębsze dno, które zawiera zapowiedź czegoś większego: zmiany lub wręcz tęsknoty za tym co przeminęło. Otaczające nas rzeczy przejawiają chęć rozwoju, jak również potrzebę otaczania się przedmiotami, które mają na nas dobroczynny wpływ, kreują świat i pozwalają wyrazić siebie. 

Potraktujcie dzisiejsze inspiracje jako zapowiedź wiosny i klimatu, który chcę wokół niej roztoczyć. Zapraszam na inspiracje marca.

Odkąd przeprowadziliśmy się do domu z ogrodem, który mój Tata założył 30 lat temu, wiele się zmieniło. Dawniej były modne zielone ogrody pełen drzew iglastych oraz zielonych skalników z krzewami. Drzewostan w naszym ogrodzie rzeczywiście jest imponujący, ale ja co roku staram się wprowadzić do naszego ogrodu więcej kwiatów, których na naszej działce brakowało. Marzę o ogrodzie pełnym wiosennych i letnich kwiatów, które rozkwitają w różnych okresach i tworzą kolorowe plamy. Pięknie mi się przyjęły zasadzone w zeszłym roku róże i hortensje, więc w tym roku mam wiele pomysłów na kilka zakątków w ogrodzie. Pomalutku spisuje pomysły i z niecierpliwością czekam na realizację planów. Zamiast kompletowania wiosennej garderoby małymi partiami kupuję cebulki kwiatów letnich czy bylin, które można już wsadzać do gruntu. W marcu i kwietniu zajmiemy się przede wszystkim organizacją i ogrodowymi porządkami, a w maju zrobimy większe nasadzenia. Ostatnio ulubione zakupy to zdecydowanie te około ogrodowe.

Chciałoby się powiedzieć, że chyba się "starzeję" skoro z ekscytacją myślę o pielęgnowaniu ogrodu, jednak wynika to raczej z wielkiej potrzeby przebywania z naturą i zredukowania bodźców. Coraz więcej młodych osób odnajduje w tym pasję. Instagramowy algorytm podsuwa mi nawet dwudziestokilkuletnich chłopaków, którzy z zamiłowaniem zajmują się tą tematyką i dzielą swoją wiedzą. Coraz więcej ludzi niezależnie od płci czy wieku tęskni za odpoczynkiem, gleboteriapią i powrotem do spędzania czasu na łonie natury.

Ogrodnictwo nie zna płci, ale ostatnio wpadła mi do rąk książka pod tytułem: "Dlaczego Kobiety uprawiają ogrody". Jeszcze jej nie zgłębiłam całkowicie, ale zapowiada się bardzo obiecująco. 

"Rozmowy autorki z kobietami ogrodniczkami pozwalają zejść w głąb kobiecego doświadczenia i zrozumieć, w jaki sposób praca z tym, co wzrasta, jest jednocześnie pracą nad własnym wzrostem, szansą na przepracowanie straty i żalu, a także okazją do odkrycia pokładów własnej kreatywności. Protestem, kształtowaniem tożsamości, odrodzeniem. 

Osobista, mądra i przepełniona wrażliwością książka Alice Vincent pokazuje, że powrót do korzeni jest dla wielu szansą powrotu do samych siebie, a dzielenie się własną historią oraz wysłuchiwanie historii innych może w niezwykły sposób przyczynić się do odzyskania gruntu pod stopami.

Ukazuje piękno i hart ducha płynące z uprawy gleby w trudnych czasach. Alice Vincent uczy, że lekarstwem na niepewność jest ziemia pod paznokciami”

A za piękne nazwisko autorka dostaje ode mnie plusika. 😊

Swoje pomysły i plany ogrodowe na nadchodzącą wiosnę spisuję w specjalnym notesiku, w którym będę też pisała dziennik obserwacji naszego ogrodu. Przepięknie wydany zeszyt odnalazłam z tego co pamiętam w Sinsey przy okazji zakupu bluzy z Muminkiem dla Miłoszka.

W trakcie odpoczynku podczas prac ogrodowych z przyjemnością delektuję się naturalnymi herbatami. Lubię mieć dedykowane filiżanki do picia kakao, tak więc do ogrodowych prac mam również specjalny, uroczy kubeczek w kolorach zieleni (Home&you). Herbatka to naturalna kompozycja smaków od marki Clipper, którą kupuję w eko sklepie spożywczym.


Uwielbiam domową pielęgnację i najczęściej sięgam po naturalne kosmetyki. Nie ukrywam, że już parokrotnie miałam w planach napisać Wam o mojej aktualnej pielęgnacji. Prawda jest taka, że jestem bardzo niestała w uczuciach jeśli chodzi o kosmetyki - lubię sięgać po różne produkty, testować a gdy mi się kończą zmieniać na nowe produkty. Wiem już doskonale czego moja cera potrzebuje (przede wszystkim nawilżenia i ukojenia) wiec tego się trzymam, ale testuję przeróżne marki. Ostatnio miałam kilka różnych serii koreańskich kosmetyków, które pięknie utrzymywały moją cerę w nawilżeniu w czasie zimy. Zrobiłam nawet całą sesję w styczniu i nie zdążyłam nawet o niej napisać. 


Od marca stosuje inny zestaw i pewnie znów nie zdążę o nim napisać. Wiem, że jest część osób, która na takie posty czeka, ale w moim przypadku proponowane kosmetyki zmieniają się co sezon, więc takie posty mijają się z ideą. Powiem szczerze, że mam w tej materii skrajne poglądy. Uwielbiam testować, zmieniać, dostosowywać pielęgnację do danej pory roku a dostępnych super jakości produktów i marek jest teraz mnóstwo, że lubię komponować sobie nową pielęgnację co jakiś czas. Z drugiej strony chciałabym dojść do takiego minimum pielęgnacyjnego i mieć swoich ulubieńców, do których cały czas powracam, nie reagując na reklamowe zaczepki kolejnych nowości. Na szczęście mam swoje widełki, które na wstępie eliminują sporą ilość marek, ale i tak jest w czym wybierać.

Dlatego dziś wrzucam moje ulubione produkty z obecnej pielęgnacji. W koreańskiej drogerii znalazłam minimalistyczny krem łagodzący podrażnienia (wiosną moja cera ma do nich skłonności) a w TKMaxx kupiłam naturalny różany olejek do twarzy, który przepięknie pachnie i zmiękcza skórę. 

A jeśli o zapachy chodzi, to bardzo lubię tą minimalistyczną serię z H&M gdzie dostępne są zarówno świece jak i zapachowe patyczki. Zielona bazylia pachnie bardzo świeżo i naturalnie.


Nie mam ostatnio szczęścia do kompletowania garderoby. Od czasu do czasu robię zakupy ubraniowe przez Internet, w głowie komponuje różne stylizację, a potem okazuje się, że większość wraca z powrotem. Bazą mojej szafy są więc podstawowe ubrania (wygodne jeansy, biały t-shirt i koszula lub kardigany w różnym kolorze) więc to co nadaje smaku stylizacji to są dodatki. Buty, apaszka lub broszka oraz porządna torebka. 

Zimą przechodziłam w czarnej skórzanej torebce Maria marki Daag i byłam tak zachwycona jakością, że na wiosnę wybrałam model Hariett w kolorze koniakowym. Polska marka, cena torebek adekwatna do jakości i wykończenia, wiec zastanawiam się czy nie zdecydować się na jesień na trzeci model w kolorze ciemnego brązu. Torebka jest bardzo wygodna w użytkowaniu i ma mnóstwo wygodnych przegródek. 



A na sam koniec perełka czyli płyta winylowa Joni Mitchell "Court and Spark", która cudownie wypełniała minione dni. Jej piosenki są tak nieoczywiste, wpadające w ucho a z drugiej strony trudne do zanucenia, że jej cała twórczość mocno mnie zaintrygowała. Przygoda z winylami zaczęła się od moich zeszłorocznych urodzin i uwielbiam wyszukiwać płyty, które urzekają całościowo a nie za sprawą jednej piosenki. Często wracam do klasyki. Ta płyta szybko wskoczyła na listę ulubionych.


Uciekam od świata materialnego, ale to nie jest tak, że absolutnie nic nie kupuję. Gdy załatwiam coś na mieście lubię jednak raczej wejść do księgarni po książkę i po świeże kwiaty (nawet lilie kupione w Biedronce) czy wrzucić do koszyka dobrą herbatę z górnej półki. Za wydane 100 zł mogę poczuć się bardzo luksusowo i stworzyć sobie miły nastrój w domu. Naprawdę więcej mi nie potrzeba. 
A wszystkie oszczędności następnych miesięcy przeznaczę zdecydowanie na rośliny do ogrodu... 😏



Pozdrawiam Was wiosennie i już niebawem wracam do Was z migawkami miesiąca.

Wasza G.
SHARE:

31 stycznia 2025

W sklepiku sklepik

Nasz sklep z produktami Layette powstał 6 lat temu z potrzeby stworzenia rzeczy, których nam w codziennym życiu i rodzicielstwie brakowało. Połączenie jakości i naturalnych tkanin z niebanalnymi wzorami, które przedstawiają to co jest nam bliskie. Nasze zamiłowanie do przyrody oraz pięknych przedmiotów dnia codziennego widać gołym okiem, bo w każdej kolekcji nawiązujemy do najważniejszych wartości i naszej estetyki. Mamy nawet kolekcję CAMP z pościelą z motywem wypadów campingowych czy HORSES stworzoną specjalnie pod Marysię, która z zapałem jeździ konno. Dzieci z resztą często podpowiadają mi co mam tworzyć w przyszłości, wiec mam swoich prywatnych coolhunter'ów, chociaż piszę to z przymrużeniem oka, bo jednak zdecydowanie wolę iść pod prąd a nie za panującą modą.

Tworzę przede wszystkim w zgodzie ze sobą na bazie co jest dla mnie ważne w otaczającej nas codzienności. Ostatnio pisałam Wam o zmianach, które sukcesywnie wprowadzam do swojej codzienności. Byłam już tak zmęczona swoim stanem (fizyczno-psychicznym), że wiedziałam, że muszę coś z tym zrobić. To była sprawa priorytetowa. Oczywiście miało na to wpływ wiele czynników zewnętrznych oraz przykrych zdarzeń, które wydarzyły się w moim życiu, jednak doszłam do takiego momentu w życiu, że zrozumiałam, że moje samopoczucie zależy tylko ode mnie. Potrzebowałam kopa do działania, wiec na początku skupiłam się na powrocie do wewnętrznej energii i siły życiowej. Zaczęłam czytać o alternatywnych metodach dbania o zdrowie, poświęcać więcej czasu na poranne i wieczorne rytuały, zadbałam o ruch, chwilę wyciszenia i mocno skupiłam się na jakości snu. I te wszystkie kropki zaczęły ze sobą współgrać, a zaledwie półtora miesiąca później jestem zupełnie innym człowiekiem. Ja już nie pamiętałam, że można mieć taki zapał do życia. Taki spokój, cierpliwość, zgodę na to co nas spotyka. Środek zimy, jeszcze 2 miesiące temu przewlekle chorowałam, a teraz mogę niemalże góry przenosić. Ta zmiana jest tak wyczuwalna, że czułam wewnętrzny ścisk, wręcz przymus, by się z tym z Wami podzielić. 

Brak energii i sił jest plagą, która dotyka większości z nas. Czasami aż trudno z tego stanu się wyrwać (wiem, bo sama w nim tkwiłam), jednak wystarczy, że zrozumiemy pewne mechanizmy oraz fakt, że tylko od nas zależy jakość naszego życia. Po prostu musimy zrobić pierwszy krok i zacząć działać. Te zmiany nie muszą być spektakularne. Mały kamyczek może wywołać lawinę. Ja porównuję taką przemianę do orkiestry. Na początku pstryka dyrygent i cichutko wchodzą skrzypce - to my, którzy właśnie wprowadzają po jednym zdrowym nawyku rano i wieczorem. Może to być rezygnacja z korzystania z telefonu w łóżku i czytanie książek każdego wieczora, a o poranku pierwszą czynnością niech będzie picie ciepłej wody z cytryną (z kapinką miodu). Raz w tygodniu nie wystarczy, to musi być melodia grana każdego dnia. Gdy już wejdzie nam to w nawyk wprowadzamy kolejny instrument: wiolonczelę. I odstawiamy kawę (jeśli masz za dużo stresu i kortyzolu) a w zamian pijemy zdrowe kakao ceremonialne. Codzienna ceremonia znów wchodzi w nawyk. Wieczorem wprowadzamy kolejny "instrument": masowanie ciała na sucho lub sesja relaksacyjna na macie z kolcami. Okazuje się, że rezygnacja z mediów społecznościowych, czytanie książek i relaks na macie sukcesywnie podnosi jakość naszego snu. To czas by wprowadzić fortepian i kto wie, może zacząć wstawać trochę wcześniej by poćwiczyć np. jogę i głęboko pooddychać zanim reszta domowników rozpocznie dzień? Gdy ta orkiestra gra każdego dnia, tydzień za tygodniem mamy ogromną satysfakcję z naszej siły woli, w którą już nie wierzyliśmy i zaczynamy, w pozytywny sposób, nie poznawać samych siebie. Piszę Wam o tym nie z punktu widzenia osoby oświeconej, ze znajomością tematu od wielu lat. To mój początek obiecującej odmiany, jednak grzechem byłoby się nie podzielić czymś co mogę powiedzieć szczerze, uratowało mi dosłownie życie. I to w relatywnie niedługim czasie.

Ponieważ uważam, że na ten (dobro)stan przyczyniło się kilka porannych i wieczornych rytuałów, postanowiłam zebrać to jakoś w całość, by móc Wam to wszystko polecić w formie wpisu na blogu, ale poszłam o krok dalej i wpadłam na pomysł rozbudowania zakładki STREFA MAMY w swoim sklepie, gdzie zebrałam wszystkie potrzebne akcesoria, o których tu wspominam. Nawet nie wiecie z jaką ekscytacją kompletowałam przedmioty, które ogromnie przyczyniły się do zmiany mojego patrzenia na zdrowie i swoje ciało. Chciałam, by osoby, które chcą odzyskać energię i coś zmienić w swoim życiu znalazły to w jednym miejscu. By mogły sięgnąć po wiedzę z ciekawej książki, napić się kakao, które da im energię czy też zaznać relaksu płynącego z maty do akupresury. Teraz to wszystko jest dostępne u nas w sklepie, a każdą paczuszkę z tymi dobrodziejstwami będę mogła Wam osobiście zapakować (ja lub moja dobra duszyczka Andżelika z Layette). 

Oczywiście pierwszą rzeczą, o której pomyślałam to jest kakao ceremonialne (napisałam o nim osobny wpis tu) i wybrałam aż 6 smaków, które przetestowałam (pozostałe są obecnie sprowadzane do producenta) i które naprawdę warto spróbować. Pod ostatnim postem miałam dużo pytań od czego zacząć. To trudne pytanie. Jeśli obawiacie się całej ceremonii rozpuszczania (nic trudnego, ale trzeba sobie nad rondelkiem stać i mieszać kakao aż do rozpuszczenia, co trwa nawet nie pięć minut) to polecam na początek MIŁOŚĆ czy też MIĘKKOŚĆ, ponieważ są w takich pastylkach. Jednak jeśli fascynuje Was ta dziewiczość kakao ceremonialnego, to ja polecam chociażby SPOKÓJ czy BOSKOŚĆ. A gdy chcecie czegoś delikatnego (również dla dzieci) to polecam CISZĘ. Ja teraz ją piję i daje mi dużo ukojenia. 

Przyznam, że ja lubię sobie mieszać wszystkie smaki. Wiec, każdego dnia przygotowuje inny aromat. Jestem już na takim etapie, że wyczuwam te subtelności i uważam, że warto sukcesywnie spróbować wszystkich smaków. Do sklepu zamówiłam sporą dostawę, ale jeśli w ten weekend opustoszeją półki, to obiecuję jeszcze w niedzielę wieczorem domówić kolejne partie (co tyczy się z resztą wszystkich produktów, które dla Was przygotowałam). 

Przy każdej premierze mam taki podwójny strach z przeciwieństwami. Z jednej strony boję się, że coś się nie przyjmie i nie spodoba, a jednocześnie boję się, że jednak może się okazać, że czegoś jest za mało. Mam tak zawsze!


Ale to nie wszystko, w przyszłym tygodniu będą też specjalnie zamówione miody do kakao ceremonialnego. 


Muszę Wam przyznać, że w moja rodzina i przyjaciele już trochę podśmiewują z mojego uzależnienia, ale Vincent wie to co ja, że w tym szaleństwie naprawdę jest metoda! 😃

Sprowadziłam też do sklepu maty do akupresury z w dwóch pięknych kolorach. Maty są wykonane z lnu, wypełnione gryką i włóknem kokosowym.

Leżenie na macie daje uczucie przyjemnego ciepła, rozlewającego się po całym ciele, które wpływa leczniczo na wszelkiego typu dolegliwości, a także podnosi poziom endorfin w organizmie. Zwiększenie ukrwienia sprzyja zmniejszeniu odczuwanych dolegliwości bólowych oraz poprawie ogólnego samopoczucia. Stosowanie kompletu do akupresury może przynieść ulgę w przypadku bezsenności, bólach kręgosłupa, napięcia mięśni oraz odczuwania stresu i zmęczenia.

Nie muszę chyba dodawać, że wybrałam opcję nie ustępującą absolutnie jakością TEJ znanej marki, a koszt takiej maty jest 6 krotnie niższy!


Delikatna szarość z różem.



Oraz głęboka zielem ze złotymi kolcami.



Maty zapakowane są w lniane torby, które ułatwiają przenoszenie i przechowywanie.

Ja leżenie na macie uwielbiam. Gdy tylko czuje napięcie w mięśniach, bóle w kręgosłupie lub mam stresujący okres to jest to dla mnie obowiązkowa praktyka wieczorem. 

Do zmian mocno motywuje mnie pogłębianie wiedzy chociażby na temat Ajurwedy. Ostatnio przeczytałam aż 4 książki na ten temat, a tą która najmocniej przypadła mi do gustu sprowadziłam do sklepu. 

Ajurweda jest tradycyjną indyjską nauką medyczną, która powstała ponad pięć tysięcy lat temu. Ten najstarszy system medyczny nie tylko leczy chorych, ale także pomaga zdrowym, sugerując spersonalizowaną dietę, styl życia, tryb sezonowy, ćwiczenia, techniki oddychania i wiele prostych naturalnych środków. Ajurweda to holistyczny system uzdrawiania, który opisuje ludzi jako połączenie ciała, umysłu i duszy. 

Brzmi górnolotnie, ale dzięki wskazówkom na pozbycie się śluzu z organizmu pierwszy raz nie mam zatkanych zatok w sezonie zimowym. 


W sklepie znajdziecie też książkę o przeciwstarzeniowych ćwiczeniach twarzy oraz taśmę do kinesiotapingu. Ten temat zaczęłam ostatnio zgłębiać, wiec pomyślałam, że warto puścić to dalej.


Podchodząc do zdrowia holistycznie również pielęgnacja twarzy i ciała jest dla mnie niezwykle ważna, bo nie chodzi tylko o urodę, ale też o wzmocnienie terapii leczniczej. Szczotkowanie ciała na sucho, masaże olejami czy joga twarzy to kolejne etapy, które stopniowo wprowadzam do swojej rutyny, więc nie mogło i tego zabraknąć w nowej zakładce. Mamy szczotkę do szczotkowania ciała na sucho, ale również delikatniejszą do masażu twarzy. Pomaga w złuszczaniu martwego naskórka, pobudzeniu krążenia krwi, a skóra staje się miękka w dotyku i szybciej wchłania składniki zawarte w kosmetykach do pielęgnacji.


Oczywiście w zakładce STREFA MAMY są produkty, które już mamy w ofercie od jakiegoś czasu, a pięknie wpisują się w atmosferę. Na przykład nasze świece sojowe z naturalnymi olejkami eterycznymi.

Rozbudowując zakładkę Strefa Mamy (to tu możecie znaleźć wszystkie produkty) - która oczywiście nie jest tylko dla mam, ale dla świadomych kobiet dbających o swój dobrostan i zdrowie wpadłam na kompletnie nowy pomysł, który jak zwykle powstał z mojej wewnętrznej potrzeby i mam nadzieję, już niebawem uda mi się zrealizować. Jestem pochłonięta wstępnymi projektami. Ach będzie to coś wyjątkowego!😍

Trzymajcie kciuki. Życzę Wam masę energii i wytrwałości by ją osiągnąć. A niebawem wracam do Was z migawkami miesiąca.

SHARE:
© Magiczny Domek. All rights reserved.
Blogger Templates by pipdig